Od sportowego zera do Ironmana - zobacz, jak bieganie odmienia życie!

"Przebiegnięcie kilometra w założonym czasie było tragedią. Zresztą po co zaczynać tę historię od biegania. Jako ponad 100 kg pączek w maśle, nie byłem królem życia, a bieganie było ostatnią rzeczą o której myślałem" - tak swoją historię rozpoczyna Wojtek Kołacz, który w ciągu czterech ostatnich lat "zgubił" 40 kg, a głównymi rozrywkami zamiast siedzenia przed komputerem z miską chipsów stały się treningi i starty w triathlonie.

Nie byłem popularnym człowiekiem w szkole, dziewczyny za mną nie szalały, a czas upływał. Mając 21 lat na karku i ponad 40 kg nadwagi, raczej nie grzeszyłem pewnością siebie i nie czułem, że może być ze mnie ktoś więcej niż typowy gruby programista informatyk (studiowałem informatykę, a programowanie to ostatnia sztuka rzemiosła, którą chciałbym się zająć po studiach).

I tak aż do wiosny 2011 roku. Wtedy to sam z siebie, nawet nie wiem czemu chciałem coś w sobie i wokół siebie zmienić. Jednak cofnijmy się w czasie kilka miesięcy, czyli do momentu pójścia na studia. Wojskowa Akademia Techniczna od razu budziła grozę w grubasku, przed którym były ćwiczenia wojskowe. Bieganie oraz to czego nie potrafiłem ze swoim ciałem zrobić było zwyczajnie przykre. Nie było siły, żebym miał się męczyć i wylewać siódme poty skoro nie widziałem efektów.

Nasz trener prowadzący zajęcia na uczelni (były wojskowy) wyśmiewał, wymagał i dziwił się: "Kto wam zrobił w życiu taką krzywdę?!". Miał na myśli moje (i niektórych moich kolegów) braki w tężyźnie fizycznej. Zaliczenie testu sprawnościowego było prawdziwym Mount Everestem. Oprócz biegania słabo było z podciąganiem na drążku. Bo jak tu podciągnąć prawie 120 kg klocka, w którym nie ma specjalnie mięśni? No dobrze... przesadzam. Nogi miałem zawsze dobrze umięśnione i byłem "nabity". Niestety nadal zbędny balast nie poprawiał mojego położenia. I ta szydera od prowadzącego zajęcia oraz moja bezsilność były jakimś zarodkiem tego co się ze mną stało.

Wojciech KołaczWojciech Kołacz Wojciech Kołacz Wojciech Kołacz

Ni z tego ni z owego na wiosnę ad. 2011, bez jakiegoś większego powodu zacząłem myśleć o bieganiu. Pierwsze podejście do prawdziwego biegania zacząłem nie np. w parku tylko z nosem w komputerze. Zacząłem wertować Internet pod kątem: "jak zacząć biegać?", "bieganie a chudnięcie" itd. Aż natrafiłem na 6-tygodniowy plan, którego założeniem było przygotować człowieka do 30-minutowego ciągłego biegu. Założenia tego planu to prostota realizacji oraz możliwość korygowania obciążeń treningowych, co było nie bez znaczenia w kontekście "zwariowanego" życia studenckiego. Plan bardzo przypadł mi do gustu.

Wiedziałem, że nie obejdzie się bez inwestycji w sprzęt oraz przygotowania się do planu, bo nawet jak na bardzo wolnego biegacza byłem zbyt ciężki. Waga początkowa w marcu oscylowała wokół 120 kg i wtedy wiedziałem, że muszę powiedzieć temu dość - zacząłem działać. Do planu przygotowywałem się energicznymi marszami i przez dwa miesiące do maja zrzuciłem ok. 6 kg, co napędzało mnie do dalszego działania.

W pierwszym tygodniu maja zacząłem intensywnie szukać butów, które dadzą mi solidną amortyzację i wygodę użytkowania. I będą w dobrej cenie. Przeczytałem mnóstwo recenzji, opisów oraz ocen użytkowników różnych modeli od różnych producentów. Wybierałem na ślepo, bo przez internet, a nie w specjalistycznym sklepie. To jest błąd dla kogoś kto zaczyna z bieganiem. Chociaż obce były mi pojęcia pronacji, supinacji to po teście mokrej stopy zdecydowałem się na buty Puma! A dokładniej na model "Complete Velosis II". Buty z mojej perspektywy (całkowitego amatora) były świetne bo były miękkie i tylko to się liczyło. Służyły mi dzielnie przez prawie 1500 km.

Po tym czasie wyruszyłem na swój pierwszy "prawdziwy" trening. Pamiętam to jak dziś, był 17 maja. Historyczna data! Generalnie nie wiedziałem jak to będzie i czego się spodziewać. Ale nałożyłem buty i wyszedłem na dwór z zamiarem pobiegania, a raczej marszo-biegu. Oczywiście nie miałem butów do biegania, ciuchy były jakie były i tyle. Miałem się iść poruszać i zobaczyć co z tego będzie. O żadnej elektronice nawet nie wspomnę.

Na treningu miałem interwał 30 s biegu/4:30 min marszu i tak 6 razy. Poszło gładko i po powrocie do domu miałem błysk w oczach. Pomyślałem, że coś z tego może być. Początkowo nikomu się nie przyznałem, że zacząłem się jakoś bardziej ruszać. Ot taka moja tajemnica, aby potem zaskoczyć bliskich i znajomych. Przy okazji planu treningowego, postanowiłem coś zrobić ze swoją dietą, która w zasadzie nie istniała. Starałem się stosować 4 zasady "0": - zero fast-foodów, - zero słodyczy, - zero kolorowych napojów gazowanych, - zero alkoholu. Przy okazji postanowiłem przykładać większą wagę do tego co jem i ile jem.

Od pierwszego treningu mijały tygodnie, wydłużałem czas odcinka bieganego na rzecz zmniejszania marszu. W międzyczasie zacząłem zauważać zmiany w wyglądzie. W lipcu było wesele mojego brata i już wtedy było widać pierwsze efekty nowego życia. Garnitur był za duży i trzeba było przeszyć guziki. Mniej kilogramów było zauważone przez znajomych i rodzinę. Generalnie motywacja i determinacja tryskała mi uszami. Wszystko dlatego, bo moja praca i wyrzeczenia dały efekt. Bo czy nie jest tak, że jak nie widzimy efektu mimo podjętego wysiłku, to zniechęcamy się i stwierdzamy, że to nie ma sensu?

Niestety sama realizacja planu, że 30 min przebiegnę po 6 tygodniach nie udała się. Wszystko za sprawą studiów, pracy i różnych obowiązków. Dopiero dokonałem tej sztuki w sierpniu. Jak potem sam pisałem na forum jednego z portali biegowych:

Wojciech KołaczWojciech Kołacz Wojciech Kołacz Wojciech Kołacz

Miałem siły i chęć na dwa razy tyle. Udało się pobiec ciągiem 30min! Byłem dumny jak paw i wiedziałem że to moja droga. Wpadłem do domu i pamiętam co mówiłem po tamtym biegu:

"Celem jest przebiegnięcie 22. Biegu Powstania Warszawskiego na 22. urodziny. Ale może mi się uda i dam radę przebiec Biegnij Warszawo na jesieni, w końcu mam jeszcze parę tygodni."

Jak się później okazało te słowa były prorocze, bo nie dość, że pobiegłem w Biegnij Warszawo to zaliczyłem w tamtym roku jeszcze dwa starty. Wszystko dzięki temu, że z każdym kolejnym treningiem zacząłem biegać więcej, dalej i szybciej, a waga ciągle leciała w dół.

Pierwsze zawody

We wrześniu zafascynowany Maratonem Warszawskim, zobaczyłem że organizowany jest też bieg towarzyszący - Bieg Olimpijski. Był to bieg na dystansie 8 km. Nie był to mały dystans, ale w sam raz na debiut. Nieźle się stresowałem tym debiutem, bo wszystko było nowe i nieznane, ale koniec końców to była świetna decyzja.

Jadąc samotnie na start, jechałem w nieznane. Jednak w głowie miałem tylko dobre myśli i wiedziałem, że musi być dobrze. Biuro zawodów, szatnia, przejście na start i stres. Oczekiwanie na start biegu był dużym przeżyciem. Wszystko przez to, że najpierw ruszyli maratończycy. Widziałem wielu biegaczy i każdy wydawał się być herosem nie z tej ziemi. No bo jak to?! Ponad 40 km przebiec? Tak się nie da! Maratończycy przebiegli. "Ósemkowicze" na start. Wystrzał i ruszyliśmy! Ja z muzyką w uszach napierałem przed siebie. Miałem jakieś tam założenia na tempo, ale główny cel to było ukończenie biegu. I po ponad 40 minutach zameldowałem się na mecie. To był coś nie do opisania! Uczucia, które udzielają się gdy wbiega się metę i zawieszają Ci medal na szyi To po prostu trzeba przeżyć. Dumny byłem z samego siebie i tego czego dokonałem. Jadąc autobusem do domu czułem pozytywną energię i endorfiny.

Chciałem więcej, więc od razu po powrocie zapisałem się na Biegnij Warszawo. Większy dystans, większa impreza. 10 km to już jest coś, zwłaszcza, że na treningu przebiegłem taką odległość ledwie kilkukrotnie. Co by mi było raźniej okazało się, że mój kumpel ze studiów (uszanowanie Karol!) również biega i chce wystartować, ale jakoś nie mógł się zebrać. Od słowa do słowa, sam się zapisał, a ja zyskałem kompana do treningów. Jak się później okazało kompana aż do dziś, bo mimo że skończyliśmy już studia, zawsze jest chętny na trening. Widać, że bieganie łączy.

Wracając do mojego drugiego startu. Biegnij Warszawo udało się przebiec w fajnym czasie, bo "złamałem" godzinę. Po raz kolejny widziałem, że się rozwijam i idę w dobrym kierunku. Do kompletu startów w debiutanckim sezonie dorzuciłem jeszcze Bieg Niepodległości. W 2011 roku licznik treningowy zatrzymał się na 500 km. Waga oscylowała w granicach 91 kg. Czyli w ok. 9 miesięcy byłem już innym człowiekiem. Nie grubaskiem bez kondycji, a wiedzącym czego chcę - biegaczem amatorem, który chce zdobyć kolejne szczyty w swojej biegowej przygodzie. Kolejny rok stał przede mną otworem.

2012

Wraz z początkiem roku poznałem Rafała. Chociaż tak naprawdę on mnie znalazł przez Endomondo. Zgadaliśmy się i zaczęliśmy wspólnie trenować. Co ciekawe on też startował z pułapu 100 kg+ i w zawodach biegowych także debiutował podczas Biegu Olimpijskiego. Teraz wspólnie ścigamy się i trenujemy do zawodów triathlonowych.

Mój trening w nowym roku poszedł w stronę objętości. Moje miesięczne kilometraże w styczniu i lutym były rekordowe. Dodatkowo wyznaczyłem sobie pewne cele na początku roku i jak okazało się finalnie - zrealizowałem w 100%. Wykonałem 500% normy, a zmiany dzięki bieganiu zachodziły błyskawicznie.

Wojciech KołaczWojciech Kołacz Wojciech Kołacz Wojciech Kołacz

Zacząłem od debiutu w półmaratonie na Półmaratonie Warszawskim, potem trafiały się krótsze starty. Na wariata (dzięki Rafałowi) zaliczyłem debiut w ultramaratonie. Może nie było by to nic szczególnego, gdyby nie to, że wcześniej miałem na koncie tylko krótsze starty z półmaratonem włącznie. Natomiast kilometraż wybiegań zamykał się na 25 km. Dlatego też początkowo wydawało się, że lecimy z motyką na słońce, ale koniec końców nadszedł splendor i chwała bohaterom.

Kolejnym naturalnym krokiem był debiut w maratonie. Tutaj nie mogło być inaczej jak debiut na swoim terenie - 34. Maraton Warszawski dał mi debiutancką życiówkę - 03:44:07. Zamiast kląć pod nosem na mecie i mówić: "NIGDY WIĘCEJ!", już byłem zapisany na kolejne 42,195km w Poznaniu. W końcu trzeba było zdobyć Koronę Maratonów Polskich.

Sezon startowy 2012 dopełnił warszawski Bieg Niepodległości na 10 km, podczas którego ustanowiłem swoją obecną życiówkę - 41:56.

Moja waga pokazywała o 39 kg mniej niż w momencie, kiedy zaczynałem myśleć o bieganiu! Jak widać reklamy nie kłamią bo: Imposible is nothing! ;)

2013

Kolejny rok i kolejne cele. Udało mi się "dobiegać" brakujące maratony do Korony Maratonów. Ponownie zasmakować ultra oraz zacząć biegać na orientację. I w tej ostatniej dyscyplinie święciłem swój największy sukces. Razem z Rafałem podczas zawodów GEZnO zdobyliśmy pierwsze miejsce w kategorii RX. W dużym uproszczeniu latamy jak szaleni z mapą po górach i szukamy punktów. W dwa dni pokonaliśmy ok. 80km. Lekko nie było, ale pierwszy puchar i zwycięstwo było nasze.

2013 rok przyniósł także rozwój w kolejnej dyscyplinie, ponieważ zapisałem się na grupowe treningi pływackie pod okiem mojego obecnego trenera i dzięki temu realnie zacząłem myśleć o triathlonie. Zresztą pod koniec roku byłem już zapisany na debiutanckie zawody czyli Triathlon Sieraków na dystansie 1/4 IRON MAN. Jeszcze nie wiedziałem na co się porywam, ale jak pokazały i pokazują kolejne miesiące to był strzał w dziesiątkę!

2014

Ten roku miał być przełomowy i dać odpowiedź, w którą stronę podążać dalej. Zapoczątkowałem swoje starty w triathlonie oraz wszedłem pod skrzydła mojego obecnego trenera. Współpraca z trenerem daje mi bardzo dużo, bo każdy trening przynosi konkretny efekt i niesie za sobą cel. Nie są one oczywiście widoczne od razu, ale dzięki długofalowemu planowaniu z głową, zyskamy w dłuższej perspektywie czasu. Z planów był to debiutancki sezon TRI oraz kontynuacja biegania ultra. Pierwszym ważnym akcentem był obóz treningowy w COSie w Wałczu. Tam zobaczyłem jak to być wyczynowcem czy też zawodowcem. Potem jakieś starty kontrolne i oczekiwanie debiutu. Debiut odbył się pod koniec maja. Jak mówił mój trener:

"To jest debiut. Nie myśl o niczym, tylko baw się i ciesz, że tu jesteś. Ukończ zawody w zdrowiu i z uśmiechem na twarzy. Czas na mecie jest teraz nie ważny."

Wojciech KołaczWojciech Kołacz Wojciech Kołacz Wojciech Kołacz

I miał rację, bo byłem szczęśliwy, że tego dokonałem. Jakieś wątpliwości i lęki uleciały wraz z wbiegnięciem do wody (w Sierakowie start odbywa się z plaży). Każdy km to była radość i efekt treningów. W kolejnych miesiącach "zaliczyłem" jeszcze kilka startów. Od 26 lipca do 6 września (z wyłączeniem jednego tygodnia sierpnia) startowałem co tydzień. Były to kolejno dystanse: 1/4 IM, dystans olimpijski, 80km+ ultra, 1/4IM, 1/2 IM, 100km ultra. Formę udawało się podtrzymywać, regeneracja szła wzorowo, a wyniki się poprawiały. Ciężką pracą udało mi się dojść to takich efektów. Jak tu uwierzyć, że ważący wcześniej 120kg chłopak może czegoś takiego dokonać?!

Niestety gdy jest dobrze to zawsze coś musi stanąć na drodze do szczęścia. 20 września w czasie treningu kolarskiego wydarzył się wypadek. Otóż na mojej standardowej trasie treningowej potrącił mnie samochód. Jechałem spokojnie i przecinałem skrzyżowanie przy zielonym świetle. Całą siłą - a jechałem ponad 30km/h - uderzyłem łopatką w maskę. Rower pofrunął w górę, a ja się osunąłem na asfalt. Początkowo wstałem otrzepałem się i rzuciłem w eter kilka niecenzuralnych słów. Niestety moja hardość spotkała się z narastającym bólem i długim czasem oczekiwania na policję. Pani kierująca pojazdem przyznała się do winy. Mandat, wymiana telefonów i do domu.

Dopiero wieczorem nadeszło najgorsze. Za radą ekipy z R'ki, pojechałem na SOR na prześwietlenie oraz po receptę na środki przeciwbólowe. Niestety RTG i mina oraz słowa diagnozy lekarza przekreślały wszystko. Musi założyć gips. Łzy napłynęły do oczu i jasnym stało się, że kolejne starty (maratony w Warszawie i Poznaniu) staną pod znakiem zapytania. Niestety miesiąc unieruchomienia oraz braku treningów zrobiły swoje. Straciłem dużą część swojego życia. Sport był dla mnie bardzo ważny. To jak raptowne odłączenie od tlenu.

Jako jednoręki bandyta byłem podłamany takim obrotem spraw. Jedyne czym mogłem się cieszyć, to że żyję. Po miesiącu (w październiku) wróciłem do treningów. Pierwsze bieganie - potruchtałem jakieś 5km i byłem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Cel był jeden: odbudować się fizycznie i psychicznie. Na szczęście cała forma z początku sezonu nie poszła w las i już na początku listopada udało się dzielnie bronić tytułu podczas kolejnej edycji GEZnO. Sztuka ta się nie udała, ale uzyskaliśmy z Rafałem podium. 2. miejsce po historii ze złamaniem był to sukces. Sezon ten obfitował w dużo ciekawych i strasznych jak widać wydarzeń, ale ja dalej byłem sobą. Nowym sobą, dzięki uprawianiu sportu.

Materiały partnerów

zobacz wybrane produkty

Dieta i kryzysy

Tak jak wcześniej wspominałem, odkąd wziąłem się za siebie moja dieta jest zgoła inna niż na początku. Choć tak naprawdę w ogóle restrykcyjnej diety nie trzymam i nie trzymałem. Początkowo narzuciłem sobie rygor co do niektórych produktów, ale jadłem to co chciałem. Tyle, że z głową i umiarem. Bo co za dużo to nie zdrowo - jak ze wszystkim. Trzeba zwracać uwagę na to co jemy, kiedy jemy i ile jemy. Niby takie proste, a jak widać wielu nie udaje się tego pojąć. Ja wiem, że jeśli chcę uzyskać jeszcze lepsze wyniki, to będę się musiał do tego przyłożyć jeszcze bardziej. Jestem tego świadom, ale dzięki temu mam jeszcze rezerwy w swoim sportowym rozwoju. Nie można też popaść ślepo w przekonanie, że skoro biegam i trenuję to jem ile chce, bo i tak spalę. To błędne podejście, bo jest to łatwe przyzwolenie na niekontrolowane opychanie się. A ten kto walczy o sylwetkę nie może sobie na to pozwolić. Ja starałem się zawsze bilansować wartość kaloryczną ze wskazaniem jednak na wartość ujemną. Dzięki temu waga szła w dół i było widać efekty ciężkiej pracy. Nie było frustracji, ani kryzysów wiary w to co robię.

O właśnie kryzysy. Czy takie były? Jeśli były to jak sobie z nimi radziłem? Takie pytania na pewno nasuwają się po przeczytaniu prawie całej mojej historii. Szczerze mówiąc takich kryzysów nie miałem. Czasem człowiek odpuszczał i opuszczał się w treningach, ale było to chwilowe. Momentalnie udawało mi się przepędzić lenia. Na początku biegowej drogi miałem taką motywację, że jeśli osiągnę cel to wynagrodzę sobie trud w dążeniu do niego. Może czasem być to zgubne, jednak na mnie działało to idealnie. Szczerze powiedziawszy jedyną sytuacją, którą mógłbym określić mianem kryzysu był wypadek na szosie.

Co dało ( i zabrało) mi bieganie?

W zasadzie rzadko myślałem o tym, co dał mi sport. Czasem dostrzegałem oczywiste rzeczy jak wygląd, waga i ogólna sprawność. Zyskałem jednak dużo więcej: pasję, pracę z nią związaną, olbrzymią zmianę w zachowaniu i myśleniu, setki bliższych bądź dalszych znajomych oraz wspaniałą kobietę, jaką jest moja dziewczyna. Czas odkąd trenuję i ta zmiana to także niezliczone ilości wspaniałych chwil, uśmiechów i radosnych wydarzeń.

Szczęśliwym mogę być także z tego, że dzięki mnie zyskały też inne osoby. Dla wielu osób byłem jakąś inspiracją, czy też trenerem. Kilka osób ze mną regularnie trenowało i razem wystartowaliśmy w zawodach biegowych. To jest radość, bo przekazałem pasję dalej. Jednak przede wszystkim jestem dumny z mojego starszego brata Krzyśka, który zaczął biegać i teraz jest maratończykiem. Pokazałem mu, że można i sam dokonał to, o czym nawet nigdy nie śnił. Dlatego inspiracja innych ludzi to wielka wartość dodana. Widzę wtedy, że to co robię ma sens i dobra energia oddziałuje na innych.

Przechodząc swoja przemianę od sportowego zera do Ironmana wraz z towarzyszącymi temu procesowi perypetiami wiem, że można wszystko. Trzeba tylko chcieć. Może czasem potrzeba więcej czasu, ale da się. Więc jeśli ktoś mówi że nie może schudnąć, zmienić czegoś aby było lepiej to jest mentalnym grubasem. Skoro ja mogłem i jeszcze zaraziłem tym parę osób to każdy może. Bieganie, triathlon i ogólnie sport dał mi więcej przez i na całe życie niż jakikolwiek człowiek. Potrzeba było przy tym mieć dużo sił, samozaparcia i wykonanej pracy, ale wiem że było warto bo znalazłem swoją drogę i szczęście.

Odrębny akapit także na to co straciłem. Przede wszystkim straciłem na wadze. Jakby nie liczyć to jest to 40kg. Spadło mi ponad 20 cm w pasie, rozmiary ubrań XL i XXL, ustąpiły miejsca ubraniom w rozmiarze S i M. Sport uszczuplił oprócz sylwetki także portfel. Ale nie warto o tym myśleć skoro pieniądze inwestujemy w siebie, w swoje zdrowie i szczęście. To jest warte każdych pieniędzy! :)

Plany na przyszłość

Dalej wytrwale trenuję triathlon. W 2015 roku będę chciał się skupić nad startami triathlonowymi na dystansie 1/2 IM oraz poprawieniu swoich biegowych życiówek. Zupełnie odpuszczam temat długi biegów górskich. Jeszcze przyjdzie czas na zdobywanie szczytów i punktów kwalifikacyjnych do biegu UTMB (marzenie aby tam wystartować). Natomiast w 2016 roku chcę już się zmierzyć z pełnym dystansem Ironmana.

Generalnie z roku na rok chciałbym poprawiać czasy i podnosić swój poziom sportowy. Poza tym chce się dzielić swoją historią, która pokazuje, że jeśli się chce to można wszystko. Pamiętajcie że: "Sky is the limit!".

Więcej inspiracji znajdziecie na blogu Wojtka  - www.panzabka.com .

Jeśli i Ty chcesz opowiedzieć nam swoją historię, albo podzielić się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat zmian, jakie zaszły w ostatnich 10 latach w biegowej Polsce - pisz: polskabiega@agora.pl!

Materiały partnerów

zobacz wybrane produkty