Zabiegani

Największe upokorzenie zawodowego biegacza? Gdy nie potrafi uciec kobiecie, która dla zabawy biegnie z nim pod górę z koszem owoców na głowie

Poczułem na ramieniu czyjąś rękę. To szarpał mnie Busienei. - 5.30. Wstań i podziękuj Bogu za ten dzień. Strząsnąłem z koca robactwo, sprawdziłem buty, czy nie siedzi w nich jakaś włochata stunożna ohyda i słuchałem, jak Busienei modli się w suahili. Na złuszczonej ścianie, której zgniły odcień zieleni mógł wziąć się z farby lub grzyba, w świetle jego tandetnej latarki zamajaczyło hasło: ''Chcesz być wielki, pokonaj olbrzyma''. Z pustymi brzuchami wyszliśmy z nory, nad nami gwiazdy. W czarnym podwórku stali i czekali patykonodzy ludzie marabuty gotowi do mordęgi. Pan Bóg użył do ich stworzenia ograniczonych środków - a mianowicie płuc do oddychania głębszego niż inni i nóg do biegania szybszego niż inni. Uciekinier znad jeziora Turkana maratończyk Charles Logong, kilku Nandi, biegaczy z okolicznych wzgórz. I z Ugandy - Busienei. Busienei poprowadził nas do biegu. Nas, szare, chude zwłoki - tak wyglądaliśmy czarną nocą. Pobiegliśmy wzdłuż wciąż śpiących ruder przy drodze do Kapsimotwo, stromo w dół. Apotem już mnie zostawili, asami jak wariaci popędzili dalej. 15 godzin wcześniej wszedłem do ich dziury z głupia frant, bo pomyślałem, że bez spróbowania - choćby na chwilę - jak żyją najlepsi biegacze świata, nie napiszę prawdy. Miałem ze sobą kilkaset szylingów, aby dorzucić się do jedzenia i spania.

Mięso

Chwilę potem z zadowolonym Busienei zaszliśmy do wioskowej jatki. Rzeźnik odgonił muchy z wiszącej sztuki i odkroił z niej solidny kawał mięsa, dobry kilogram. Wróciliśmy do nory już zatłoczonej, gdyż rozeszło się, że jest dziś do zjedzenia coś więcej niż ugali i szpinak. Rozpaliliśmy węglem drzewnym palenisko na klepisku w środku nory, ugotowaliśmy pocięte w kawałeczki mięso. Była to dla obozowiczów pierwsza od pięciu dni kolacja z mięsem. Potem spałem z dziewięcioma biegaczami, którzy marzą o startach w Europie i o zarobieniu tam kilkuset euro. Marzą i biegają do upadłego 45 kilometrów dziennie. Wieczorem wspólnie gotują i opowiadają sobie historie budzące nadzieje, na przykład o drobniutkiej dziewczynce Rose Chelimo, która zarobiła w czterech ulicznych startach we Francji 4000 euro i pomogła rodzinie w hucznych zaręczynach siostry. Dzięki Rose siostra stała się atrakcyjną partią, za którą rodzina została siedem krów i dwie owce. Marzą, że też zarobią i otworzą swój własny obóz.

Tlen

W Kiptenden obóz zamknęła władza. Osiem nastolatek od 13 do 17 lat, które w nim mieszkały, wróciło do domów ku rozpaczy rodziców. Obóz rozgonił działacz Athletics Kenya Noah Ngeny, mistrz olimpijski z igrzysk w Sydney w 2000 roku, czyli ten, któremu się udało: - Dziewczyny miały tam tylko trenera. Zabrał ich od rodzin, mamiąc dwoma milionami szylingów rocznie (ok. 26 tys. dol.). To potworne kłamstwo i oszustwo, wykorzystanie biedy i niewiedzy tych biednych ludzi. Gdzie indziej w mieszanym obozie zgwałcono dziewczynkę, o czym rozpisywały się stołeczne gazety. Na wieść o gwałcie rząd postanowił zlikwidować wszystkie obozy, ale nie ma takiej siły, która by zniechęciła rodziców do oddawania dzieci. Sportowe obozy dalej istnieją, dzieci w nich nadal harują. W okolicach Nandi Hills jest kilkadziesiąt obozów do treningu - z blachy falistej lub krzywych desek, bez kibla, bez wody, bez prądu. W ostatni piątek Faith Jepchirchir, 13-letnia dziewczynka w płóciennych tenisówkach, pobiła mnie o sześć minut na pięć kilometrów. Na swoje nieszczęście postanowiłem bowiem tego dnia wystartować w lokalnych zawodach w Nandi Hills. Dziecko wyrwało do przodu wraz z dwiema koleżankami - Rose Jepleting i Priscan Jepkemboi. O biegunach z kadry Kenii nie wspominając. Pierwsze dwa kilometry trasy zawodów wiodły w dół, ostatnie trzy stromo w górę. Kontakt wzrokowy z dziewczynkami straciłem po pierwszych siedmiu minutach biegu, gdy tętno mojego serca osiągnęło 188 uderzeń na minutę. Świadomość straciłem za metą, gdzie doholował mnie pilot na motorowerze. Cucił mnie mistrz olimpijski z igrzysk w Pekinie Wilfred Bungei. Jeszcze pięć dni po osiągnięciu mety nie doszedłem do siebie. Lekarz w Warszawie stwierdził, że wysiłek przy tak wielkiej różnicy wysokości wywołał odmianę choroby kesonowej i stąd bierze się nieustający ból w kaletce stawowej. Nad Wielkim Rowem Tektonicznym biega się bowiem na wysokości 2100-2500m. Tlenu jest tu tyle ile w torbie foliowej. Raj - Jesteśmy w raju. Raju dla biegaczy - mówi mistrz Europy w biegu na 800 metrów Marcin Lewandowski, który przez miesiąc trenuje w Nandi Hills. Przed chwilą Tomasz, jego brat i jednocześnie trener, dał 10-letniemu chłopcu lizaka. Dziecko razem z kilkunastoma innymi wyrwało się z klasy na widok biegnących białych. Jako jedyne utrzymało się do końca - około dwóch kilometrów - sadząc susy w szarych kaloszach. Lewandowscy marzą o medalu na igrzyskach w Londynie i modlą się co dziennie o niego. Są w tym bardzo podobni do Kenijczyków. Poza tym Kenijczycy chcą do Europy, Lewandowscy do Kenii. Jednym i drugim udaje się spełnić marzenie nie w pełnym zakresie.

Dominacja

Bieganie w Kenii zaczęło się od Kipchoge Keino. Po odzyskaniu niepodległości zdobył pierwszy złoty medal olimpijski w 1968 roku. Od tamtego czasu Kenijczycy zdominowali bieganie na dystansach od 800 metrów do maratonu, bo nic tak nie pobudza do pracy jak sukces sąsiada. Masowo wygrywają biegi uliczne na całym świecie. Na lotnisku w Nairobi spotkałem zawodnika, który wrócił z Dominikany po zwycięstwie w biegu na 10 km, oraz innych dopytujących się obiegi w Polsce. Na igrzyskach w Pekinie zdobyli 14 medali, w tym sześć złotych, wszystkie w bieganiu.

Źródło

Wysokość spowoduje u 23-letniego Marcina głuchy ból podczas morderczego wysiłku. Z czasem organizm zacznie się bronić. Zacznie produkować więcej czerwonych krwinek transportujących do mięśni więcej tlenu. Marcin będzie biegać po wzgórzach Nandi Hills coraz szybciej, na coraz bardziej wyczerpujących treningach, po coraz bardziej stromych wzniesieniach. Lewandowscy przyjechali do Nandi Hills drugi raz, co świadczy o determinacji. Przez wiele lat żaden Polak nie zdecydował się na taki wyjazd, choć lekkoatleci doskonale wiedzą, gdzie bije źródło sukcesu biegacza. Rok temu mieszkali u mistrza olimpijskiego Wilfreda Bungei, ale nie wytrzymali. W kuchni przez tydzień leżała patroszona stopniowo martwa krowa, dzieci mistrza budziły ich, machając im przed oczami krwawymi strzępami łebka zarżniętej kury. Obaj bracia katowali się i katują z nadzieją, że Marcin dogoni Kenijczyków wbrew genom, wbrew wychowaniu i wieloletnim treningom w ekstremalnym środowisku, dzięki lepszej logistyce, metodyce, fizjoterapii. W jego konkurencji najlepsi na świecie urodzili się w promieniu 10 kilometrów od Nandi Hills - oprócz rekordzisty świata Masaja Davida Rudishy. W promieniu 50 kilometrów od Nandi Hills urodziło się - niemal co do jednego - 94 kenijskich biegaczy, którzy pokonali maraton szybciej niż w 2 godziny 8 minut. Najszybszy Polak w historii przebiegł maraton w 2 godziny 9 minut 23 sekundy.

Start

Grudniowy maraton w Kisumu budzi grozę w Kenijczykach. W Kisumu - brzydkim mieście na brzegu Jeziora Wiktorii - jest zawsze upiornie gorąco i wilgotno. W tym maratonie nie startuje się dla przyjemności. Nikt tu nie oczekuje rekordów. Kenijczycy przyjeżdżają z odległych stron, bo mają nadzieję, że ktoś ich dostrzeże i wyśle do Europy na biegi uliczne lub choć na sportowy obóz, gdzie będą mieli regularne dwa posiłki. Boją się spóźnić na start, bo organizatorzy, nie wiedzieć czemu, wyznaczają go 42 km od Kisumu, w wiosce Gogo. Przyjeżdżają więc tam przeładowanymi busami dzień wcześniej, gotowi na wszystko. Śpią w krzakach, na spłachetkach trawy. Rano się budzą i ruszają w pole trzciny cukrowej. Wysysają słodkie kłącza na śniadanie. Potem w miejscu ich obozowiska leżą sterty suchych badyli. Start maratonu odbywa się zawsze o 10. Wykończeni zawodnicy dobiegają do mety między dwunastą a pierwszą po południu, kiedy chwytający za gardło wilgotny upał w samym środku Afryki dochodzi do 40 st. C. Ostatnie 10 kilometrów biegnie się po głównej szosie z Nairobi do centrum Kisumu, między stadami zdezelowanych ciężarówek, pikapów, autobusów. Wypuszczają z rury wydechowej lepkie chmury tłustej sadzy, w której ginie ulica. Kiedy rozmawiamy o maratonie tydzień po nim, Mark Chepkwony jest poruszony: - Trzymałem się prawej strony, żeby zdążyć uciec do rowu przed ciężarówkami. Skakałem co chwila. Gdyby nie to, rozjechałyby mnie. Na mecie osiągnąłem czas 2 godziny 27 minut, czyli ponad 20 minut gorzej od rekordu życiowego. - Zobaczyliśmy, że dla biegaczy nie ma wody. Zbieraliśmy z ziemi puste plastikowe butelki i wlewaliśmy do nich wodę z kranu. Na mecie były bójki o wodę - opowiadają Lewandowscy, którzy wstrząśnięci oglądali zeszłoroczny wyścig.

Upokorzenie

Niektóre okoliczne wzgórza stają się dla Kenijczyków legendą. Na jednym z nich, w Nandi Hills, rekord wbiegnięcia na szczyt należy do Wilfreda Bungei - 53 minuty non stop pod górę. Dłuższy i bardziej wyczerpujący jest szczyt Fluorspar Hill. Biegnie się z dna Wielkiego Rowu Tektonicznego na samą krawędź. Wysokość 2500m biegacze osiągają po pokonaniu 21km i 23 zakrętów. Mosesowi Tanui, dwukrotnemu zwycięzcy maratonu w Bostonie, zajęło to godzinę i 24 minuty. Nie jest rekordzistą. Dziennikarz sportowy i biegacz Michael Sandrock opisał swoje upokorzenie na Fluorspar Hill, gdy nie potrafił uciec kobiecie, która dla zabawy biegła wraz z nim pod górę z koszem owoców na głowie. - Góry są tak strome, że człowiek nie może uwierzyć, że uda mu się na nie wdrapać, nie mówiąc o w bieganiu a nie - mówi trener Tomasz Lewandowski. - Jeszcze nie jesteśmy gotowi, aby robić na treningach to co Kenijczycy. Przyjdzie na to czas. Oni mają taki irytujący zwyczaj, że biegną coraz szybciej, a kiedy zaczyna się podbieg, jeszcze bardziej przyspieszają. Jak wracam potem do Polski, na naszych łagodnych podbiegach jestem w stanie zabiegać moich zawodników na śmierć.

Liście

Lewandowscy zachwycili się Nandi Hills, bo tutaj jest zielono. Intensywnie zielone plantacje herbaty ciągną się kilometrami. Czasem na treningu przebiega się koło osiedla, jakie dla plantacyjnych robotników wybudował producent herbaty. Domki mają małe ogródki, dzieciaki mają szkołę, którą postawił dawno temu prywatny producent - Unilever lub Eastern Produce - aby utrzymać licencję. Kenia jest bowiem drugim eksporterem herbaty na świecie. Państwowa Kenya Tea Development Agency produkuje rocznie 700 mln kg. Największy prywatny producent Brooke Bond - 40 mln kg. Rozdział zysków jest następujący: jeśli paczka herbaty kosztuje 15zł, supermarket zarabia na niej 53 procent, producent 33 procent, 7 procent plantacja, 6 procent kupujący broker, 1 procent broker obracający tonami herbaty na giełdzie w Mombasie i 1 procent zbieracz. Czyli 15 groszy. Za kilogram zebranych liści zbieracz otrzymuje 20 groszy. Jak się uwinie i zbiera przez cały dzień w porze deszczowej, zarobi 5 złotych. W porze suchej trudno zarobić przez cały dzień 2,50zł, czyli zebrać około 15kg. Dlatego robotnicy pracują nawet 74 godziny tygodniowo. Wśród nich 10-11-letnie dzieci, bo piękna szkoła Taitoo Primary School, obok której niemal codziennie przebiegaliśmy, nie jest obowiązkowa - i dla wielu rodzin za droga. Podstawówka kosztuje około 120zł rocznie, gimnazjum - 800. Biegacze zatrudniają się na plantacjach, ale zarabiają mniej, bo po dwóch-czterech godzinach biegania dziennie są mniej sprawni. Maratończycy i długodystansowcy pracują też na plantacjach kwiatów za podobne pieniądze, bo jeśli ktoś sądzi, że piękne czerwone róże, które kupuje na kwiatowym targu, pochodzą z Holandii, to jest w wielkim błędzie. Kenia dostarcza krajom Unii Europejskiej 40 procent ciętych kwiatów, na niektórych lokalnych europejskich rynkach aż 90 procent róż przyleciało znad Wielkiego Rowu Tektonicznego.

Głowa

Pierwszego dnia po Nowym Roku 2008 Luke Kibet obudził się w szpitalu z głową obwiązaną warstwami bandaży i nie miał zielonego pojęcia, co mu się przydarzyło. - Relacje o tym mam z drugiej ręki - powiedział mi, kiedy już wszedł do domku masażysty Kalii, odtrącając nogą wciskające się kury, skromnie usiadł na parapecie. Luke nie wygląda na dziecko szczęścia ze swoimi 52 kilogramami chudego ciała. A jednak, kiedy zupełnie nieoczekiwanie zdobył złoty medal w maratonie podczas mistrzostw świata w Osace w 2007 roku, mógł się po raz pierwszy uważać za szczęściarza. Za 60 tysięcy dolarów nagrody od Światowej Federacji Lekkoatletyki za zdobycie mistrzowskiego tytułu zaczął budować dom na przedmieściach Eldoret, przeniósł do niego swoją babkę, obecnie 109-letnią. Kiedy Lewandowski jęczał pod uciskiem zdeformowanej dłoni mistrza masażu (gdy Kalia miał dwa lata, pewnego dnia zasnął, ręka omsknęła mu się w palenisko i teraz pozostałość dłoni przypomina żelazko - Kalia w pracy tak właśnie ją traktuje), Luke opowiedział, że nie jest szczęściarzem. A w każdym razie nie był nim 29 grudnia 2007 roku. Jego świat zrobił tak gwałtowny zwrot, że Luke dotąd nie może się pozbierać. Tego dnia okazało się, że kandydat opozycji w wyborach prezydenckich Raila Odinga jednak ich nie wygra. Znowu na prezydenta Kenii wybrano Mwaia Kibakiego. Kalendżini, którzy stanowią 12-procentową mniejszość etniczną, jeszcze raz poczuli się wykiwani. Na drogach regionu Rift Valley postawili zapory z kamieni i gałęzi. Ludzie z kalendżińskich grup Nandi, Marakwet, Pokot zatrzymywali samochody i sprawdzali, kto jest Kikujem i należy do szczepu prezydenta Kibakiego wciskającego swoich ludzi tam, gdzie ich nikt nie chce. Wystarczyło spojrzeć w dokument - dobre nazwiska to Kipchirchir, Kosgei, Mutai. Złe to Kariuki, Wainaina, Kimathi, Ngugi. Wystarczyło zapytać kierowcę w rodzimym języku, jednym z 42 wKenii, i już była odpowiedź, kim był: obcy Kikuj czy swój Kalendżin. Wracając z zakupów, Luke zobaczył egzekucję i wycofującą się gromadę ludzi. Postrzelony mężczyzna jeszcze żył. Leżał po jednej stronie drogi, płacząca kobieta z małym dzieckiem u boku po drugiej. Luke rzucił się z pomocą i wtedy otrzymał potężny cios kamieniem w głowę. Potem jacyś dobrzy ludzie zawieźli go do szpitala, w którym zszyto ranę kilkudziesięcioma szwami i w którym spędził kolejne trzy tygodnie. Dzięki temu nie widział, jak przez okna zabarykadowanego przez setki uciekinierów kościoła Zjednoczenia z Bogiem tłum pomalowanych na biało Kalendżinów wrzuca materace nasączone parafiną i je podpala. Żywcem spaliło się 35 ludzi, większości ofiar nigdy nie rozpoznano. Podczas kilku pierwszych tygodni 2008 roku w okolicach Eldoret zginęło w sumie ponad 1300 osób, 600 tysięcy straciło dach nad głową. Właśnie dlatego działacz praw człowieka z Eldoret Ken Wafula nie wstawił sobie zębów. Symbolicznie i ku pamięci. Gdy otwiera usta, wyrwa po zębach wybitych przez policję w 2000 roku jest ogromna. Wafula wścieka się na swoją Kenię za obrzezania dziewczynek, za rytualne morderstwa sekty Mungiki, za etniczne czystki, za biedę i oczywiście za brutalność policji i alarmuje: - W regionie ludzie skupują broń i trzymają ją po kątach. Za szerzenie paniki został aresztowany. Luke próbuje odzyskać formę i marzy o starcie w igrzyskach w Londynie. Na razie odgania kurę.

Radosław Leniarski

Dołącz do nas na Facebooku