Mijam meczet, biegnę dalej...

Jako przedstawiciel (na wychodźstwie) Klubu Polska Biega biegnę szosą z Marsa Alam do Quseir, między Morzem Czerwonym a szarą pustynią. Nie dajmy się kryzysowi, nie dajmy się zimie, bieganie pomaga - ośmielam się myśleć.

Wybaczcie. Wiem, że biegacie w śniegu, mrozie, chroniąc co chwila głowę przed spadającą złotówką, wiem, bo dostaję SMS-y ("17K, godzina 45, 15 cm śniegu, zimno, ale dobrze, szczęśliwa"), wybaczcie zatem, że opiszę, jak biegam nad Morzem Czerwonym, szosą z Marsa Alam do Quseir, najpierw pod wiatr (silny), w drodze powrotnej pomaga, aż podrywa. Wokół pustynia, sporo górek, na podbiegach zawsze przyspieszam, zbiegając zwalniam, trzeba chronić kolana. Staram się biec po ubitym żwirowym poboczu, ale ciągnie na białą linię - lamówkę drogi.

Po godzinie oznaczenia kilometrów zaczynają się mylić, zwłaszcza że te eleganckie tablice stoją byle jak: czasem kilometr ma 3,5 minuty, a czasem 5,5 minuty mojego biegu, a tablicy Quseir 107 km w ogóle brakuje.

Bieg szosą, monotonny, łatwo wprowadza w trans, zwłaszcza że wciąż widzisz to samo: granatowe morze z turkusową obwódką rafy koralowej i szarą pustynię.

Trzeba tylko uważać na ciężarówki i busiki. Arabowie są jak dzieci - widząc takie dziwo, mają nieodpartą ochotę pobawić się: podjeżdżają, straszą klaksonem, wyciągają ręce, raz chłopak klepnął mnie z ciekawości czy przyjaźni, a gdy straciłem równowagę, cały busik zarechotał. Ci sami faceci robią się mniej przyjemni, gdy żona jedzie sama na rowerze, co innego, gdy ja biegnę obok, wtedy, wiadomo, moja własność, nikt nie zaczepi.

Gdy biegnę tak długo, najpierw myślę o sprawach trudnych życiowych, zawodowych, potem o łatwych, po godzinie przestaję myśleć i głowa odpoczywa, czasem tylko zmuszana do liczenia dystansu i odczytania tego, co mówi stoper.

Na 14 kilometrach mijam trzy meczety, jeden na całkowitym pustkowiu. Gdy wracam muezin właśnie się modli: Allah Akbar. Poza mną słucha go pustynia.

Pustynia jest idealnie cicha. Czasem po niej biegam, ale tylko wtedy, gdy towarzyszy mi żona na rowerze (najlepszy dowód, jak jest twardo). Zmierzamy w stronę gór, ale po dwóch, trzech kilometrach rezygnujemy, bo pagórki robią się strome, nie widać już morza, nie wiadomo, czy lepiej w prawo, czy w lewo, i jednak koła roweru zaczynają grzęznąć.

Taki wyjazd to frajda dla biegacza, długie wybiegania po 25-30K w klimacie jak z bajki budują, jak się mówi, bazę. A skoro już lecimy Marksem, to dodajmy, że potem trzeba zadbać o nadbudowę: szybkość, podbiegi, trochę techniki i już jesteś gotowy do wyścigu. Ale takich pomyleńców jest mało. Są na szczęście biegacze, dla których szczęściem wystarczającym jest samo bieganie, nie ścigają się nawet ze sobą, cieszą się ruchem, wiatrem, lasem, parkiem, wysiłkiem ("ale sobie dałem"). Są też joggerzy, którzy truchtają nóżka za nóżką i też mają kupę frajdy. I są wreszcie niebiegacze, którzy jeszcze nie wiedzą, co ich czeka, jeśli zaczną (a zacząć każdy może trochę lepiej lub gorzej, a nuż pokocha?).

Wszystkich - od ścigantów po oczekujących - zapraszamy do naszej akcji, na naszą stronę i do naszego Klubu Polska Biega. Jeszcze takiego klubu nie było, to wystarczający powód, by się zapisać.