Biegowa eksploracja

- Zamiast po płaskim wolę biegać po górach, bo... No właśnie, dlaczego? Powodów jest przynajmniej kilka. Ten najważniejszy nazywa się eksploracja - i to taka, która wymaga przesuwania granic własnej wytrzymałości - Władysław ''Johnson'' Polcyn.

W górach pobiegłem jeszcze przed pierwszym maratonem ''po płaskim''. To były krótkie, dwugodzinne wyprawy, ale co przeżyłem w okolicach Kazimierza nad Wisłą i nad Bukowiną Tatrzańską można nazwać jednym słowem - zauroczenie! Zanim dzieciaki wstały z łóżek ja wracałem naładowany widokami, do których pieszo było daleko, ale biegiem były moje już po paru (dłuższych) chwilach...

I teraz padnie ważne dla mnie słowo ''eksploracja''. Lubimy przesuwać granice własnej sprawności, a jeszcze bardziej poznawać nowe miejsca. Dla mnie istotne jest, żeby nie były to miejsca zbyt łatwo dostępne. Dlatego w przeszłości szukałem trudności wspinaczkowych, a jeszcze wcześniej wędrowałem po górach z harcerzami. Dla biegacza poznanie nowej ścieżki może być przygodą równie wciągającą.

Pierwszą poważną wyprawą biegową była linia Warty, przecinająca rodzinny Poznań. Trasę wyobraziłem sobie jako rajd widokowy o długości maratonu. Eksplorowałem ją partiami, rozpoznając ścieżki bardzo bliskie rzece. Pierwsza połowa, z historycznego Rogalina przez Puszczykowo na południowy kraniec Poznania, jest oznakowana i znana rowerzystom. Jednak niewielu poznaniaków wie, jak wygląda nasze miasto od strony Warty. Chyba nie wiedzą też, że wzdłuż rzeki, dzięki ścieżkom wędkarskim, można z północnych dzielnic przedostać się aż do Owińsk, leżących kilkanaście kilometrów na północ. Trasę, którą roboczo nazwałem ''z biegiem Warty'', udało mi się pokonać dopiero w tym roku, ale za to dwukrotnie. Wariant najprzyjemniejszy (43 km) tutaj

Drugi wariant zaczyna się łęgami, które przydały się świetnie do przetestowania patentów na długie biegi w mokrych butach. W obu przypadkach, poza urodą własną, nadwarciański rajd widokowy, dał mi okazję właściwie przygotować się do dwóch górskich ultrabiegów.

Tak się składa, że planując długie bieganie po bezdrożach nie można się bać mokrych skarpetek. Pierwszy raz gdy poważnie wymoczyłem nogi nie byłem na to przygotowany. W 2009 roku miałem już za sobą dwa maratony uliczne i chciałem doświadczyć prawdziwego cross country, aby zahartować psychikę przed wyprawą na pierwszy maraton górski po Karkonoszach. Ponad 34-kilometrowy rajd z Dobrzycy do Kołobrzegu miał proste założenia: utrzymać azymut 270? i starać się znaleźć jakieś polne ścieżki. Niestety, już na samym początku traktorowy ślad zniósł mnie w kałuże pomiędzy łanami pszenicy, a pod koniec wpakowałem się w bagna, które miały złą sławę wśród żołnierzy w czasach napoleońskich i w roku 1945. Z powodu upartego charakteru błądziłem po tych bagnach blisko trzy kwadranse, co widać na załączonym zdjęciu. Skarpety miałem bardzo dobre, wykonane w technologii ''dry fit'', biegam w nich już dwa lata, na treningach jesienno-zimowych i po górach, ale wtedy jeszcze nie znałem kremu ''second skin'', no i dysponowałem dopiero pierwszą zmianą paznokci. Po tym rajdzie zeszły mi po raz drugi, no i wygląda na to, że teraz mam już te właściwe.

Efekt biegania po bagnachEfekt biegania po bagnach Efekt biegania po bagnach, fot. archiwum autora

Wkrótce potem doczekałem się tego, co tacy jak ja lubią najbardziej. Moim marzeniem było powrócić na dawne szlaki górskie w sportowym stylu, aby to co za młodu zabierało mi dni spróbować pokonać w ciągu godzin... Na początek miała to być próba zmierzenia się z górami na dystansie maratońskim. Na użytek mojej ambicji opracowałem w kilku wariantach Trawers Karkonoski. Formuła ścigania się w tą i z powrotem pomiędzy Szrenicą a Śnieżką nie bardzo odpowiadała mojej romantycznej naturze, toteż nie pchałem się na I Maraton Karkonoski. Uważałem, że nie wypada traktować majestatu gór z taką dezynwolturą i chciałem zmierzyć się z całym masywem, a nie tylko jego kawałkiem. Poza tym biegam po górach zbyt wolno, aby udawać, że to jest ściganie.

Skorzystałem z przyjacielskiej pomocy opiekuna Chatki Wielkanocnej, która znajduje się w Śnieżnych Kotłach. Mój dawny partner wspinaczkowy zawiózł mnie w góry, przenocował, a potem odebrał z Przełęczy Okraj. Ostatecznie trasa mojego pierwszego górskiego maratonu przebiegała od Chatki Wielkanocnej, przez Schronisko pod Łabskim Szczytem, do Wodospadu Kamieńczyka, a potem głównym czerwonym szlakiem przez Śnieżkę. Łącznie, jak pieczołowicie zliczyłem z mapy, było to prawie 42 km, w górę ponad 1600 m, a w dół 1900 m.

Spędziłem na tym szlaku aż osiem i pół godziny. Długo! Wszystko przez kryzysu spowodowany niedokarmieniem. Płynów wypiłem aż trzy litry, ale z jedzeniem nawaliłem - zjadłem tylko dwa małe żele energetyczne i jednego batona. Pewnie poszłoby lepiej gdybym potrafił wchłonąć drugie tyle. Zresztą, do dzisiejszego dnia nie udało mi się wypracować skutecznej receptury na prawidłowe trawienie podczas takich wysiłków. Wtedy moje tempo spadło tak, że postanowiłem zatrzymać się przed Śnieżką na naleśniki. To nie był szczęśliwy pomysł, bo ciepło schroniska mnie "rozebrało", rozszerzyły mi się naczynia krwionośne i zaczęły mnie telepać dreszcze. Teraz wiem, że nie warto zatrzymywać się na dłużej. Pozbierałem się dopiero po trzech kwadransach. Dalej tempo było już w zakładanej normie, bo nogi miałem całkiem sprawne, a i do Przełęczy Okraj było tylko osiem kilometrów plus Śnieżka.

Cała akcja wymagała pewnej determinacji ze względu na front atmosferyczny, który raczył się przewalać z piątku na sobotę. Dysponowałem w telefonie sprytną mapką radarową, pokazującą zachmurzenie nad zachodnimi Czechami, która pomogła mi wybrać odpowiednią taktykę. Sobotę przeczekałem w Chatce. Zmieniłem kierunek biegu i zacząłem go w niedzielę nie o 5 lecz o 9 rano. W ten sposób sprytnie wstrzeliłem się w pogodę. Przez pierwsze 14 kilometrów miałem "wkładki" do butów w postaci worków foliowych, bo wody było wszędzie pełno. Stanowczo odradzam jednak ten patent. Potem zdarzyły się nawet momenty słoneczne, ale godzina deszczu z gradem też mnie nie ominęła. Niestety, podczas kolejnych długich biegów w górach, tzw. warunki pojawiały się za każdym razem.

Władysław ''Johnson'' Polcyn