Aleksandra Mądzik: Nie wystarczy mieć marzenia, trzeba je jeszcze realizować [WYWIAD]  

O spełnianiu marzeń, porządku w Tokio, zieleni na Śląsku i fajerwerkach rozmawiamy z Aleksandrą Mądzik, autorką bloga Pora Na Majora, zdobywczynią World Marathon Majors, 6 największych maratonów na świecie.

Polska Biega: Skąd wziął się pomysł na zdobycie World Marathon Majors?

Aleksandra Mądzik: Wszystko zaczęło się od Tokio. Kolega namówił mnie, żeby się zapisać. Najpierw jest losowanie wśród wszystkich chętnych, ale nie trzeba płacić za sam udział w losowaniu. I stwierdziłam - czemu nie. Japonia, może bym pojechała na wakacje akurat tam. Fajny pomysł. Kompletnie wtedy jeszcze nie myślałam o zrobieniu całego cyklu największych światowych maratonów. Tokio to była luźno rzucona informacja. Tym bardziej, że ja nigdy nie myślałam o tamtym kierunku świata, jako o miejscu do zwiedzania. Raczej mnie ciągnęło w stronę Stanów. A potem okazało się, że mnie wylosowali, a kolegi nie i miałam dylemat, co zrobić. Miałam tydzień na podjęcie decyzji i opłacenie pakietu. Stwierdziłam, że to może być jedyna taka okazja w życiu, skoro szanse, że się dostanę były 1 do 10. Do Tokio jest 320 000 zgłoszeń, a pakietów startowych jest 36 000. Z czego jak sprawdziłam statystyki po moim maratonie, niewiele ponad 6 000 z tych pakietów jest dla osób spoza Japonii. Odsetek ludzi ze świata, którzy mogą wziąć udział z tym maratonie jest mały.

Potem był Berlin. Tam są dwie tury losowania i mnie poszczęściło się w drugiej kolejności. Fajnie!

Wtedy już wiedziałaś, że chcesz robić „Majorsów”?

Nie, wtedy jeszcze nie. Nadszedł Maraton Warszawski i czas, który tam uzyskałam dawał mi pewny start w Bostonie i Chicago. I wtedy zaświeciła mi się ta lampeczka. A może by tak... Skoro mam już 4 z 6 maratonów, to już jest więcej niż w pół drogi. Myślałam, że porywam się z motyką na słońce, bo wiedziałam, że to jest kosztowna impreza: dojazdy, urlopy, pakiety startowe. Gdy zdecydowałam się na robienie całego cyklu miałam już zaplanowany wyjazd z przyjaciółką. Przeprosiłam ją i powiedziałam, że muszę pozmieniać plany. I tak to się zaczęło.

Potem było mniej szczęścia w losowaniu w Nowym Jorku. Pierwsza próba nieudana, druga nieudana. To samo z Londynem, że nie udało mi się, bo pierwsze losowanie przegapiłam. W drugim mnie nie wylosowali, więc wiedziałam, że albo zostaje mi charytatywny pakiet, który jest bardzo drogi, bo to jest koszt rzędu 10 tysięcy złotych. Albo pakiet startowy z biura podróży. W Polsce jest jedno biuro, które ma pakiety na Londyn. Więc gdy tylko dowiedziałam się, że mnie nie wylosowali od razu napisałam do biura czy mają pakiet, bo ja bym bardzo chciała. I tak to poleciało i uwierzyłam, że dam radę.

Nowy JorkNowy Jork Pora Na Majora

Ile czasu Ci to zajęło? Czy żeby zdobyć World Marathon Majors trzeba zmieścić się w jakimś terminie, tak jak jest z Koroną Maratonów Polskich?

Nie, nie ma takiego ograniczenia. Jedyny wymóg to fakt, że wszystkie maratony muszą być ukończone po 2006 roku, czyli na przykład Berlin z 2000 roku się nie będzie liczył. A Maraton w Tokio musi być przebiegnięty po 2013 roku, bo wtedy Tokio dołączyło jako szósty bieg do cyklu.

Gdy ja kończyłam Majorsów, czyli w 2015 roku, to było na świecie 9 osób, które zrobiły World Marathon Majors w ciągu jednego roku, a takich jak ja, czyli w dwa lata, było dwudziestu paru. Ja byłam 551 osobą, którą ukończyła cały cykl. Super było uświadomić sobie do jak elitarnego klubu należę. Teraz osób, które ukończyły cykl jest trochę ponad 1000.

A ilu jest was w Polsce?

Jest na ośmioro. Trzy kobiety i pięciu mężczyzn.

Tokio, Berlin, Boston, Chicago, Nowy Jork, Londyn. Który z tych biegów najlepiej wspominasz?

Ciężko jest odpowiedzieć. Tokio byłam zauroczona organizacyjnie. Perfekcyjnie zorganizowane pod wieloma względami. Momentami miałam wrażenie, że jest za dużo wolontariuszy, więcej niż powinno być. To było oczywiście fajne, ale było ich tak dużo, że spokojnie 1000 mniej by wystarczyło. Ten maraton był świetnie zorganizowany od początku do końca, największe expo na jakim byłam. Bardzo głośne. Z reguły Japończycy są bardzo cichym narodem, a ja z targów wyszłam z bólem głowy, było tak głośno. Można było tam kupić mnóstwo gadżetów związanych z maratonem. Rzeczy, których nie można kupić na innych maratonach, może jeszcze nowojorski też tak miał.

Jeżeli chodzi o emocje to na pewno najlepiej zapamiętam Boston. Trasa była ciężka, trudna i zapamiętałam to, że dałam radę ją przebiec bez kryzysów, choć pogoda nie ułatwiała. Było zimno i padało, to był pierwszy raz, kiedy mi zgrabiały ręce. To było straszne, bo nie mogłam wyciągnąć polskiej flagi z koszulki i musiałam dziurę wyrywać w kieszonce.

Bartek Olszewski podpowiedział Ci, co zabrać ze sobą na start w Bostonie. Co To było?

Bartek polecił mi zabrać karimatę do spania i kurtkę zimową. To była bardzo cenna informacja, za co byłam mu bardzo wdzięczna i śmiałam się, że po rękach go powinnam całować, bo gdyby nie to, to zmarzłabym dużo bardziej.

Jeżeli chodzi o kibiców to chyba Nowy Jork jest moim faworytem. Ten bieg był niesamowity, bo było mnóstwo dopingu, miasto żyło biegiem. Parę dni po starcie chodziłam jeszcze z medalem na szyi, bo byłam tak dumna, że ukończyłam. A ludzie zaczepiali na ulicy. Jak widzieli, że masz medal to od razu składali gratulacje, pytali jak poszło, jaki wynik, jak ci się podoba. Amerykanie mają coś takiego, że są dumni, że ktoś u nich biegnie, że ktoś u nich chce wystartować, do nich przyjechać, a nie robią problemów, że są zablokowane ulice.

Boston MarathonBoston Marathon Pora Na Majora

Z Londynu pamiętam mało, bo on był w cieniu Bostonu. Właściwie prosto z Bostonu poleciałam do Anglii. Byłam ciekawa jak zachowa się mój organizm, jak poradzę sobie z trasą, ze zmianą czasu. Ale pobiegłam 3:43, więc dobrze. Prowadziłam w Londynie koleżankę na czas. Później okazało się, że do kwalifikacji na Boston zabrakło jej 11 sekund. Pamiętam z trasy, że było bardzo dużo kibiców, sporo Polaków i niesamowicie dużo ludzi, którzy biegli na rzecz różnych akcji charytatywnych. Oni zbierają około 50 milionów funtów w czasie maratonu. To rekordowa kwota i naprawdę to widać. Ludzie biegną w różnych koszulkach, z różnych organizacji. Ale czy trasa jest prosta, łatwa – nie mam pojęcia, nie pamiętam. Przeżywałam Boston, moją życiówkę i Londyn trochę wyparłam z pamięci.

A jak wrażenia z Chicago?

Chicago pamiętam jako bardzo płaską trasę i to jest rzeczywiście najbardziej płaska z tych sześciu tras. To był najwolniejszy mój maraton, bo 3:56, ale było bardzo szeroko, nie było tłoku, nie było przeciskania się i bardzo dużo kibiców. I to co ciekawe, a pierwszy raz tam zobaczyłam, to wazelina na punktach odżywczych. Stali wolontariusze z wazeliną na desce, można było sobie wziąć trochę i posmarować się tam, gdzie ktoś się poobcierał, a zaraz obok był wolontariusz z ręczniczkiem i można było wytrzeć sobie ręce. Bardzo fajny pomysł!

Co jakiś czas słychać narzekanie na temat organizacji biegów w Polsce. Że zabrakło gdzieś koszulek, że pakiety drogie. Uczestniczyłaś w największych maratonach na świecie. Czy są rozwiązania, które tam widziałaś i chciałabyś je przenieść na polskie podwórko?

Ja nie uważam, żeby polskie maratony odbiegały od tych światowych. Startowałam w kilku maratonach w Polsce i to jest moje osobiste wrażenie. Nie widzę jakichś dużych różnic. W Tokio wszystko było perfekcyjnie zrobione, choćby worki z depozytem były równiutko ułożone i nie było problemu z odbiorem. Ale też w Tokio nie było w ogóle w mieście oznaczeń, że jest maraton i na przykład wysiadając na stacji metra nie widziałam, w którą stronę iść do biura zawodów, bo nie było tabliczek. Ale już potem na samym biegu wszystko było perfekcyjnie. Chyba poza wazeliną to nic szczególnego nie rzuciło mi się w oczy, nic takiego czego u nas nie ma.

Strefy nawadniania czasami u nas są rzadziej, czasami częściej. W Bostonie na parę dni przed maratonem wzięłam udział w biegu na 5 kilometrów i tam na trasie były dwa punkty nawadniania. To sporo, jak na taki dystans. Ale te pakiety amerykańskie są bardzo drogie. Na przykład Nowy Jork kosztował mnie 1300 zł. I to był normalnie kupiony pakiet, nie przez biuro podróży. I to tyle kosztuje. Ale wiem też, że oni muszą wysłać te dokumenty do Polski. To też są koszta. To wszystko pochłania pieniądze. Prom, autobusy dowożące na start. Cała logistyka kosztuje. Na przykład w Nowym Jorku nie podobało mi się to, że do depozytu po biegu musiałam iść 1-1,5 km, kiedy już masz maraton w nogach. Ja pechowo miałam jeszcze numer na samym końcu. To niuans, ale pewnie w Central Parku ciężko było im inaczej te depozyty rozlokować. Ale naprawdę uważam, że polskie maratony, jak na przykład Silesia Marathon, są dobrze zrobione i nie odbiegają od światowych.

Właśnie – PKO Silesia Maraton. Jesteś ambasadorką tego biegu, który odbędzie się już 2 października. Co jest w nim takiego wyjątkowego?

Śmiałam się, że Silesia to dla mnie taki drugi Boston. Trasa jest naprawdę fajna, choć ciężka, bo jest dużo podbiegów i zbiegów, ale ja dzięki temu zobaczyłam Śląsk z innej strony. Przebiega się przez trzy miasta: Katowice, Siemianowice Śląskie i Mysłowice. I zobaczyłam naprawdę piękne miejsca, zielone. Nikiszowiec rozwalił mnie na łopatki. To jest niesamowite, że można przez to miejsce przebiec. Zwolniłam tam, bo musiałam się napatrzeć na to wszystko wkoło. Organizacyjnie też wszystko jest tam dobrze. Nie wiem tylko, czemu nie ma expo.

Silesia MaratonSilesia Maraton Pora na Majora

Koszulka z biegu jest bardzo ładna i można sobie zrobić napis na plecach, jaki się chce. Ja się zastanawiam, co napisać w tym roku. To jest bardzo klimatyczny bieg, także dzięki orkiestrze górniczej.

Urzekła mnie zieleń i czas, który tam zdobyłam, bo był tylko o dwadzieścia parę sekund gorszy od życiówki, pomimo trudnej trasy.

W tym roku, jaki masz plan na ten bieg?

Teraz szykuję się tam na rozgrywany równocześnie półmaraton. I zobaczymy jak to będzie, bo trasa jest puszczona w drugą stronę. Kontuzja jest już za mną i wiem, że będę chciała mocno pobiec, bo mam sentyment do tego miasta i podejrzewam, że będę wracać, co roku. Na podstawie ostatnich startów na 5 i 10 km szacuję, żeby zejść poniżej 1 h i 40 minut. Może uda się 1:38. Zobaczymy.

Spotykamy się na chwilę po Twoim powrocie z Krynicy, gdzie biegałaś i prowadziłaś wykład, działasz na instagramie, piszesz bloga, trenujesz, pracujesz. Masz jeszcze czas na inne aktywności?

Mam, jak najbardziej. Na przykład dziś na kino z przyjaciółką. Kiedyś robiliśmy ze znajomymi filmowe poniedziałki. Rezerwowaliśmy pulę biletów i kto miał chęć to się wybierał. I to była miła odskocznia, bo zawsze w niedzielę jest długie wybieganie, więc w poniedziałek większość znajomych ma luz i można było iść do kina. Wychodzę czasami na trening o 5, 6 rano, żeby wieczorem mieć czas na spotkania ze znajomymi. Także dla tych niebiegających, którzy teoretycznie rozumieją, o co chodzi, ale czasami mówią „ a bo ty znowu ten trening masz”.

LondynLondyn Pora Na Majora

Ludzie znają Cię z biegów, z bloga, z Facebooka. Dzielisz się chętnie swoimi doświadczeniami, inspirujesz i z tego, co wiem, często spotykasz z wdzięcznością z drugiej strony.

To jest niesamowite. Dla mnie takim najlepszym przykładem była moja koleżanka, którą poznałam jeszcze w czasach liceum. I po studiach kontakt nam się urwał, wiedziałam tylko, że wyjechała do Stanów. Wiadomo, że Facebook pomaga przy takich znajomościach. I powiedziała mi, że dzięki mnie, jak zobaczyła, że ja biegam, ona też zaczęła się ruszać. A kiedyś biegała zawodowo średnie dystanse. Biegała 4 lata w klubie, więc bazę miała do biegania. I wróciła do sportu, wyniki na 5 czy 10 km bardzo szybko jej przyszły, ale przy małym dziecku nie mogła sobie na za wiele pozwolić. Przyleciała dla mnie, do Chicago, żebyśmy mogły się zobaczyć w czasie mojego maratonu. Dla mnie zostawiła swoją małą córkę na weekend z ojcem. I potem ja poleciałam do niej przed maratonem w Nowym Jorku. Dziś na facebooku widziałam, że biegła w jakichś zawodach, czyli że po drugiej ciąży wróciła z powrotem do biegania. I powiedziała, że nie wyobraża sobie teraz życia bez tego, że musi wyjść, poruszać się, nawet na 5 km. To jest niesamowite uczucie, że kogoś mogłam zainspirować do tego. Nie tylko do biegania. Ludzie mówią, że jestem taką osobą, która pokazuje, że mieć marzenia to jedno, a dążyć do ich realizacji to drugie.

Jakie kolejne marzenie?

Hawaje! Żyję już tym wyjazdem. To było moje marzenie od lat, żeby tam pojechać i je zobaczyć, tylko nigdy nie było po drodze, zawsze za daleko, brakowało czasu czy pieniędzy. Ale pamiętam zdjęcie z Hawajów, które Mateusz Jasiński opublikował i powiedziałam sobie, że muszę tam pojechać. Lecę na dwa tygodnie, chcę trochę pozwiedzać, a na samym końcu będzie maraton, więc zdążę się zaaklimatyzować. Start jest o 5.30 rano, na plaży, przy fajerwerkach, więc to na pewno będzie inne przeżycie, niż te maratony do których jestem przyzwyczajona. I wiem jedno – nie będę tam cisnąć na czas. Będę chciała pobiec na luzie, porobić zdjęcia, nacieszyć się widokami. Są maratony, które jak to mawia mój kolega, trzeba przebiec dokładnie.

Kolejnym marzeniem jest bieg w górach. Chciałabym pobiec Rzeźnika. Nie miałam szczęścia w losowaniu w zeszłym roku, ale chciałabym jeszcze spróbować swoich sił. Mam jeden bieg ultra za sobą, ale Rzeźnik jest charakterystyczny. Biegnie się parami, jest się odpowiedzialnym za drugą osobę. To jest marzenie, ale z czasem, za rok, dwa lata, dopnę swego.  

Realizację marzeń Oli Mądzik możecie śledzić na Pora Na Majora