Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej - zmęczonym okiem biegacza

- Granica 30 godzin bez snu okazała się dla mnie osiągalna. Trzyminutowa drzemka w środku drugiej nocy wystarczyła, żeby wytrzymać do 3:10. Guarana też pomogła, użyłem jej dwa razy, rano i o następnej północy. Pierwsza noc mnie jednak mocno osłabiła. Może za ostro biegliśmy, bo nad ranem byliśmy wciąż w pierwszej 10. Przewiało nas też mocno, szczególnie w Karkonoszach wiatr porywał kijki i było w okolicach zera - Władek Polcyn opowiada o swoich zmaganiach z trasą "Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej". 145 kilometrów marszo-biegu po górach non-stop.

Niedziela w południe, 16 września. Idę na dworzec PKP w Szklarskiej Porębie Górnej. Ostra wspinaczka, jak nie przyspieszę, to mogę nie zdążyć na pociąg. Czyli, bieg się jeszcze nie skończył... Wielu uczestników Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej jeszcze zdąża do mety. Mają czas do 20.00 (48h), ja zdążyłem się już wyspać. Klnę, że nie pomyślałem, że dworzec jest na samej górze. Żyję ale to była męka. Ukończyłem całość żeby już tam więcej nie wracać. Ciekawa motywacja prawda? Nie było mistycyzmu, nie ten talent biegowy... Nie ogarniam tego, trochę pomaga widok z okna pociągu, kolejna stacja, a tu dopiero Śnieżka... za plecami drugie tyle. Jednak odwracam się i patrzę chociaż chciałem o tym zapomnieć. To piękne wzgórza, a widok z nich na Karkonosze wspaniały. Jednak biegnąc tam nie odczuwałem spełnienia. To źle, nie po to tam pojechałem.

Podróż metafizyczna

Nie chcę powiedzieć, że na PKJ (145 km i 5500 metrów przewyższenia w górę i w dół) przeżyłem jakieś rozczarowanie. Poczucie męki i pewnego absurdu wynikało nie z tego, że przerósł mnie dystans, ale z formuły rajdu, który wymuszał na samym początku 10 godzin biegu w ciemności. Chciałem spróbować dystansu, więc musiałem zgodzić się na taki pomysł, który był dla mnie wielką niewiadomą. Zapewne dałbym radę dojść nawet dalej niż zapowiadane 145 km, nawet do granicy magicznych 100 mil. Jednak w górach ilość musi iść w parze z jakością. Chodzi o to, żeby wysiłek był na ludzką miarę i dało się obcować z górami. Życzyłbym sobie większej koncentracji na krajobrazie, a nie na glebie pod stopami. Nie słaniałem się na nogach, kolana też można wytrenować, w razie czego można użyć opasek (ja użyłem do tego getrów), żeby utrzymać ból pod kontrolą, ale człowiek to nie koń, spać musi :). Wiem, są miłośnicy całonocnego szukania lampionów, które nie świecą, ale ja do nich nie należę. Prawdopodobnie pochodzę od przodków, którzy polowali w dzień, a w nocy woleli inne przyjemności :).

Ile da się pojechać bez snu?

Granica 30 godzin bez snu okazała się dla mnie osiągalna. Trzyminutowa drzemka w środku drugiej nocy wystarczyła, żeby wytrzymać do 3:10. Guarana też pomogła, użyłem jej dwa razy, rano i o następnej północy. Pierwsza noc mnie jednak mocno osłabiła. Może za ostro biegliśmy, bo nad ranem byliśmy wciąż w pierwszej 10. Przewiało nas też mocno, szczególnie w Karkonoszach wiatr porywał kijki i było w okolicach zera. Poza tym wiadomo, kamienie, kamienie, kamienie... Właśnie, gdyby nie kijki, to miałbym jeszcze do tego więcej trudu na podejściach. Adam był szybszy więc oddał mi je wspaniałomyślnie do samego końca, a i tak za nim ledwo nadganiałem. Nawróciłem się na kijki :). Są szczególnie przydatne gdy kończy się ochota na bieganie.

Przejście dookoła Kotliny JeleniogórskiejPrzejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej Fot. Archiwum autora. Fot. Archiwum autora.

Narada kryzysowa Nasze bieganie skończyło się po 15 godzinach, w Chrośnicy, na 80 kilometrze. Potem już tylko szliśmy. W zasadzie za Rudawami, w Janowicach Wielkich, tuż przed świtem, na 55 km czuliśmy się tak jak byśmy pokonali w tych górach już setkę... Kryzys nastąpił w okolicach południa. Męka była tak wielka, że o mało co nie zrezygnowałbym na Górze Szybowcowej, po ponad 16 godzinach razem z Adamem, któremu niestety nawaliła stopa. Mieliśmy w nogach ok. 86 km, chociaż orgowie kręcili, że więcej. Gdy tam dotarliśmy, usiedliśmy w barze, który na szczęście był otwarty, i nastąpiła dramatyczna narada. Adam wypowiedział głośno to, co każdego z nas od pewnego czasu dręczyło: rozsądnie jest zakończyć coś, co przestało być przygodą. Nie zdziwiło mnie to, czułem to samo co on. Razem z nami, praktycznie od samego początku, biegł Miłosz, świetnie nawigował, organizator Kieratu, też zaliczył Rzeźnika i Bieg Siedmiu Dolin, więc szybko pojawiło się między nami to coś. Jest coś takiego, wspólnota spojrzenia z wysokości n.p.m. Nad ranem byliśmy już jedną ekipą. Jeszcze nie zdarzyło mi się rezygnować, mimo mdłego ciała ochota zawsze jakoś ciągnęła, choćby na oparach. Teraz powiedziałem Miłoszowi, że jemu też będę odradzał kontynuację. On miał spory kłopot z łąkotką, a ja utraciłem kontakt z metafizycznym Johnsonem, do tego tuż obok czekał samochód... Straszne kuszenie... Postanowiłem sprawdzić czy stan mojej duszy wynika z braku czegoś ciepłego w żołądku i zamówiliśmy żurek.

Odrodzenie

Ciągnęliśmy do tej pory na zimno, bo na jedynym punkcie żywieniowym przewidzianym przez orgów byliśmy zbyt wcześnie, żeby czekał na nas makaron. PKJ to rajd turystyczny, każdy niesie co potrzebuje ze sobą, łącznie z wodą, jak chcesz coś ciepłego, to musisz sobie ugrzać, biegnący na lekko są tam rzadkością. W Śląskim Domu, przed Śnieżką (24 km) chatarzy poczęstowali nas tradycyjną darmową herbatą. Potem udało się nam jedynie zbałamucić sklepową w Janowicach. Wspaniała kobieta otwarła dla nas sklep przed 6 i zagotowała herbatę :). Ostrzegliśmy ją, że za nami jest jeszcze ponad 400 zawodników. Inny człowiek dobrej woli zaczepił nas gdy usłyszał nasze smętne rozmowy. To był bywalec Góry Szybowcowej, lekko podpity. Zaoferował nam sponsoring. My obiecamy, że pobiegniemy dalej, a on dla nas usmaży magiczną jajecznicę :). Nie czekaliśmy długo, bo zaraz wyjął patelnię i butlę z gazem... Sponsorska jajecznica i godzina spędzona w cieple radykalnie odmieniła mój nastrój. Włączył się obwód bojowy i działał od tego momentu już do końca :). Wiedzieliśmy z Miłoszem, że nie odpuścimy. W końcu nie chcieliśmy już tu nigdy więcej wracać... To była zaskakująca przemiana, czyżby serce mężczyzny rzeczywiście było zakończeniem żołądka? :) Nie zniechęcała nas teraz perspektywa ponad 50 km, które zostało jeszcze do pokonania. Już dawno nie było mowy o bieganiu, jednak reszta zawodników to byli turyści więc miło było pomyśleć, że nasza 15. pozycja jest do obronienia. W nocy wyprzedziło nas trzech kijkowców, którzy w imponujący sposób maszerowali równym rytmem, również pod stromą górkę... Tej górki na PKJ jest dużo, razem 5500 m, a nam zostało tego jeszcze dość sporo, o czym dowiedzieliśmy się w tak zwanym swoim czasie...

Trasa to wyzwanie... przede wszystkim orientacyjne

Dalsza nasza droga była, niestety, co jakiś czas naznaczona dziwnym odchyleniem GOPR-owców, którzy prowadzą ten rajd. Niektóre fragmenty trasy za Górą Szybowcową nie miały oznakowania, bo były ich autorskim pomysłem jak domknąć krąg Kotliny w rejonach nie uczęszczanych turystycznie. Jednak orgowie, zamiast powiesić własne znaki uznali, że będzie bardziej moralnie jeśli tego nie zrobią. Mieliśmy do dyspozycji mapę w skali 1:50000 z narysowaną grubą kreską i opis tekstowy z netu... Nie rozumiem tej zabawy, szczególnie w nocy na 135 kilometrze. W regulaminie nie ma mowy, że są to zawody na orientację, a jednak droga jest w paru miejscach bardzo trudna do odnalezienia, szczególnie w nocy. Mam wrażenie, że GOPR-owcom bardzo zależy na złej sławie ich trasy. Napotkany później Sławek przytoczył słowa weterana, z którym wędrował. To był jego piąty start w PKJ, dwa pierwsze były nieudane, ale nikogo z rajdowców to nie dziwi. Tak ma być, za pierwszym razem potężnie błądzisz, cierpisz, ale cię odnajdują, za drugim razem prawie ci się udaje ale nie rozpoznałeś wcześniej ostatnich 5 km i nie wyrabiasz czasowo, bo spędzasz tam dwie godziny, szukając w ciemnościach ukrytego zejścia z zielonego szlaku na wąską nieoznakowaną ścieżkę. Za trzecim razem włącza ci się syndrom sztokholmski i kończąc w limicie 48 godzin czytasz z satysfakcją mrożące krew w żyłach opisy ofiar niedomówień regulaminu. Podobno w poprzednich latach (teraz to IX edycja) byli woluntariusze gotowi do namalowania znaków na drzewach ale orgowie się nie zgodzili... Ten bieg też ukończyło zaledwie 46%. Kiedyś bywało i po 20% ale turyści się wycwanili i zawczasu osobiście rozpoznają co trudniejsze orientacyjnie miejsca na trasie. Pojawili się nawet znawcy zakrzaczonych zawiłości, którzy prezentują w necie nagrania jak znaleźć zarośniętą ścieżkę za zagajnikiem i którędy przejść przez płot... To już są znamiona uzależnienia od oprawcy :) Gdy zwróciłem uwagę organizatorom na mecie, że powinni mieć minimum życzliwości dla uczestników, szczególnie tych którzy nie obkuli się wcześniej z trasy, i powiesić choćby kierunkowe chorągiewki przynajmniej w dwóch miejscach (przydałoby się jeszcze w dwóch innych ale zmilczałem) to prychnęli na mnie z pogardą i rozmowa przestała się kleić...

Spodziewając się przygód, też zrobiłem w sierpniu rekonesans na rowerze, ale oczywiście częściowy. Przydało się nam to bardzo, ale między 95 a 103 km, pomimo orienterskiego doświadczenia Miłosza i jego profesjonalnego kompasu na dłoni, dwa razy musieliśmy pójść na azymut przez las. W innym miejscu życzliwi rolnicy machali do nas w szczerym, zaoranym (!) polu pokazując, że musimy teraz skręcić w miedzę. My tam staraliśmy się znaleźć jeszcze za dnia ale w nocy rolnicy oczywiście nie czekali na pozostałe 400 osób... To było jedno z tych dwóch najtrudniejszych miejsc. Potem trasa szła znów oznakowanym szlakiem ale najlepsza pułapka czekała na ofiary prawie na samym końcu...

Złamać 30 godzin

Same góry też dawały w kość. Zupełnie zaskoczyło nas 625 m podejścia (teraz wiem, wtedy myślałem, że zaraz się skończy i będzie mniej) z Górzyńca na Wysoki Kamień, między 110 a 118 km. Nie daliśmy się jednak i napieraliśmy w równym rytmie, wyczekując jednak jak zbawienia schroniska. Było w pół do dziesiątej, znowu była noc, a ja musiałem chociaż na chwilę zamknąć oczy. W środku czekał na nas nagrzany kaflowy piec i gospodarz z herbatą ratunkową :). Czekając na herbatę położyłem się na trzy minuty zamykając powieki. To wystarczyło :) Po kwadransie wyszliśmy na dwór i zobaczyliśmy przed nami pięć latarek, które zaczęliśmy zawzięcie gonić. Gdy ich dopędziliśmy niespodziewanie usłyszałem jak wita mnie znajomy głos Sławka. Tasowaliśmy się potem jeszcze dwa razy, bo byli obkuci nawigacyjnie :) Zapytałem Miłosza czy zawalczy o złamanie 30 godzin. Powiedział, że jakby co to niech napieram, a on dotrze wolniej. Wiedziałem że ma towarzystwo więc ruszyłem szybciej. W Jakuszycach, na Przełęczy Szklarskiej, byłem o 23:55, więc szansa na mój plan była. Pozostało mi, wg słów obsługi PK nr 12, ok. 8-9 km do mety. Pobiegłem szosą w dół, o naiwny! Po 1.5 km zielony szlak urwał się w niemiłosiernie rozkopanym placu budowy. Miotałem się bezsilnie szukając dalszego ciągu, zapadając się co chwila w wysokim błocie. Dopiero ekipa z Miłoszem odnalazła wejście w szlak. Znowu ich wyprzedziłem, chyba byli już mocno zmęczeni. Na kolejnych kilometrach próbowałem wypatrywać "charakterystycznego" zakrętu, gdzie należało odnaleźć nieoznakowane odbicie w lewo, ale szlak wiódł strasznymi wertepami, jakimś okrutnie zagłazionym, głębokim wąwozem z kupą bagna. O dobrym tempie nie było więc mowy. Regulaminowego zejścia ze szlaku w mityczną ścieżkę toru saneczkowego, skrótu do Kamieńczyka (Sławek mi to później opisał jako wąską rynnę w lesie) jednak nie znalazłem, postanowiłem więc napierać dalej, zielonym szlakiem w górę, aż do Hali Szrenickiej, jakieś 150 m wyżej i 2 km dalej, gdzie czekał na mnie czerwony szlak w dół do Szklarskiej, który już pokonywałem w sobotę ale w przeciwną stronę... Dotarłem tam po 2 godzinach od Jakuszyc, skacząc pod górkę z kamienia na kamień ale i tak wpadałem co jakiś czas w bagno... Kilometr przed Halą zadzwoniła do mnie Asia, zaniepokojona długą ciszą w eterze i pamiętająca, że do drugiej w nocy chciałem skończyć bieg. Droga w dół zabrała mi godzinę, a były to 4 km i 450 m różnicy wzniesień (w dół)...

Podobno trasa PKJ nie ma 145 km tylko 136, tak ktoś wyliczył z mapy i takie podawałem tu współrzędne. Z moją nadróbką uznajmy, że zrobiłem 140 km w 31 godzin i 10 minut. Sławek z kolegą ukończył 5 minut po mnie. Reszta ekipy z Miłoszem dotarła po następnych 25 minutach. Nie poszli za mną, spędzili ponad godzinę na szukaniu tajemnej ścieżki do wolności...

Tekst: Władek "Johnson" Polcyn

Brałeś udział w "Przejściu dookoła Kotliny Jeleniogórskiej"? Masz inne wrażenia z tego wyzwania? Opowiedz o tym na naszym Facebooku.