Pokonaj z nami maraton: Sprinty. Nie taki diabeł straszny

"Ty to trenujesz na pół gwizdka" - podsumował mnie trener na siłowni, którego poprosiłam o pomoc podczas ćwiczeń. Chciałam, żeby dał mi kilka wskazówek jeśli chodzi o plan treningowy przygotowany pod kątem maratonu. "Nastawiłaś się na długie dystanse, to na pewno teraz niechętnie robisz treningi na przyspieszenie" - rzucił. I sporo w tym prawdy. W końcu kto z nas lubi uczucie dyskomfortu? Ja boję się nowych rzeczy, ale to nie znaczy, że nie próbuję.

Raz z górki raz pod górkę

Podczas niedzielnego dłuższego wybiegania (23 kilometry) miałam czas na to, żeby przemyśleć sobie jego słowa. Wkurzyłam się. W końcu trenuję sześć razy w tygodniu. Gdy nie mam siły i dokuczają mi zakwasy, pływam albo idę na rower, a on mówi, że ja trenuję na pół gwizdka? Prawda jest jednak taka: do treningu funkcjonalnego na siłowni łatwiej się przekonuję niż do poprawiania tempa podczas interwałów, sprintów czy innych tego typu treningów. Dlatego przemyślałam sobie wszystko i postanowiłam wziąć się w garść. Na nowo wróciła mi motywacja. To normalne, że mamy tygodnie lepsze i gorsze. Kiedy widzimy znaczne postępy, motywujemy się do jeszcze cięższej pracy. Gdy pojawiają się upały, spontaniczne lampki wina i inne małe grzeszki, zaczynają się schody. Dlatego nie myślałam nad tym za dużo, tylko na nowo wzięłam się garść.

Trenowałam przez cały zeszły tydzień, ale brakowało mi motywacji i biegi nie przynosiły mi tak wielkiej radości jak dotychczas. Coś było nie tak.

Czas na sprint

Najbardziej boję się sprintów - unikam ich jak ognia. To śmieszne, że nawet człowiek tak zmotywowany do pracy jak ja, potrafi znaleźć wymówkę, by danego dnia treningowego robić jednak coś innego: za gorąco, za duszno, za mało spałam. Mogłabym wymieniać bez końca. Owszem, spałam za mało, w nocy było duszno, a w poniedziałek od samego rana taki żar, że szkoda gadać. Do tego miałam za sobą 23-kilometrowy bieg. Nie poddałam się. Stwierdziłam, że czas najwyżej będę miała słaby, ale spróbuję i dam z siebie wszystko. Wolnym tempem pobiegłam 3 kilometry na stadion na Skrze, żeby dokładnie wiedzieć jaki to jest dystans 200 metrów. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie spodziewałam się tego, że na stare lata będę się jeszcze czegoś tak bać Wybrałam fragment stadionu, gdzie był większy cień i zrobiłam 8 sprintów po 200 metrów. Powrót do domu był już bardzo wolnym biegiem, właściwie - człapaniem. Ale satysfakcja ogromna - udało się, pokonałam własny lęk. Teraz co tydzień będę walczyć o to, by biec coraz szybciej i zwiększyć ilość sprintów do 10-12. Tyle tylko, że postawię na nieco krótszy dystans: czasowo 30 sekund, a potem minuta truchtu.

Kolano boli

Nie wiem czy to po sprintach, czy ogólnie treningi dały mi w kość, ale we wtorek obudziłam się z bólem kolana. Pobiegłam na siłownię i tam czekała mnie seria ćwiczeń na klatkę piersiową, przeplatana wskakiwaniem na step, przeskakiwaniem, wykrokami. Czułam kolano ale dało się przeżyć. W środę postawiłam na powolny bieg. Zrelaksowałam się w parku robiąc 10 kilometrów. Kolano czułam, ale nie było najgorzej. W czwartek za to zaczął się dramat. Na siłowni czułam każdy przysiad (mimo tego, że nie używałam żadnego obciążenia poza piłką lekarską), martwy ciąg też dał mi w kość. Dlatego w piątek i sobotę relaks. Musiałam przeorganizować plan na ten tydzień i przez dwa dni popływam. W niedzielę zobaczę jak się będę czuć i jeśli wszystko wróci do normy, postawię na dłuższe wybieganie, ale nie 25 kilometrów, które chciałam zrobić tylko nieco mniej. W końcu w przyszłą sobotę czeka mnie półmaraton nad Świdrem!

Tekst: Anna Szczypczyńska

Przeczytaj również: Pokonaj z nami maraton: Każdy może! Pokonaj z nami maraton: Czas zacząć! Pokonaj z nami maraton: Pierwszy sprawdzian Pokonaj z nami maraton: Pierwsze długie wybieganie Pokonaj z nami maraton: Wracam do sił

Dołącz do nas na Facebooku.