Jak Maryśka pokonała achillesa

Ma 54 lata, ukończyła 103 maratony, kiedyś biegała zawodowo, dziś dla przyjemności, ostatnio wygrała z kontuzją ścięgna Achillesa - rozmowa Wojciecha Staszewskiego z Marią Kawiorską.

Wojciech Staszewski: To drugie życie czy trzecia młodość?

Maria Kawiorska: To pierwsze życie. Dotarło do mnie, że drugiego nie będę miała. Żal mi każdej minuty. Z perspektywy żałuję nie błędów, które popełniłam, ale rzeczy, których nie zrobiłam, bo bałam się popełnić błąd.

Chociaż jestem stara, mam w sobie naiwność dziecka. Wierzę, że wszystko można zrobić. W moim słowniku nie ma słowa nigdy, nie mogę, nie dam rady. Mogę biegać, spełniam się w tym, jestem w miarę zdrowa. Życie jest tak piękne, cieszę się dniem dzisiejszym, bo może jutra już nie będzie.

Znamy się z biegów, dlatego pozostańmy i w tej rozmowie na ty. Dwa lata temu wróciłaś do biegania po długiej przerwie i chorobie. Rok temu zerwałaś ścięgno Achillesa, to, które jest w dolnej części łydki. A miesiąc temu zostałaś brązową medalistką mistrzostw świata w nordic walking w swojej kategorii wiekowej!

- To było pięć miesięcy po operacji achillesa. 20 sierpnia kolega mi napisał, że zgłosił mnie do mistrzostw polski w nordic walking. I że to za osiem dni. Miałam kijki, ale ich nie używałam, bo co będę z patykami chodzić.

Najpierw pomyślałam: nie mam techniki, gdzie będę lazła, przecież nigdy wcześniej nawet nie próbowałam! A potem: Maryśka, nie możesz tej szansy zmarnować, drugi raz takiej okazji nie będziesz miała.

Poszłam do lasu i potykałam się o kijki. Odskakiwały na boki, wpadały pod nogi. Ale się nauczyłam chodzić i nawet trochę odpychać.

Wygrałam w swojej kategorii wiekowej - 50-55 lat - i zakwalifikowałam się na mistrzostwa świata do Austrii [odbyły się 11 września]. Jak zobaczyłam tamte wielkie niemieckie babcie, to się przestraszyłam, bo ja przy nich kruszynka.

Przez te 21 km i 100 m płakać mi się chciało, bo miałam siłę, ale nie umiałam iść technicznie. Dotarłam w 2 godz. 33 min 51 s, na trzecim miejscu.

Ostatnią pasją pani Marii jest nordic walking, ale nie zapomina o bieganiuOstatnią pasją pani Marii jest nordic walking, ale nie zapomina o bieganiu Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl

Medal cię uszczęśliwił?

- Jasne. Dał mi wiarę, że dużo mogę. Obiecałam sobie, że jak zdobędę medal, to będę mogła biegać.

A co na to twój ortopeda?

- Stwierdził, że to najlepsza rehabilitacja, jaką mógłby mi zapisać po operacji achillesa.

Jak zostałaś biegaczką?

- Miałam 26 lat, kiedy mój synuś Daniel, wtedy sześcioletni, po odwiedzinach mojej młodszej siostry stwierdził: "Mamo, jaką ty masz grubą...". No wiesz.

Weszłam na wagę i zaczęłam krzyczeć, że jest zepsuta, bo pokazała 84 kilo. Ale waga była dobra, tylko ja byłam jak opas. To warchlak utuczony do zabicia, najlepsze mięso, młodziutkie.

Stwierdziłam, że dietą się nie będę katować, więc zaczęłam biegać. W Pszczewie zaczęli gadać, że zwariowałam, że mam prosić Boga o rozum, że mam kochanka w lesie i do niego latam. Tym bardziej zaparłam się, że będę biegać.

Pracowałaś wtedy w GS-ie.

- Byłam panią kierownik sklepu spożywczego. Mąż pracował w Bieszczadach, na drugim krańcu Polski, jako operator żurawi budowlanych. Dwójka małych dzieci na mojej głowie. Wychodziłam pobiegać rano, jak jeszcze spały. Robiłam 6-8 km, nigdy się nie obudziły przed moim powrotem.

Znajomy też zaczął biegać, zapytałam, do czego się szykuje. A on, że na maraton do Warszawy. Ja na to: "Phi, co to jest, ja to bez przygotowania przebiegnę". I we wrześniu 1979 r. na trzy dni przed maratonem on przyszedł z biletem.

Przebiegłaś?

- Wolno, w 4 godziny 19 minut, ale przebiegłam. Trzy dni chodziłam po schodach tyłem, w autobusie mi miejsca ustępowali, bo się przewracałam.

Po trzech dniach powiedziałam: nigdy więcej żadnego biegu, poród przy tym to fraszka. Ale przed następnym maratonem znów zaczęłam trenować i nabiegałam 3:24, byłam czwarta wśród kobiet. A rok później trzecia, z wynikiem 3:20.

To już o włos od zawodowego sportu.

- W 1983 r. w Otwocku rozgrywano jednocześnie maraton i półmaraton. W maratonie startowały dziewczyny z kadry, ja w półmaratonie. Ale była taka żarówa, upał, że one nie wytrzymały i skończyły po połówce. Wbiegam na metę, wiem, że jestem pierwsza, a tu mi mówią, że trzecia. Oczywiście poszłam się kłócić i od jednej usłyszałam, że takie jak ja to mogą startować w biegach podwórkowych. Ja jej na to, żeby mi spiker dał mikrofon, to jej odpowiem. Mikrofonu nie dostałam, ale nagrodę za pierwsze miejsce - tak.

Potem to poszło w zapomnienie i dobrze żyłyśmy ze sobą. Uzyskałam wynik, który dał mi tzw. klasę sportową Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, dostałam powołanie do kadry, stypendium sportowe i mogłam zostawić sklep. Stypendium było porównywalne z pensją - 11 tys. zł.

Trener napisał mi plan i kazał go zrealizować. Chciałam podyskutować, ale trener powiedział: "Ja jestem od pisania, a ty od biegania". Tyle że kartka wszystko przyjmie, a jak się ma małe dzieci, to nie wszystko idzie, jak trzeba. Jak dziecko zachoruje, to przez trzy dni nie da się trenować. To co miałam czwartego dnia zrobić? Sama zostałam swoim trenerem.

W 1986 r. doszłam do rekordu życiowego 2:42, który dawał tzw. klasę mistrzowską PZLA. Dostawałam wtedy 40 tys. zł stypendium plus 14 tys. zł na dożywianie. Zarabiałam więcej niż mąż.

Mąż wtedy pił?

- Pił. Moje wyniki "zawdzięczałam" też jemu. Rano poszłam na trening, on wracał po pracy pijany, to szłam trenować jeszcze raz.

Próbowałaś coś z tym zrobić?

- A co można zrobić?

Odejść?

- Pamiętam, jak syn przyszedł ze szkoły 1 września 1989 r. i mówi, że mają nowego kolegę, ale strasznie mu go żal, bo on nie ma taty. Pytam się, jak to nie ma. A on, że rodzice się rozwiedli. To jak odejść? Za bardzo się wstydziłam, żeby w ogóle o tym mówić. Dużo czasu minęło, zanim dotarło do mnie, że to nie moja wina. Postawiłam mężowi ultimatum dopiero 11 lat temu, jak dzieci dorosły.

I?

- Przestał pić z dnia na dzień. Zajął się pracą, sporo domów wybudował. Ale najlepsze lata i tak uciekły. Dziś nie narzekam, ale nie wiem, czy coś we mnie nie umarło.

Mówią teraz na mnie "bogaczka z Borowego". Ostatnio usłyszałam od wójta, że śpię na pieniądzach. Odparowałam, że pieniędzmi to ja mam ściany wytapetowane, żeby się na nie patrzeć.

Bo ja ciągle pamiętam, jak w dzieciństwie mnie nazywali "biedaczka z Kasztanowej". Jako dziecko myślałam wtedy: może jestem od was biedniejsza, ale jestem lepsza w sporcie. Może kiedyś będę od was bogatsza, ale wy ode mnie w sporcie lepsi nie będziecie.

Ciężko było w domu?

- Siedmioro nas było i straszna bieda. Wiele razy chodziłam głodna. Dlatego powiedziałam, że moje dzieci nie będą głodne.

Rodzice mieli gospodarstwo, przez całe wakacje robiłam za konia i orałam, snopki musiałam wiązać i podawać na wóz, 30 ton dziennie się przerzucało. Jak się wakacje kończyły, byłam najszczęśliwszą osobą pod słońcem.

Na pole się wstawało o czwartej rano, dlatego dla mnie iść o szóstej na trening to żaden problem.

W ostatnim maratonie Warszawskim była pierwsza w swojej kategorii wiekowejW ostatnim maratonie Warszawskim była pierwsza w swojej kategorii wiekowej Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl

Dużo zarobiłaś na bieganiu?

- Jak Aleksander Kwaśniewski został ministrem sportu i zezwolił na wyjazdy, można było dorobić bieganiem. Z moim wynikiem 2:44-2:45 zawsze byłam na podium w maratonach we Francji, w Holandii. W Niemczech wygrałam cztery razy w Essen, trzy razy w Bremenwerde, raz we wschodnim Berlinie. Na mniejszych biegach zarabiało się po 1-1,5 tys. marek, na większych po 6-7 tys.

Przy peerelowskim przeliczniku można było za to żyć przez kilka lat!

- Dom za to kupiłam. Jak jechałam, to nigdy nie myślałam, że jadę zarobić pieniądze, tylko o miejscu, o które walczę. To na jedno wychodzi, ale mniej mnie deprymowało.

Pierwszy i ostatni raz w życiu pomyślałam o pieniądzach w Holandii. Jak uciekłam Rosjance na 30. kilometrze, na 32. prowadziłam z dużą przewagą i zaczęłam liczyć, ile zarobię i co za to kupię. A na 33. przycisnął mnie żołądek i wszystko uciekło. Dobiegłam czwarta, poza podium.

Raz wygrałaś w Warszawie.

- 26 września 1986 r., pamiętam. Nie myślałam o zwycięstwie, biegłam na 2:50, od 30. km ruszyłam mocniej i dobiegłam w 2:46. Finisz był na Stadionie Dziesięciolecia, w bramie stadionu płakać mi się chciało ze szczęścia.

Biegłam z facetem, jak wolontariusze na punkcie widzieli kobietę, to mi podawali picie, gąbkę. Ja jemu potem oddawałam, chociaż mruk był taki - zagadywałam, a on nic. Pod koniec go wyprzedziłam, a on za metą mi dziękuje i wciska mi sto marek. Okazało, że to był Niemiec. Prawie się obraziłam na niego.

Nie kusiło te sto marek?

- Nie, ja nigdy nie byłam pazerna na pieniądze.

Co wygrałaś w Warszawie?

- Pieniędzy nie było, tylko czteropiętrowy tort i wieniec laurowy, który mam gdzieś w szafie. Aparat fotograficzny Zenith, który też gdzieś jeszcze leży. I weekend w hotelu Forum dla dwóch osób. Do hotelu nie pojechałam, bo jak z dwójką małych dzieci? Pieniędzy nie chcieli mi za to dać, ale obiecali, że przeleją na dom dziecka.

Wyjazd po nic.

- Czasami robi się coś nie dla zysku, tylko dla satysfakcji. Jeszcze nie widziałam, żeby jakiś karawan jechał z majątkiem.

Największa porażka?

- Londyn. Byłam świetnie przygotowana. Dziewczyny, od których byłam na treningach mocniejsza, na maratonie uzyskały po 2:38. Trener mi mówił, że zrobię nawet 2:36. I pewnie bym zrobiła, gdybym wiedziała, ile mila ma metrów.

Jak to?

- Nie umiałam sobie ustalić właściwego tempa i zaczęłam odrobinę za szybko. W maratonie za to się płaci. Na 33. kilometrze biegłam jeszcze z prowadzącą Brytyjką, na 36. jeszcze ją widziałam, ale to ostatni obrazek, jaki pamiętam. Ona nabiegała 2:33, a ja 2:49. To było najdłuższe sześć kilometrów w moim życiu. Szłam i klęłam na siebie: taka stara i taka głupia. Ryczałam. Jeden Anglik usłyszał i mówi po polsku: "Ty się nie martwić, jutro być lepsza dzień".

Ale dobiegłam dziesiąta i zarobiłam tyle, że kupiłam jeszcze samochód. Czarną wołgę.

Jak skończyłaś karierę?

- Nie skończyłam!

Wiedziałem, że zaprotestujesz. Zawodową karierę.

- Moje rekordy życiowe uzyskałam po czterdziestce. Wydawało mi się, że ciągle biegam zawodowo, do momentu, kiedy lekarze mi powiedzieli, że mam zapomnieć o bieganiu.

Zachorowałaś?

- Na raka. Czekałam na niego przez wiele lat, bo wiedziałam, że jestem dziedzicznie obciążona. To był nowotwór skóry, wykryty w pierwszej fazie. Ale kiedy przyszedł, najpierw się przeraziłam. A potem zaczęłam myśleć, że może ten rak mnie czegoś nauczy: żebym się zatrzymała, nie żyła w ciągłym biegu, zaczęła myśleć o sobie.

Posłuchałam się lekarzy, nie biegałam w ogóle przez cztery lata. Aż powiedziałam sobie: ja siedzę, ja umieram. Ja nie żyję, ja trwam. Zaczęłam stopniowo biegać. Stwierdziłam, że wszystkie problemy zostawię za sobą, jak przebiegnę znów maraton.

Ale już nie zawodowo.

- Nie, otworzyłam sklep meblowy. Bo przy tym najmniej roboty. Spożywka to kierat, otwierasz o szóstej, bo każdy chce kupić świeży chleb, jak idzie do pracy. A mebli nie będziesz kupować wcześniej niż o godz. 10. Oprócz mebli odkurzacze, lampy, szklanki - mydło i powidło, tak jak na wsi.

Siedziałam w sklepie, nikogo nie zatrudniałam. Chciałam mieć kontakt z ludźmi. Przychodzili pogadać, puchary miałam wystawione, to pytali.

Nie mogłam biegać, ale jeździłam rowerem po 50 km dziennie. Albo przed otwarciem sklepu pływałam dwie godziny w jeziorze.

Ale to nie to samo. Przy pływaniu nie umiem się zmęczyć. A rower? Jak za dużo jeździłam, to nogi mi się zrobiły jak u kolarza.

Zatęskniłam za prawdziwym wysiłkiem, za zmęczeniem, za bieganiem.

I?

- Pierwszego dnia świąt wielkanocnych w kwietniu 2008 r. nażarłam się jak opas. Mówię: muszę przestać. Wlazłam na wagę, patrzę: 70 kilo.

Syn mi pół roku wcześniej sprawił bieżnię, stała w piwnicy. Przebiegłam 10 km w tempie 8 km/godz., na drugi dzień to samo. A na trzeci dzień nie mogłam chodzić! Kto to widział, od razu po takiej przerwie.

Stopniowo się rozkręciłam, pojechałam na zawody, przebiegłam dyszkę w 45 minut. Anemia mi się przyplątała przez menopauzę, ale w końcu po ośmiu latach przebiegłam znów maraton. W Apeldorf, nabiegałam 3:23. Od 12 km tak mnie łydka bolała, że chciałam zejść. Ale na starcie sobie obiecałam, że jeśli przebiegnę, to rak już do mnie nie wróci.

Dobiegłam do mety, stanęłam i kroku nie zrobiłam. Naderwany mięsień brzuchaty łydki.

Podleczyłam się, potrenowałam i w Dębnie zrobiłam 3:10. Wygrałam w kategorii babć, czyli K-50.

Znam osiemnastoletnie babcie i babcie osiemnastoletnie. Rozumiesz? Ja jestem ta babcia osiemnastoletnia. Cały czas się czuję młodo. Wyznaję zasadę, żeby żyć luźno, ale nie lekkomyślnie. Wesoło, ale nie swawolnie. Po prostu żyć.

Przebiegła 102 maratony i nie zamierza kończyć z bieganiemPrzebiegła 102 maratony i nie zamierza kończyć z bieganiem Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl

Taką cię pamiętam z majowej sztafety Polska Biega półtora roku temu.

- Po sztafecie przebiegłam maraton w Lęborku, a w lipcu strzelił mi lewy achilles. Lekarz ortopeda powiedział: operacja. Liczyłam, że samo przejdzie, jeździłam na fizjoterapię, fizykoterapię, próbowałam biegać - 200 metrów i wracałam, bo bolało. Człowiek się uczy na błędach, ale tylko własnych. Po dziewięciu miesiącach do niego wróciłam.

Lekarz mi powiedział: "Dałaby sobie pani spokój z bieganiem". A ja mu: "Panie doktorze, jak pan skończy z paleniem, to ja skończę z bieganiem", bo widzę, że mu paczka z kieszeni wystaje. On: "Wie pani, tyle lat już próbuję". Ja: "Ja też". I jeszcze mu powiedziałam: "Ja wiem, że pan nie przestanie palić, a pan wie, że ja nie przestanę biegać".

Trzy dni po operacji achillesa zrobiłam 10 km po lesie o kulach. Skakałam, ale zrobiłam.

A po dwóch miesiącach weszłam na Rysy - w dwie godziny i osiem minut spod Morskiego Oka, kiedy zdrowi ludzie idą cztery godziny.

W słowniku Marii Kawiorskiej nie istnieją pojęcia: "nigdy", "nie mogę" i "nie dam rady"

Po co?

- Żeby pokonać achillesa. Bo wszystko jest w głowie. Idę i mówię sobie: nie ma bólu, nie ma bólu. Obiecałam sobie, że jak wejdę, to wrócę do biegania. Bo jak biegam, to zostawiam za sobą problemy, jestem wolna jak ptak.

Z kim byłaś na tych Rysach?

- Sama. Zawsze sama chodzę w góry. A teraz jeszcze musiałam przemyśleć sytuację rodzinną. Pogadać ze sobą.

I?

- Próbujemy.

Co przed tobą?

- Jutro maraton, chcę go ukończyć.

A co za metą?

- Chciałabym jeszcze kiedyś pobiec maraton w trzy godziny. Kiedyś myślałam, że jak dzieci dorosną, to dopiero wtedy będę biegała. Nie pomyślałam, że przez ten czas się zestarzeję. Mogę się młodo czuć, ale metryka w środku tyka.

Od dziecka byłaś tak zakręcona na sport?

- Pamiętam, jak w pierwszej klasie ogólniaka poszłam na dzień sportu szkolnego. Były dziewczyny z ekonomika, które trenowały, miały dresy, kolce lekkoatletyczne. A ja, dziewucha ze wsi, w granatowych tenisówkach i piłkarskich galotach. Przebiegłam 400 m w 64 sekundy i wygrałam. A na półtora kilometra miałam 5:11, bez przygotowania.

Nie trenowałaś wtedy?

- Jak tata mówił, że jedziemy na pole, to ja nie wsiadałam na wóz, tylko biegłam. Ze trzy kilometry i wracałam też biegiem.

Zmarnowałaś się, Marysia!

- Może to dobrze. Po pierwsze, żadna z tych dziewczyn, które biegały maraton po 2:30, już dziś nie biega. A ja się ciągle ruszam.

Po drugie, rodzinę człowiek założył. Renata, Wanda, Wiola, Krysia - żadna z nich nie ma dzieci, tylko Gosia Sobańska to wyjątek.

A ja mam dzieci, mam wnuki i mam bieganie.

PS. Dzień po rozmowie Maria Kawiorska ukończyła Maraton Warszawski w 3 godz. 33 min  14 s i zajęła pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej - 50-55 lat. Był to jej 102. maraton.

PS2. W niedzielę 24 października Maria ''łyknęła'' swój 103. maraton. W Dębnie pokonanie 42 km 195 metrów zajęło jej 3 godziny, 20 minut i 33 sekundy. Była 175. w klasyfikacji generalnej i najlepsza w kategorii K-50.