Olympus Mythical Trail - 42 stopnie w cieniu [blog]

Wysoki mieszany las, dający cień, wąska ale wygodna i cudnie poprowadzona ścieżka. Jestem tu drugi raz, i ciągle nie mogę się nadziwić jak różnorodny potrafi być ten las.

Olimpus Mythical Trail startuje o godzinie 17.00 z Agios Joanis, 4 km od Litochoro. Jest bardzo ciepło, prognozy na ten dzień zapowiadają 42 stopnie w cieniu. Ale jesteśmy nieco wyżej, prawie 600 m. n.p.m. więc upał wydaje się bardziej znośny. 

Agios Joanis to mała, cicha polana ukryta na zboczach Olimpu, z małą cerkiewką, źródełkiem i polem namiotowym. Przyjeżdżamy wcześniej, robimy zdjęcia, pijemy wodę, chłoniemy atmosferę. Jest kameralnie, startuje nie więcej niż 180 osób. Znamy organizatorów i niektórych zawodników z zeszłego roku. Jest nas czterech  i trzy osoby suportu - zdecydowanie najwięcej z zagranicznych uczestników. Polska flaga wisi zaraz obok greckiej.

 

Trasa biegu

Trasa OMT 100 wyraźnie dzieli się na dwa odcinki.  Pierwszy  to mała pętla,  ma 32 km i prowadzi z Agios Joanis do Litochoro. Dosyć łagodnie wbiega na 2000 metrów n.p.m., by później zbiec na 350. Druga, duża pętla, jest właściwie jednym wielkim podejściem na główną kopułę Olimpu i równie wielkim zbiegiem. W praktyce trasa jest o wiele bardziej zróżnicowana, a zbiegi i podbiegi przeplatają się znacznie częściej.

Początek jest przepiękny. Wysoki mieszany las, dający cień, wąska ale wygodna i cudnie poprowadzona ścieżka. Jestem tu drugi raz, i ciągle nie mogę się nadziwić jak różnorodny potrafi być ten las. Niby wszędzie drzewa, ale o wiele więcej gatunków niż u nas. Co chwilę zmienia się też poszycie, raz jest gęste i krzaczaste, to znowu sama intensywnie zielona trawa. No i wszędzie o wiele więcej kolorów, wszystko kwitnie, jakby to był początek wiosny, a nie pełnia lata. Czasami wybiegamy też na polanki, wtedy dochodzi o wiele więcej odgłosów, grają cykady i różne inne stwory, i widać przestrzeń. Litochoro gdzieś w dole, wyraźny kształt linii brzegowej, błękit morza i półwysep Halkidiki po drugiej stronie zatoki.

Wznosimy się coraz wyżej

Dobiegam do najwyższego punktu i zaczyna się zbieg. Tu moja euforia sięga zenitu. Ścieżka jest równie wąska i piękna, ale droga na dół podwaja przyjemność. Przyśpieszam. Wbiegam do Wąwozu Enipea i tu jednak robi się cieplej: duszne, stojące powietrze, tak gęste, że prawie da się je kroić nożem. Nie zwalniam jednak, przebiegam obok znanych mi już miejsc: monastyr Agios Dionizios – oaza ciszy i spokoju w środku gór i kapliczka pustelnika w skale, ze stromymi schodami. Wybiegam z wąwozu by za chwilę do niego wrócić, już w całkowitej ciemności, zaraz obok oczka wodnego, w którym kąpiemy się prawie codziennie. Stąd jest już mniej niż kilometr do punktu żywieniowego. Nieziemska radość. Ten pierwszy odcinek powinienem przebiec w ok. 5h 30 min, w zeszłym roku zajęło mi to 5:12, teraz jestem poniżej 5 godzin. Za szybko, oczywiście, ale kto powiedział, że szaleństwo jest racjonalne?

Żar z nieba

Świat łagodności i szczęścia kończy się dosyć nagle i niespodziewanie. Dobiegam do przełęczy i zaraz za nią wszystko się zmienia. Potężna ściana, z największym na trasie zbiegiem, zakosami ciągnącymi się prawie w nieskończoność. Najważniejsze, że z dokładnie południową wystawą. Jest kilka minut po 9.00 ale za chwilę robi się naprawdę ciepło. Na scenę wkracza największy bohater tych zawodów - upał!

Zbieg zabiera resztki sił, a dalej są dwa prawie płaskie odcinki oddzielone punktem żywieniowym, razem nie więcej niż 24 km. Trasa prowadzi przez łąki albo szerokie szutrówki w lesie, obie nie stanowią dla słońca żadnej zapory.

 

Odrobina szaleństwa

Wbiegam na punkt żywieniowy, tuż przy drodze, w środku lasu. Dokładnie na przeciwko wypływa ze skały strumień z korytkiem do pojenia ludzi i zwierząt. Wody jest pod dostatkiem. Wchodzę prawie cały, polewam głowę i odczuwam to jako jedną z największych przyjemności, jakie mnie spotkały kiedykolwiek. Zaczynam celebrować upał. Zbliżam się coraz bardziej do mety, jestem coraz bardziej zmęczony i z jednej strony chcę już być na miejscu, ale z drugiej nie chce by się skończyło coś tak wyjątkowego.

Na ostatnim, dwunastokilometrowym odcinku z Pigadi do Agios Joanis są trzy rzeczki. Wskakuję do każdej, zanurzam się prawie cały i przez kilka chwil jestem w siódmym niebie. Wspominam to jako najpiękniejszy odcinek biegowy w życiu.

Na mecie jestem po 20 godzinach i 18 minutach; na 15 miejscu czyli poprawiam się o dwie pozycje w stosunku do poprzedniego roku.

Cała relacja na blogu Nasze Wielkie Greckie Bieganie.