Nie żyję, by lepiej biegać. Biegam, by lepiej żyć

Naczelny ''Runner's World'' jeszcze pięć lat temu nienawidził biegania. A już rok temu pokonał 98 km w Alpach, nakręca przyjaciół do biegania i szykuje się do maratońskiego debiutu. Koniecznie w rodzinnym Wrocławiu

Marek Dudziński, redaktor naczelny ''Runner's World'': - Z akcją Polska Biega na poważnie zetknąłem się w 2007 roku. Ta akcja to fenomen. W pewien sposób zaprzecza naszej narodowej wadzie, bo to nie jest jednorazowy zryw. Ta akcja tak podkręca ludzi, że wpadają w biegowy wir na dłużej. na stałe. Widać po słupkach: co akcja, to i więcej biegów, i więcej uczestników. Rok temu wziąłem udział w Sztafecie Polska Biega poprzedzającej biegowy weekend. To była frajda!

Jeśli chodzi o rozwój biegania w Polsce, to oceniam, że jesteśmy jakieś 20 lat za Europą Zachodnią. 20 lat temu w maratonie w Berlinie brało udział mniej osób niż dzisiaj w maratonie warszawskim. Na zachodzie czy w Stanach biegający ludzie ''wtopili się'' już w krajobraz, to jest coś normalnego, a my dopiero wychodzimy z czasów lansowanego w latach 80. ''joggingu'' czyli takiego tuptania samemu. Tworzą się społeczności biegaczy, w których ważne są nie indywidualne rekordy, ale wymiana doświadczeń i radość z robienia czegoś z innymi. Oglądaliście serial ''Blondynka''? Tam właśnie jest taki nasz polski przykład - rzecz dzieje się w małym miasteczku; jeden z bohaterów - gra go bodajże Bartosz Opania - to maratończyk. Mieszkańcy wytykają go palcami, bo dla nich ktoś, kto biega dla przyjemności, a nie dlatego, że się spieszy, to kosmita.

Jeszcze pięć lat temu nienawidziłem biegania. Wcześniej grałem wyczynowo w siatkówkę i bieganie kojarzyło mi się jedynie z męczącą rozgrzewką. Ale kiedyś miałem przygotować dla ''Men's Helath'' artykuł o bieganiu, o tym, jak ''dotrenować się'' od zera do 30 minut biegu. Zacząłem sam biegać, żeby wiedzieć, o czym piszę. No i poszło. Haczyk połknąłem, biegam do dziś. Efekt? Więcej energii, mniej stresu. Czasami gdzieś wystartuję, ale traktuję to z dystansem, zdroworozsądkowo - robię to przede wszystkim dla tej niesamowitej atmosfery, wynik to wtórna sprawa. Doskonale pasuje do mnie światowe hasło ''Runner's World'': ''nie żyję, by lepiej biegać. Biegam, by lepiej żyć''. Mówię innym: uważajcie na siebie, nie dajcie się ponieść prądowi rywalizacji, bicia rekordu. Wielu ludzi robi błąd: już na początku narzucają sobie olbrzymi reżim i wszystko liczą w kilometrach: przebiegłem 5 km, przebiegłam 7 i pół. A - przede wszystkim na początku - powinno się ''myśleć czasem''. Trenuję 20 minut, trenuję pół godziny. I jeszcze jedno: gdy zaczynamy przygodę z bieganiem, nie więcej niż trzy treningi tygodniowo!

W redakcji ''rozbiegałem'' już dwie osoby. Z kolegą Adamem, który zajmuje się naszą stroną internetową, mamy system mobilizacyjny: po każdym treningu wysyłamy do siebie smsy, że przebiegłem tyle a tyle, w takim a takim czasie. Nie chodzi nam o rywalizację - jak przez trzy, cztery dni jakoś tak się składa, że nie biegam, to jak dostanę od Adama smsa, że właśnie wrócił z godzinnego treningu, to choćby się waliło i paliło, rano już jestem w blokach, gotowy do biegania. Mam teorię, że człowiek łapie biegowego bakcyla tak około dziewiątego treningu. Najpierw musi trochę ze sobą powalczyć, ale jak wytrzyma osiem czy dziewięć razy, to już mu idzie łatwiej i że zaczyna funkcjonować jak dobrze naoliwiona maszynka. No i wtedy chce czuć to coraz częściej.

Półtora roku temu przygotowywałem się do maratonu we Wrocławiu, ale nagle wyskoczył inny bieg: 98 km wokół masywu Mont Blanc. Z czołówką i prowiantem, górskimi ścieżkami. Na starcie 2.700 osób, do mety dotarła połowa. Niesamowite przeżycie. Oczywiście połowę przeszedłem, ale udało mi się złamać 26 godzin (taki był limit czasu) - 25 godz. 57 min. Ludzie drzemali po drodze, były gorące bufety, rosół z makaronem. W nocy ciemnica, tylko czołówki było widać. Raz patrzę: o tam, w górze na zboczu ludzie się zatrzymali, światła się nie ruszają, a to były gwiazdy! Odjazd. Na macie w Chamonix, najpierw przeżyłem etap euforii, ale już chwilę później miałem nogi jak z cementu. Tempem kulawego żółwia sunąłem do hotelu (zresztą nie tylko ja), kierowcy się zatrzymywali specjalnie, żeby mnie przepuścić, trąbili klaksonami, machali. Dla nich byłem bohaterem. Ale jak już debiutować maratońsko, to u siebie, we Wrocławiu. Szykuję się na ten wrzesień. Może się uda.