Jak wybiegłam z tamtej miłości

Ja miałam najdziwniejszą kontuzję świata, a J. przebiegł maraton

- Zamieszkałeś na mojej ulicy, chodzisz do mojego spożywczego i jeszcze biegasz w moich Łazienkach! - krzyczałam przez telefon do J. Po rozstaniu podzieliliśmy okolicę na jego i moje rewiry. On wziął tereny pod Trasą Siekierkowską i nad Wisłą, ja Łazienki i stadion przy Agrykoli. Spożywcze też podzieliliśmy.

Uznałam, że biega mi na złość. Bo to przecież ja wymyśliłam bieganie!

***

Gdy odkryłam, że J. mnie zdradza, bolało, ale nie chciałam rozstania - przecież mamy dobry związek, no i jak będę bez niego żyć? Chciałam, by szybko zdecydował, czy odchodzi, czy próbujemy od nowa. Szybko, góra trzy dni. Ale J. zdecydować nie mógł. Dzwonił kilka razy dziennie i mi, właśnie mi ("A komu? Jesteś moim najlepszym przyjacielem") opowiadał, jak trudno mu wybrać. Słuchałam "kto tak o mnie zadba jak ty" na przemian z "ona jest wrażliwsza" (dziś J. jest już tylko pewien, że ma większe piersi).

Ze stresu nie mogłam spać. Postanowiłam się ratować. Psychiczna udręka zabrała mi sen, to może fizyczna przywróci?

Kupiłam buty, wcześnie rano wybiegłam. 10 minut biegu i przerwa na marsz. I jeszcze raz, i jeszcze. Zmordowana nie miałam siły na myślenie o J. Ale miałam siłę podbiec do piekarni, na co nigdy nie starczało czasu.

Piątego dnia kropił deszcz. Sama się sobie dziwiłam, że zrywam się o 7 (wyspana!).

Już nie płakałam pod prysznicem. Przeciwnie - dzień zapowiadał się miło.

J. już wtedy musiał odczuć niepokój, bo biegałam bez komórki. A miałam ją przy sobie zawsze, żeby tylko raz dziennie wysłuchiwać: "Typowa baba, nigdy nie odbiera" (J. przez pięć lat nie mógł zapamiętać, że o 11.20 mam zebranie; zawsze akurat wtedy chciał mi coś powiedzieć. "Powinienem być z artystką albo lekarką, a nie z kobietą z korporacji". Dlaczego lekarka miałaby odbierać zawsze? Nie wiem).

W drugim tygodniu nie potrzebowałam już przerw na marsz. Byłam dumna. Zauważyłam, że spokojniej patrzę w przyszłość.

Robię coś bez niego i świetnie mi idzie - myślałam. Robię coś bez niego - i nie tęsknię. Bieg porządkował myśli, dawał siłę, odwagę (brzmi patetycznie, ale przysięgam: tak było).

Z każdym kilometrem jaśniejsze stawało się, że to ja muszę J. porzucić. To przecież chore, że jestem z kimś, kto mnie tak zdominował, kto mnie niszczy. Już wiedziałam, że go nie chcę.

Gdy trzeci raz zaliczyłam 20 km, endorfiny zalały mi mózg. Już się nie bałam, ja się cieszyłam na życie bez J.!

I tak weszłam w nową miłość - oddałam się bieganiu.

Po pięciu miesiącach zaliczyłam półmaraton w 1:40. Tydzień później 10 km w 46 minut już mi satysfakcji nie dało. Zwiększyłam dawki, więcej koszmarnych tempówek na stadionie, patrzenia na stoper. Boli noga? I co z tego, ważne, że nie boli serce.

Skończyło się zmęczeniowym złamaniem kości łonowej (!). Operacja, siedem tygodni w łóżku, osiem miesięcy bez sportu. Przedawkowałam terapię biegową - fakt.

Mój związek z bieganiem - po tym kryzysie - jest bardziej dojrzały. To już nie musi być jazda ekstremalna. Ale bieganie być musi.

Kiedy ja leżałam w łóżku, J. przebiegł swój pierwszy maraton (3:54). Bieganie to dziś jedyny temat, o którym możemy rozmawiać bez kłótni.

J. mówi, że jesienią zrobi maraton w 3:30. Ja też tak mówię.