DOZ Maraton Łódź z PZU. "Bez Was to nie ma sensu!" [FELIETON]

W niedzielę startuję w DOZ Maratonie Łódź z PZU. Z całą pewnością czeka mnie jeden z najbardziej ekscytujących dni w życiu. Najważniejszy start w mojej czteroletniej przygodzie z bieganiem długodystansowym.

Żyję tym od kilku miesięcy. Ostatni tydzień jest najcięższy. Nawet żona, mój najwierniejszy kibic, ma już tego dosyć. Wyrzuca mnie z sypialni, bo ględzę tylko o jednym. Wyobraźnia naprawdę szaleje. Na zmianę dopadają mnie koszmarne i euforyczne sny. Raz wyłania mi się obraz, że dojeżdżam spóźniony na start, przebieram nogami ile fabryka dała i puchnę po paru kilometrach. Z poczuciem wstydu opuszczam trasę. Innym razem, wbiegam do Atlas Areny, z głośników płynie "Billie Jean" Michaela Jacksona, a ja w kompletnej ekstazie i blasku fleszy, przekraczam metę DOZ Maratonu Łódź z PZU , popisując się "Moonwalkiem" w stylu króla popu.

W niedzielę z całą pewnością czeka mnie jeden z najbardziej ekscytujących dni życiu. Najważniejszy start w mojej czteroletniej przygodzie z bieganiem długodystansowym. Przygoda, która zaczęła się dokładnie 15 kwietnia 2012 r., podczas drugiej edycji Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie.

>>WIELKIE BIEGOWE ŚWIĘTO W ŁODZI. "MOŻEMY ZACZYNAĆ!" [ROZMOWA]<<

Jako 24-letni dziennikarz łódzkiej "Wyborczej", z konkretną nadwagą i na lekkim kacu po sobotnich szaleństwach na Piotrkowskiej, wybrałem się na metę maratonu w Atlas Arenie. Miałem krótko zrelacjonować odradzający się łódzki maraton. "Bułka z masłem. Rachu ciachu i wracam do domu walnąć się na kanapę" - pomyślałem.

Ale widok walczących i cierpiących w deszczu biegaczy, czasami płaczących ze szczęścia na ostatniej prostej, zadziałał na mnie niczym motywacyjny plaskacz w twarz. Wziąłem się ostro do pracy, zacząłem regularnie trenować, zmieniłem dietę i w kilka miesięcy osiągnąłem normalną wagę. Strasznie się wkręciłem i przyrzekłem, że za rok też zmierzę się z królewskim dystansem.

Niestety, sprawy potoczyły się trochę inaczej niż planowałem. Noga w gipsie, przeprowadzka do Warszawy, potem wypadek i półroczna rehabilitacja. Te wszystkie wydarzenia sprawiły, że plany o starcie w łódzkim maratonie musiałem przekładać na następne lata. Do teraz. W pełni formy (mam nadzieję) wracam do swojego rodzinnego miasta i jedno mogę obiecać. Dam z siebie absolutnie wszystko.

Damian Bąbol na mecie 11. PZU Półmaratonu WarszawskiegoDamian Bąbol na mecie 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego Damian Bąbol na mecie 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego Damian Bąbol na mecie 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego

Startuję w niedzielę o godz. 9. Cel? Pokonać dystans 42,195 km w czasie 3 godzin i 30 minut, czyli muszę zasuwać 5 min/km. Trasę znam już na pamięć. Wiem, że na skrzyżowaniu ulic Przędzalnianej i Tymienieckiego (17. km trasy), najbliżsi przygotowują dla mnie punkt kibicowski. Nie mogę się już doczekać. Na pewno dostarczą mi więcej sił niż trzy żele energetyczne, które zamierzam wsunąć na trasie.

Ogromnie liczę na ich wsparcie, tak samo jak na wszystkich łodzian, którzy postanowią wybrać się na trasę maratonu i będą kibicować wszystkim 5 tys. zawodników. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak to pomaga. Owszem, czasami możemy sprawiać wrażenie niewdzięczników, bo brakuje sił, żeby przybić "piątkę" czy podziękować za motywacyjny okrzyk. Może momentami wyglądamy na zahipnotyzowanych gnaniem przed siebie, ale nie zapominajcie, że każde, nawet najmniejsze wsparcie dodaje nam skrzydeł. Bez Was, drodzy kibice, ta zabawa nie ma sensu!

>>WSZYSTKO, CO MUSISZ WIEDZIEĆ O DOZ MARATON ŁÓDŹ Z PZU<<

Będzie ciężko, cholernie ciężko. Po 32. km, konkretnie na ul. Wyszyńskiego, mogę nie wiedzieć jak się nazywam. Oczywiście chciałbym, żeby było inaczej, ale to jest maraton i wszystko może się zdarzyć.

W niedzielę szykuję się wielki dzień nie tylko dla mnie, ale również tysięcy innych biegaczy. Łodzianie, dajcie czadu! Liczymy na Wasz doping!

Jeszcze 5 lat temu nasz redaktor ważył ponad 100 kg i wyglądał TAK. A teraz? Niezwykła metamorfoza