Moja Wenecja

Veni, vidi, vici... Wenecja, czyli moje wrażenia po 25. maratonie w mieście kanałów. W Wenecji pobiegła dwójka reprezentantów Polska Biega: Beata Sadowska i ja. A to moje wrażenia ze startu we Włoszech.

Majowe zapisy

Zacznijmy od tego, że w gruncie rzeczy zorganizowanie maratonu w takim mieście jak Wenecja to nie lada wyzwanie. Każdemu, kto był i zna chociaż trochę topografię miasta wie, że na bieg masowy o długości ponad 42 kilometrów nie ma tutaj za dużo miejsca. Właśnie dlatego liczba uczestników jest bardzo ograniczona - przy okazji tegorocznego - jubileuszowego 25. maratonu - wyniosła siedem tysięcy osób.

Nic więc dziwnego, że listy startowe zamknięto już... w maju. Zapisy z takim wyprzedzeniem stają się już standardem - wystarczy popatrzeć na maraton w Nowym Jorku, czy Bostonie. Ma to jednak swoje plusy - można odpowiednio wcześnie zaopatrzyć się w bilet lotniczy (kupowanie kilka miesięcy wcześniej zazwyczaj oznacza dużo niższe ceny), znaleźć nocleg, czy po prostu przygotować się do biegu.

Mimo mocno ograniczonej liczby uczestników organizatorzy i tak mieli sporo do myślenia. Bo jak zorganizować maraton przez zabytkowe miasto jednocześnie nie odcinając od tych zabytków turystów? Kolejnym problemem jest nieobliczalna ''wysoka woda'', czyli przypływy wód z laguny, które zalewają ulice paraliżując życie, o bieganiu już nie wspominając. Minipowodzi na szczęście nie było - przypływ zmył się przed najszybszymi biegaczami zostawiając jedynie ślady w postaci kałuż.

Maraton w WenecjiMaraton w Wenecji fot. Michał Skwirut

Maraton do Wenecji

Start maratonu ulokowano pod miastem - na wprost wejścia do pięknej barokowej rezydencji ze wspaniałym parkiem Villi Pisani. Meta była w centrum Wenecji - nieopodal placu św. Marka.

Pogoda dopisała tego dnia biegaczom - było pochmurnie, ale sucho. Mało komfortowe 11 st. C na starcie z każdym przebiegniętym kilometrem stawało się coraz milsze i przyjaźniejsze biegaczom. Na starcie biegaczy podzielono na cztery grupy i przydzielono do czterech sektorów. Kluczem były dotychczasowe osiągnięcia.

Ruszyliśmy o 9.20. Trasa początkowo wiła się wzdłuż rzeki Brenta. Po przebiegnięciu ok. 10 kilometrów zobaczyłem maratończyka-pływaka. Okazało się, że Paolo Donaggio, który startując przed biegaczami postanowił przepłynąć dokładnie ten sam dystans co my.

Kolejne 10 kilometrów było doskonałą okazją do podziwiania widoków (nie zapomniałem oczywiście biec) - wspaniałe letnie rezydencje weneckich patrycjuszy w miejscowości Mestre robią nie lada wrażenie.

Na rynku czekała na nas miła niespodzianka - żywiołowo dopingujący kibice. Wreszcie! Rozwrzeszczany tłum dodał nam skrzydeł (mnie na pewno).

Niby maraton Wenecki, ale do miasta zaczęliśmy dobiegać mniej więcej po pokonaniu 30 kilometrów. Po przebiegnięciu pięciokilometrowej grobli łączącej stały ląd z Wenecją stało się. Wbiegliśmy do miasta kanałów i mostów.

Maraton w WenecjiMaraton w Wenecji fot. Michał Skwirut

Nie kilometry, a mosty

Wenecja przywitała nas oryginalną tablicą z informacją dla biegaczy ''do mety postało 14 mostów'' (ciekawa jednostka miary). Wspomniane mosty zostały na szczęście przygotowane dla maratończyków - na stromych na co dzień schodkach leżały drewniane rampy.

Zaczęło się odliczanie kolejnych mostów. Nie od 10 do zera tylko od 14 do zera. Zresztą na mostach były odpowiednie oznaczenia. Największy wenecki kanał - Canale Grande - pokonaliśmy dzięki specjalnie dla nas przerzuconego mostu pontonowego. Po tej przeprawie wpadliśmy w okolice Placu św. Marka. Tutaj - jak się później okazało - trasa została zmodyfikowana. Wszystko przez wodę. Organizatorzy mieli jednak wariant ratunkowy (także atestowany) dzięki czemu i my i oni wyszliśmy z opresji suchą nogą.

Na ostatnich kilometrach o zmęczeniu skutecznie pomagała zapomnieć bliskość tych wszystkich wspaniałych zabytków i oczywiście... mety. Nie pozostało mi nic innego jak wydłużyć krok i zakończyć włoskie wakacje bieganie.

25 Venicemarthon ukończyło 6269 biegaczy w tym dwójka reprezentująca klub Polska Biega. Beata Sadowska z czasem 4:16:50 była 4300, ja wpadłem na metę z czasem 3:38:56. Byłem 1960.

Michał Skwirut