Byłem jak Tyson Gay. Na Agrykoli... - relacja z Warsaw Track Cup

Czerwona bieżnia, palące słońce, towarzystwo najlepszych polskich atletów i powrót do lekcji WF ze szkolnych lat. Wyścigi krótkie, intensywne, bo na 1000-3000 metrów można dać z siebie wszystko. Przemek Iwańczyk - komentator sportowy opowiada o swoich wrażeniach z Warsaw Track Cup - imprezie dla amatorów rozgrywanej na bieżni na Agrykoli.

Trzeci rok z rzędu komentujemy z Arturem Partyką Diamentową Ligę w Polsacie. Impreza-cukierek, no może poza azjatyckimi mityngami, a i za oceanem przydarzą się czasem zawody trudne do oglądania - w pełnym słońcu, garstką ludzi na trybunach, brakuje tylko grilla i kiełbasek tuż za rozbiegiem. Że koszula bliższa ciału, w pełnej ekstazie relacjonujemy to, co dzieje się w Europie. A tam spektakle jak się patrzy; w świetle jupiterów, z wielkimi gwiazdami na bieżni i na trybunach. Być tam (w przypadku Artura znów), poczuć to, spróbować pobiec, skoczyć, to byłoby coś - myśleliśmy nie raz. No więc marzenia się spełniają. A że w skali mikro, nie ma znaczenia. Wybraliśmy się (piszę w liczbie mnogiej, bo z polsatową ekipą "Atletów", Artura - niestety - zabrakło) na Warsaw Track Cup. Brzmi z obca, trzeba przyznać, ale już strona internetowa zachęca, żeby się wybrać: na zdjęciu na stronie głównej czerwony tartan, zielone boisko w środku i świecące jupitery w tle i kilkunastu biegaczy na starcie.

Warszawską Agrykolę, bo tam odbywają się te zawody, znam jak mało które miejsce (tak po prawdzie to jedno z moich ulubionych w stolicy), ale wieczorem, oświetlone jak należy, wygląda niczym arena poważnych lekkoatletycznych zmagań. Wpierw jednak mocno świeciło słońce, pierwsi biegacze zaczęli schodzić już późnym popołudniem, koło 19 były już setki ludzi. Znakomita większość z nich szczęśliwa, bo miała wykupione startowe na długo przed zawodami. Ci, którzy wybrali się znienacka, obeszli się smakiem w rywalizacji oficjalnej, bo miejsc nie ma zbyt wielu. Sami jednak mogli spróbować dystansu, jaki tylko sobie wymarzyli. Z Pawłem Januszewskim namówiliśmy do wspólnego ścigania naszą znakomitą maratonkę Iwonę Lewandowską. Że akurat miała trening specjalistyczny (biegała 200 m), skusiliśmy się na jedno powtórzenie. Pomijam, że dostałem zewnętrzny tor (cóż, wykiwali mnie zawodowcy), a startowaliśmy z jednej linii. I żeby sobie nie myśleli - wcale nie biegłem na maksa. Na metę wbiegliśmy razem, najbardziej sapał... Nieistotne :).

Poczułem się może nie jak Usain Bolt, bo moje nikczemne warunki nijak mają się do rosłego Jamajczyka, ale np. jak Tyson Gay :). Małym mankamentem było spadające z drzew igliwie, które czyniło tartan dość niebezpiecznym. Następnym razem wypożyczę z ciężarówki Nike najprawdziwsze kolce, bo i taka ewentualność (trzeba zostawić dowód tożsamości) jest możliwa. Ci z przepustkami (opłaconym startowym) pomknęli w zależności od stopnia zaawansowania na 3000 m, 1500 m i 1000 m. Na tych, którzy wygrywali, szczerze mówiąc w ogóle nie patrzyliśmy. Znaczniej bardziej kibicowaliśmy tym, którzy więcej problemów mają z samym sobą niż rywalami. A było ich naprawdę wielu, czuli się chyba nieźle, bo np. jeden z szefów zamieszania Mariusz Giżyński robił wszystko, by nie wróciły biegaczom traumatyczne wspomnienia ze ścigania się bez rozgrzewki na lekcjach WF.

Takich koszmarów na pewno nie miały mamy z wózkami z Moniką Coś w roli frotmenki. Mimo że zmachane do imentu, przez kilku rywali nawet zdublowane, były chyba najradośniejsze z całej grupy. I nader chętnie udzielały wywiadów. A propos rodzin, z nimi trzeba by coś zrobić. Bo przychodzą całe biegowe stada, młodym nudzi się niekiedy, choć zawzięcie kibicują - nawet w biało-czerwonych szalikach - mamom i tatom. Dla bardziej wymagających pogłębiania biegowo-sportowej wiedzy są namioty, w których można zapisać się na profesjonalne badania wydolnościowe lub zasięgnąć porady rehabilitantów z kliniki Ortoreh (dowiedziałem się np., że swojego pokiereszowanego kolana wcale nie muszę operować). Słowem, jest co robić. My spędziliśmy tam blisko trzy godziny. Regularnych, na poły zawodowych biegaczy, jakich w Polsce coraz więcej, moje refleksje z Agrykoli zapewne nie wzruszą (Pana Janusza, zwanego "Gazownikiem" można spotkać zawsze i wszędzie). Tych, którzy nie wiedzieli, że można choć na chwilę poczuć się gwiazdą lekkoatletycznych zmagań, może zachęcą. A może i sprowokują biegowych organizatorów w innych miastach, w końcu bieżnie są nie tylko w stolicy.

Rozmawiając później przed kamerą z uczestnikami zawodów jeszcze coś przyszło mi do głowy: jak niewielkie w sumie przedsięwzięcie (pewnie zaangażowanych jest w nie góra naście osób) może zagospodarować czas wielu ludziom w różnym wieku i stopniu zaawansowana. Za konkurencyjną np. do kina opłatą. Zwłaszcza przepytując później Anię Pawłowską-Pojawę, jej męża i znajomego, pomyślałem, że właśnie tu łamane są stereotypy: gotującej żony, męża z gigantycznym brzuchem-bębnem, etc.

Minusy? Cholernie tną meszki, ale na to organizatorzy wpływu nie mają. Przydałoby się też lepsze nagłośnienie i ciut więcej emocji ze strony spikera, który dodałby jeszcze więcej animuszu startującym uczestnikom (zwłaszcza tym z najsłabszych grup). Aha, i jedna z Pań arbitrów mogłaby się bardziej uśmiechać :). Reszta bez zarzutu. A skoro to tak fajna impreza, to czemu nie zwiększyć liczby biegów i dopuścić do zabawy jeszcze większej liczby uczestników. Zwłaszcza tych, którzy chcą spróbować po raz pierwszy. Jeszcze raz gratuluję pomysłu. Tych, którzy nie byli i nigdy nie widzieli, zapraszam do magazynu "Atleci" w Polsacie Sport (premiera 3 czerwca). Z Iwoną, która później biegała i biegała te dwusetki jak najęta, zobaczycie w jeszcze kolejnych "Atletach" rozmowę o jej planach ataku na Londyn. Co prawda nie w maratonie, bo nie udało się osiągnąć wyśrubowanego przez PZLA minimum, ale są przecież i inne dystanse. 

Tekst: Przemek Iwańczyk

Przemek zaprasza na swojego bloga o bieganiu i rowerze - Iwańczyk biega, bo chce. Jeździ, bo lubi.

A my zapraszamy na naszego Facebooka.