Maraton Wilno autostopem

Napisał do nas Adam Brzuszek z PKRV Trip. Wysłał film z podróży autostopem do Wilna na maraton. Wszyscy z naszej redakcji, co oczywiste, biegają. 1/3 redakcji swego czasu sporo podróżowała autostopem. Wszyscy lubimy pasjonatów. Publikujemy zatem relację Adama z Vilinius Marathon 2014

Od ponad 7 lat podróżuję autostopem. Zjechałem już całą Polskę i prawie całą Europę. ( zobaczcie PKRV Trip ). Trzy lata temu zacząłem swoją przygodę z bieganiem. Mam na swoim koncie kilkanaście maratonów i półmaratonów. Pewnego razu wpadłem więc na pomysł, dlaczego by nie połączyć tych dwóch pasji i nie pojechać autostopem na maraton? Wybór padł na Wilno.

Jest blisko, termin był odpowiedni. Wyjechałem z samego rana w czwartek z Warszawy, kierując się kolejno na Ostrów Mazowiecką, Zambrów, Łomżę i Augustów.

Podczas całego dnia nie łapałem okazji dłużej niż kilkanaście minut i mogłem pozwolić sobie na spokojne oglądanie mijanych miast. Oczywiście wszyscy kierowcy z uśmiechem reagowali, kiedy mówiłem im, że jadę autostopem, tylko po to by przebiec 42,195 km. Mimo chłodnej i deszczowej pogody bez większych problemów udało mi się dojechać już popołudniu do Suwałk, gdzie miałem zapewniony nocleg u znajomego.

Jak przygotować się do maratonu radzi ekspert PolskaBiega.pl Piotr Książkiewicz

Ekstra warunki, dobre jedzenie jednym słowem przyjęty jak rycerz przed wyruszeniem na bitwę. Następnego dnia rano kierowałem się początkowo na Kowno, by stamtąd autostradą najszybciej dostać się do Wilna. Tu również nie było problemów. Najpierw do Kowna. Przerwa na kanapkę, a o czternastej byłem już w Wilnie.

Litewscy kierowcy okazali się bardzo pomocni. Zostawili mnie w samym centrum miasta. Wilno przywitało mnie piękną pogodą, niemal wakacyjną. Udałem się do hostelu który kosztował mnie 30 zł za noc i był 5 minut spacerkiem od centrum skąd startował bieg.

Pakiet startowy atrakcyjny: koszulka Nike, żel energetyczny, dwa kupony na pasta party, kilka próbek żeli, zniżka na ciastka w miejscowej kawiarni oraz kilka smakołyków.

 

Był piątek. Miałem dwa dni relaksu. Postanowiłem wykorzystać je maksymalnie. Od rana do wieczora zwiedzanie. Wilno nie jest duże. Można śmiało pieszo przejść najważniejsze zabytki. Pasta party trochę mnie zawiodło. Makaron polany keczupem lub oliwą to nie hit. To kit.

Przyszedł dzień startu. O 9:15 ruszyliśmy. Pierwszy raz zdarzyło mi się biec w biegu z pętlą. Tu były dwie. Przez pierwszą część spokojnym leniwym krokiem, zwiedzałem i cieszyłem się trasą.

Przy drugim okrążeniu już trochę przyspieszyłem. Punkty odżywcze co 2,5 km. Woda, izotoniki, banany, pomarańcze. Tak jak być powinno. Kibiców na trasie za dużo nie było.

Trasa ciekawa. Wzdłuż rzeki. Przez stare miasto. Duży odcinek biegł także przez park. Było kilka podbiegów.

Zespołów, muzyków na trasie nie było dużo. Może dlatego że jestem rozpieszczony maratonami w Warszawie? Byli za to bębniarze z Polski! Przyjechali razem z grupą Spartan, którzy dumnie reprezentowali nasz kraj.

Na trasie dało się zauważyć też innych Polaków. Był to mój najsłabszy czas w maratonie, ale przecież nie o czas tu chodziło. Po czterech godzinach i czterdziestu minutach dotarłem do mety.

Zmartwychwstanie po maratonie, czyli jak się zregenerować

Na mecie stał wielki kontener z prysznicami w środku, mycie szło całkiem sprawnie. Nie było dużych kolejek. Tego dnia oprócz maratonu był organizowany także półmaraton, bieg na 10 km, sztafeta 4x10 i bieg na 4,2.W sumie kilkadziesiąt tysięcy biegaczy. To robiło wrażenie.

Powrót był jeszcze szybszy. Zaraz po maratonie i chwili odpoczynku udałem się na obrzeża Wilna. Oczywiście z powrotem łapałem już z medalem na szyi, więc kierowcy wiedzieli, że jestem spoko koleś. Udało mi się złapać samochód do Kowna. Z Kowna prosto do Warszawy. W stolicy byłem o 3 w nocy.

Podsumowując, maraton w Wilnie to impreza warta polecenia. Stosunek ceny do jakości jest tu jak najbardziej w porządku. Warto wybrać się tam przynajmniej dwa dni wcześniej i na spokojnie zwiedzić miasto. Jeśli ktoś próbowałby tak jak ja pojechać autostopem, koszty podróży i nocelgu to groszowe sprawy.

embed