Maraton i ja. Mój debiut maratoński we Wrocławiu

Pobiegłam, dobiegłam, zwyciężyłam... Właściwie do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że przebiegłam maraton, że pokonałam samą siebie. Przyznam, że nadal mam takie odczucie, czy to aby nie był sen. O swoich wrażeniach z maratońskiego debiutu biegofanka Renata Sieradzka.

Przed

Oznaki zdenerwowania pojawiły się w przeddzień startu. Na szczęście Andrzej - startujący w tym maratonie kolega - także wierny czytelnik bloga Wojtka Staszewskiego - użyczył mi i mojej kibicującej rodzince mieszkania do przenocowania. Na rozluźnienie podziałało też miłe, towarzyskie spotkanie z Andrzejem i Sławkiem - też ''blogowym'' kolegą, w przedmaratoński wieczór. Niestety w nocy o relaksie nie było mowy: nie dość, że ze zdenerwowania nie mogłam zasnąć, to jeszcze dopadł mnie dwugodzinny atak kaszlu (pojawia się czasem w nocy - według lekarza, alergiczny). Dotrwałam do rana i było już dobrze, na ''kluchy'' w brzuchu nie mogłam jednak nic poradzić. Próbowałam rozładować napięcie tłumacząc sobie i śmiejąc się z siebie, że przecież to nie egzamin, po co ja tak przeżywam. Niestety już taka po prostu jestem. Rano szybkie śniadanie, ogarnięcie się, zapakowanie do auta i jazda na start (po drodze pojechaliśmy po Andrzeja, który chyba ze zdenerwowania czapeczki zapomniał, to jeszcze zawróciliśmy po nią). Andrzej chciał przejść chodem sportowym i przeszedł ten maraton rewelacyjnie. Sławek chciał pobiec po kolejną życiówkę i osiągnął swój cel oczywiście, a ja ja chciałam spełnić swoje marzenie, osiągnąć to, co wymyśliłam sobie kiedyś dawno temu i co stało się realne po rozpoczęciu w zeszłym roku treningów biegowych.

Na starcie z moimi chłopakami sportowcamiNa starcie z moimi chłopakami sportowcami fot. archiwum Renaty Sieradzkiej

Maraton

Mój plan zakładał pokonanie trasy w granicach czterech godzin, ale oczywiście głównym celem było dobiegnięcie do mety. Pierwsze 20 km biegło mi się bardzo dobrze, myślałam, że dobrze robię trzymając się grupy, tempo jest dobre, dam radę (przez jakiś czas utrzymywała się jeszcze mgła, co przy zapowiadanej wysokiej temperaturze i słonecznym dniu, było oczywiście zbawienne). Gdzieś po dwudziestym kilometrze zaczęłam odczuwać zmęczenie w nogach, ale było jeszcze w porządku. Jeszcze biegłam dość dobrym - jak dla mnie - tempem. To, co niektórzy nazywają ''ścianą', a inni ''horrorem maratońskim'', zaczęło się gdzieś ok. trzydziestego kilometra. Upał, polewanie się wodą na każdym punkcie i te bolące słabnące nogi dopadło mnie Nogi bolały coraz bardziej, walczyłam ze sobą, tak bardzo walczyłam ja chciałam, głowa chciała, a nogi się uparły, zaparły i tylko się wlokły spuściłam głowę; dobrze, że miałam czapkę z daszkiem, bo nie chciałam, żeby ktoś widział moją twarz i widoczną na niej walkę z samą sobą. O tym, że było ciężko świadczyły napływające do oczu łzy...dlaczego, dlaczego nie mogę szybciej? Tak bardzo chcę i tak nie mogę... to było dla mnie chyba najdłuższe kilka kilometrów w życiu. Nie sądziłam wcześniej, że można tak z utęsknieniem wypatrywać każdego następnego kilometra, tak odliczać do końca! Było bardzo, bardzo ciężko. Patrzyłam na leżących na punktach masażu biegaczy i współczując im pocieszałam się w duchu tylko tym, że mnie nie dopadły skurcze, że jeszcze mogę jakoś dotrzeć do mety. Ale ogólnie to były chwile zwątpienia i pytania, dlaczego te nogi tak bolą... Jakieś trzy kilometry przed metą przebiegł obok mnie mężczyzna w otoczeniu rowerzystów, chyba z klubu, bo na koszulce on i rowerzyści mieli napis: Bike Team. Chciałam się go trzymać, nie stracić z oczu jego pleców, tego napisu, ale czułam, że nie mam siły, gdy nagle... jakiś pan jadący za mną na rowerze, co skojarzyłam dopiero po chwili, zaczął krzyczeć do mnie, że dam radę, że mam przyspieszyć, żebym się trzymała tego pana z ''Bike'', żebym do niego dobiegła. Nie wiem, skąd znalazłam na to siłę, ale przyspieszyłam, dogoniłam go. Na to ''mój'' rowerzysta, żebym przyspieszyła, przegoniła go i już nie odpuściła, że już niewiele do mety, że biegnę świetnie. Jego słowa podziałały - przyspieszyłam, do końca nie odpuściłam i wbiegliśmy razem z panem z ''Bike'' na metę. ''Chociaż finisz miałam dobry'' - pomyślałam zaraz za linią mety.

Wiem jedno, że ktoś, kto nie przebiegł maratonu, nie wie, z czym ma do czynienia. Zrozumiałam i przekonałam się dopiero po przebiegnięciu mety.

Po

Zmęczona, ale bardzo szczęśliwa, że udało mi się dobiec, zaraz za metą rozmawiałam już z moimi chłopakami i ze szczęśliwym Sławkiem maratończykiem (Andrzej jeszcze szedł w tym czasie). Opowiadałam im, jaka przygoda spotkała mnie na ostatnich kilometrach, jaki wspaniały doping kibica miałam. Chciałam temu panu tak bardzo podziękować, ale nie wiedziałam nawet, jak wygląda, bo on jechał za mną. W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna, uściskał mnie. ''To Pan!''. Pogratulował mi, a ja mu podziękowałam. Powiedział, że był sportowcem, lekkoatletą, ale biegał krótsze dystanse. Stwierdził, że świetnie finiszowałam, że jestem silna. Byłam tak szczęśliwa, że mogę mu podziękować za ogromne wsparcie. Myślę, że wiedział, ile dla mnie zrobił na tych ostatnich kilometrach. A potem... było ogromne zmęczenie. Zeszło całe powietrze, nie miałam już na nic siły a nogi były takie obolałe. Pod prysznicem zauważyłam wielki ''piękny'' pęcherz wypełniony krwią na lewej stopie i jakieś otarcia na żebrach! Chciałam już tylko odpoczywać, siedzieć - chciałam spokoju. Chciałam w ciszy delektować się moim osobistym zwycięstwem, moim szczęściem. Ciągle też myślałam o tym, że dopiero teraz zrozumiałam, co to jest, pokonać taki dystans, szczególnie dla kobiety amatora.

Dlatego chylę czoła przed wszystkimi maratonkami.

Na koniec dodam tylko jeszcze, że choć spełniło się moje marzenie, choć był to dla mnie bardzo ciężki sprawdzian, chcę znowu pobiec, znów zmierzyć się z tym dystansem w przyszłym roku. Kolejny mój cel, to zdobyć koronę maratonów. Mam nadzieję, że mi się uda!

Renata Sieradzka

P.S. Tekst dedykuję Wojtkowi Staszewskiemu (spełniam swoją obietnicę), bo dzięki Jego blogowi, Jego wsparciu, mogłam urzeczywistnić moje marzenie, zrealizować ten cel.