2010: Wspaniały rok pełen rozczarowań...

...czyli jak najlepsze plany mogą się wywrócić do góry nogami i dlaczego nie powinniśmy się tym przejmować.

Planowanie roku 2010 rozpocząłem już w ostatnich dniach listopada 2009. Właśnie wróciłem z 40. - jubileuszowego maratonu w Nowym Jorku z uczuciami mocno zmieszanymi. Z jednej strony mnóstwo pozytywnych wrażeń - poziom organizacyjny, zainteresowanie mediów, życzliwość nowojorczyków przed, po a szczególnie w czasie biegu; z drugiej strony - nie pobiłem życiówki! (3:59, Berlin 2008)

Miało być 3:45 a wyszło 4:02. Nikomu, kto biega dłużej niż rok nie muszę wyjaśniać, co się czuje, kiedy przez 16 tygodni przygotowujesz się do głównego biegu sezonu i na mecie okazuje się, że twój rekord, który ma już dwa lata, nadal obowiązuje. A przecież plan treningowy był dokładnie rozpisany i sumiennie zrealizowany, po drodze pękła życiówka w półmaratonie (1:46, Łowicz), a na mecie - już wiecie.

W Chicago miała być ''życiówka''. Nie udało sięW Chicago miała być ''życiówka''. Nie udało się Fot. Alina Strześniewska Fot. Alina Strześniewska

2010 miał być dużo lepszy!

Na głównym start został wyznaczony 33. Maraton w Chicago, następny na mojej liście 5 Majors Marathons (w skład tej ''piątki'' wchodzą maratony w Berlinie, Bostonie, Chicago, Londynie i w Nowym Jorku). Trasa płaska i szybka - idealne miejsce na bicie rekordu. Start w centrum bez dowożenia autobusami (czego bardzo nie lubię), październik - czyli nie za gorąco, a to kolejna rzecz której nie lubię. Poza tym jesienią - jak wszyscy wiemy - nawet nasza kadra piłkarska gra lepiej!

Ponieważ zakończyłem drugi pełny sezon biegowy (w sumie 2,5 roku biegania) zacząłem się zastanawiać, jak sobie urozmaicić moje życie sportowca-amatora (fachowo: zdywersyfikować stymulus treningowy).

Na skutek zbiegu okoliczności, kilku rozmów i paru lektur wybór padł na triathlon. Rozumowanie było następujące - bieg mam przyzwoity, na rowerze kiedyś się nawet ścigałem (kto pamięta legendę polskich szos rower marki Huragan?), trzeba tylko oswoić pływanie. Żabę mam mocną, ale żeby zaistnieć i nie robić widowiska, to trzeba - kombinowałem - opanować kraul. A mój był raczej taki wakacyjny - skok do wody, 30 sekund energicznej młócki na bezdechu i... na plecki. Drogą kupna nabyłem czepek, okularki i zapisałem się na lekcje kraula.

Żeby nie zaniedbać biegania zaplanowałem na początek marca półmaraton w Wiązownej, potem półmaraton w Berlinie, kwiecień - turystyczno/sportowy wypad do Nicei i kolejny półmaraton, czerwcowy triathlon w Suszu no i potem pełna koncentracja w przygotowaniach do startu w Chicago.

Rok 2010 został zaplanowany, program treningowy rozpisany z uwzględnieniem lipcowego obozu biegowego w Szklarskiej Porębie, plus starty zagraniczne i nowa dyscyplina triathlon w celu uniknięcia rutyny. Zaczynamy.

Rozczarowanie nr 1: po pierwszym tygodniu na basenie mój prawy bark odmówił współpracy. Na to ja odmówiłem mu prawa do strajku, w ruch poszły maści ludzkie i końskie, ketanole i co tam jeszcze było w apteczce. Po trzech tygodniach sprawa się wyjaśniła - w ogóle już nie mogłem ruszać ręką. Seria wizyt u specjalistów, jakieś zdjęcia, pomiary i wszystko stało się jasne. Miałem skumulowane stare kontuzje (tenis, narty, energiczne pozdrawianie przejeżdżających dygnitarzy), naderwane mięśnie rotatorów, zapalenie kaletki i kilka innych drobiazgów. Kariera triathlonisty i ironmena już na starcie stanęła pod dużym znakiem zapytania. Potrzebna była operacja.

Rozczarowanie nr 2: kontynuowałem bieganie - na szczęście do tego nie był mi potrzebny wiatrakowy ruch prawego ramienia. W nagrodę za przepracowaną sumiennie wiosnę miałem pojechać na półmaraton do Nicei. Niestety, nie skonsultowałem swoich planów z wulkanem Eyjafjallajokull (mogłem opuścić kilka liter w nazwie), który sobie ''erupnął'' i sparaliżował ruch lotniczy nad Europą. Resztę kwietnia i pół maja poświęciłem na odkręcanie nie udanej wyprawy i wyrywanie hotelom i liniom lotniczym mojej kasy.

Rozczarowanie nr 3: W połowie lipca pojechałem na obóz biegowy do Szklarskiej. Ostatni raz na obozie sportowym byłem w połowie lat 70-tych z kadrą zapaśników w stylu klasycznym. Większość czasu poświęcaliśmy na adorowanie dziewczęcej kadry Mazowsza w siatkówce, którą zakwaterowano w tym samym ośrodku. Jedyne sparingi jakie wtedy mieliśmy odbyły się na potańcówkach pod wpływem win owocowych. Rozczarowanie nr 3 nie polegało na tym, że nie było w hotelu Bornit młodzieżowej kadry siatkarek - były inne piękne panie - ale na tym, że trzeciego dnia ćwicząc interwały na drodze Pod Reglami zwichnąłem sobie staw skokowy. Ale jakie to było piękne zwichnięcie - kostkę miałem wielkości kolana i koloru dojrzałej węgierki. Mimo znakomitej kadry trenerskiej resztę obozu spędziłem w basenie udając żabkę.

Rozczarowanie nr 4: mamy środek lata, a ja nie mogę biegać, nie mogę ćwiczyć kraula. Został mi rower i malownicze drogi Mazowsza. Wiosną kupiłem sobie szosówkę z jakiegoś kosmicznego materiału i szukałem okazji na sprawdzenie klasy tego sprzętu w warunkach startowych. Znalazłem triathlon na krótszym dystansie - 1 km pływanie - to mogę zrobić żabką, pomyślałem, 25 km rower - tu się odkuję i 10 km bieg - to mogę zrobić nawet bez treningu. Start miał być w pierwszej połowie sierpnia, czyli zdążę ze stawem skokowym. Znowu w ruch poszły maści oraz tabletki w przeróżnych kolorach. Zadzwoniłem do organizatora w sprawie noclegu i przy okazji dowiedziałem się, że trasa rowerowa w większości biegnie po leśnych duktach i rower typu MTB będzie zdecydowanie lepszy. Czyli co, nie przetestuję kosmicznej szosówki? Odcinek rowerowy triathlonu zaliczyłem na wygrzebanym w garażu starym Fisherze ważącym około 30 kg z oponami tak grubymi, że nie mogłem ich wcisnąć w stojaki w strefie zmian.

W Chicago miała być ''życiówka''. Nie udało sięW Chicago miała być ''życiówka''. Nie udało się Fot. Alina Strześniewska

Fot. Alina Strześniewska

Rozczarowanie nr 5: Od połowy sierpnia realizowałem program treningowy na Chicago. Problemy zdrowotne wyparowały - szykowałem się na magiczną datę 10.10.10. Pamiętając o kłopotach związanych ze startem w NY tym razem:

a) na czas lotu założyłem strój kompresyjny b) wybrałem hotel w pobliżu startu c) wykupiłem bilet do ''hospitality tent'' - duży namiot, w którym serwowano śniadanie przed i lunch po biegu, gdzie można było zostawić rzeczy d) na starcie ustawiłem się w mojej grupie, a nawet trochę lepiej

Tydzień przed biegiem temperatura wynosiła 15 stopni C, tydzień po biegu temperatura wynosiła 15 stopni C, w weekend biegu temperatura wyniosła... 28 stopni C. Zaraz po starcie i między wysokimi budynkami centrum biegło się komfortowo - ci, co potrafią skończyć w 2:30 mieli fajnie. My po dwóch godzinach wybiegliśmy na otwartą przestrzeń i po dalszych 30 minutach wiedziałem, że z rekordu nici. Ludzie zaczęli padać jak stonka po azotoksie, wokół karetki na sygnale, mnie odcięło prąd i zaczęło się ścinać białko. Organizm skoncentrował się na chłodzeniu a nie na bieganiu. Na metę doczłapałem w 4:13, czyli jeszcze wolniej niż rok wcześniej w Nowym Jorku!

W Chicago miała być ''życiówka''. Nie udało sięW Chicago miała być ''życiówka''. Nie udało się Fot. Alina Strześniewska

Fot. Alina Strześniewska

Podsumowując cały 2010 rok:

1. Ukończyłem kolejny wielki maraton świata plus kilka innych inspirujących biegów (półmaraton i 25K w Berlinie) 2. Zaliczyłem pierwszy triathlon i nie byłem ostatni 3. Poznałem całą masę nowych ludzi, którzy podobnie jak ja nie uważają przebiegnięcia w sobotę rano 25 km za oznakę szaleństwa 4. Między innymi dzięki mojemu wsparciu (motywacja, sugestie treningowe, Impact Team, etc.) Renatka Kalińska wróciła do biegania wygrywając Koral Maraton w Krynicy oraz Bieg Powstania Warszawskiego, a także kilka razy wskakując na pudło w innych biegach. 5. Zafundowałem sobie operację plastyczną - co prawda tylko barku, ale przez kilka dni moja stercząca na temblaku ręka budziła zainteresowanie i współczucie, co zawsze jest mile widziane. Przy okazji dowiedziałem się ilu moich znajomych ma rozregulowane barki.

Doszedłem szybko do wniosku, że jeśli bieganie traktujesz się jako sposób na życie, to zawsze będzie kolejny maraton, kolejne zawody i kolejna szansa na sprawdzenie się. Chyba nie muszę dodawać, że rozpocząłem planowanie 2011. Mam tam Ironmena 70.3 (taki triathlonowy półmaraton) w Wiesbaden oraz maraton w Amsterdamie - tam się rozprawię z moją ''życiówką''. Za rok dam Wam znać, jak wyszło.

Marek Strześniewski

Dołącz do nas na Facebooku

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.