Kibic dodaje euforii, a odbiera męki

Jeden kibic przy trasie maratonu to mniej więcej 0,1 s lepszy czas każdego biegacza. Tysiąc kibiców to wynik lepszy o prawie dwie minuty. Dziesięć tysięcy - o kwadrans! Doping naprawdę działa - pisze Wojciech Staszewski.

W ostatnią niedzielę biegłem w Maratonie Warszawskim. Na początku szliśmy w grupce równiutko po 4 minuty kilometr. Przy placu Teatralnym zebrała się spora - może stuosobowa - grupa kibiców. Patrzę na stoper (z GPS-em), a tempo momentalnie skoczyło nam o kilka sekund na kilometrze - stąd ten szacunkowy przelicznik.

Każdy kibic na rogu ulicy prostym ''dawaj, dawaj!'' daje biegaczowi mały zastrzyk energii. Kiedy na 30. kilometrze zacząłem tracić siły, a grupka biegaczy zaczęła mi odjeżdżać, w przełamaniu kryzysu pomógł mi znajomy, który stał przy trasie: ''Wojtek, trzymaj się tej grupki!''. Dzięki, Szymon. Dogoniłem, przegoniłem i wygrałem - z samym sobą, poprawiając o sześć sekund moją dotychczasową życiówkę (nowa: 2:49.51).

I przyznam się, choć może trener drużyny nie powinien tyle mówić o sobie: jestem szczęśliwy. Na finiszu, kiedy liczyła się naprawdę każda sekunda, dużo zawdzięczam rykowi tłumu przy Krakowskim Przedmieściu.

Bieg po pustych ulicach jest dla biegacza smutny. To tak, jakby aktor grał dla pustej widowni albo magik występował przed lustrem. Większość ulic na polskich maratonach jest, niestety, pusta. Tym bardziej każdy kibic jest na wagę złota.

Maraton to wysiłek, ból, trochę męki zmieszanej z euforią. Każde wychwycone spojrzenie, każdy gest, każde pozdrowienie dodaje euforii, a odbiera męki.

Za półtora tygodnia biegnę w Poznaniu. Pamiętam na starej trasie pusty odcinek na tyłach zoo, z którego wbiegało się na osiedle Rusa. Co roku na przystanku stała tam grupka kibiców z piszczałkami, grzechotkami i zapałem na kilka godzin dopingowania. Dziękuję Wam, poznaniacy, przez te wszystkie lata zyskałem dzięki Wam parę niezłych minut.

Wojciech Staszewski: 43 lata. Reporter ''Gazety'', przede wszystkim publikuje w ''Dużym Formacie'', trener lekkoatletyki, trenuje drużyny maratońskie ''Gazety" przez ostatnie trzy lata. W warszawskim maratonie był 35. w ogólnej klasyfikacji, drugi w swojej kategorii wiekowej i pierwszy wśród dziennikarzy.

PS. W niedzielę Ewa Witek-Piotrowska, fizjoterapeutka, biegająca mama, o której pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, również pobiła życiówkę w maratonie. Tak jak planowała: 3:20.30

Więcej o ''Gazetowej drużynie'' znajdziesz na blogu PoCoMaraton.blox.pl