Maraton Karkonoski - inny niż wszystkie...

Wszyscy trzej jesteśmy zgodni - to jedna z najgłupszych rzeczy jaką w życiu zrobiliśmy i jednocześnie jedno z bardziej fascynujących doświadczeń. Choć mamy już za sobą wejścia na Elbrus, Mt. Blanc, pokonanie na nartach Haute Route i kilka innych przygód, to udział w III Maratonie Karkonoskim na pewno wpiszemy wysoko w nasze sportowe CV. A wszystko przez te męskie ambicje...

W marcu Małgosia Smolińska, koordynatorka działań w "Polska Biega" spytała, czy nie wystartowałbym w Maratonie Karkonoskim? Co miałem powiedzieć? By nie być samotnym zadzwoniłem do kolegów z pytaniem: "Kto ze mną"? Jak mieli odmówić? Okazało się jednak, że nie jest prosto trafić na 400-osobową listę startową. Dlatego w lipcu zostało nas trzech...

Czerwony szlak, czarno przed oczami

Doświadczony Jacek z kilkunastoma maratonami na koncie. Ja, z jednym ukończonym oraz najmłodszy Alek - jak zapewnialiśmy wszystkich - najprawdopodobniej najlepszy białoruski biegacz górski. Dla niego miał to być pierwszy w życiu wyścig na dystansie 42,195 km! Żaden z nas nie miał doświadczenia w maratonach po szczytach. A ja tak przygotowany nadawałem się co najwyżej na Biegnij Warszawo, a nie na wyścig Głównym Szlakiem Sudeckim ze Szrenicy (1362 m) na Śnieżkę (1603 m) i z powrotem (przewyższenie 1570 metrów). Im bliżej było do startu tym częściej każdy liczył, że pęknie ten drugi. Wymówek mogło być wiele. Czas. Odległość. Robota. Aleksander, który jechał z Gdańska, 5 sierpnia wziął wolne, wsiadł w pociąg i było wiadomo, że już się nie wykręcimy.

Około północy dotarliśmy do Szklarskiej Poręby. Zamiast butelki wina, woda. Węglowodany i do łóżek. Zabawa w maratończyków trwała w najlepsze, choć wtedy jeszcze nie traktowaliśmy poważnie szans na dobiegnięcie do mety. Pobudka nic nie zmieniła w teatrze przygotowań. Buty, spodenki, biegowe zegarki, płyny, żele energetyczne. Lekkie śniadanie i jazda pod Szrenicę. Czekając na krzesełko uznałem, że nie będę liczył na skrócenie trasy, czy odwołanie zawodów. Skoro limit to 7 godziny, to pobiegnę ile sił i po trzech godzinach zawrócę, nawet jeśli zostanie mi 500 metrów do szczytu Śnieżki (tam wypadała połowa biegu). W tej ewentualnej dezercji nie mogłem liczyć na wsparcie kolegów. Im już udzieliła się startowa gorączka, Drżącymi z emocji palcami przyczepiali numery. Było pewne, że będą daleko z przodu.

Sygnał do startu dał Marcin Urbaś, słynny polski sprinter. Ruszamy, może nie jak na 100 metrów ale szybko. Pierwsze pół kilometra w dół. Sylwetki różne, szczupli maratończycy i umięśnieni atleci, ale mało tu misiowatych biegaczy, których spotyka się na masowych biegach. Uczciwie mówiąc jest nas tylko dwóch. Pan obok wygląda jakby miał jeszcze mniejsze szanse dotrzeć w 3 godziny do Śnieżki. Najlepsi bez dodatkowego okrycia, bez butli z piciem. Koszulki bez rękawów, jest nawet zawodniczka, która biegnie w kusym bikini. Okaże się, że była na mecie, gdy ja ledwo minąłem połowę. Ci którzy spodziewają się dłuższego biegu maja malutkie plecaki z lekką kurtką, żelami energetycznymi, batonami i butelkami z piciem. Wielu ma obciskające podkolanówki. Widzę biegnących w rękawiczkach rowerowych. Po co? Odpowiedź po kilometrze, gdy zawodnik mijający mnie na zbiegu wykłada się. Z dłoni sączy się krew.

Maraton KarkonoskiMaraton Karkonoski Galeria Mał-Gosi 1/ Archwium organizatora

To inna zabawa niż maraton po asfalcie

Zbieganie nie jest łatwe. Potrzebna koncentracja, bo kamienie śliskie, krzywe, ruchome. Na trawersie Wielkiego Szyszaka (1509 m) dochodzi jeszcze deszcz, co i rusz ktoś się ślizga, ktoś klnie siarczyście wykręcając nogę. Moje buty Dynafita, model specjalnie do górskich biegów, trzymają. Gdy nabieram do nich zaufania i zaczynam przyśpieszać stopuje mnie obrazek mrożący krew. Na ścieżce siedzi owinięty folią NRC zawodnik. Noga uniesiona, wystarczy rzut oka by zobaczyć, nienaturalnie wybrzuszony piszczel. Złamana kość. Na szczęście jest już kilka osób, które zajmują się biegaczem. Nic tu po mnie. Ruszam ale wolniej, dopiero po kilku kilometrach znów przyśpieszam na zbiegu.

Pierwszy punkt kontrolny, pomiar czasu i kilka łyków wody, ciastko i stromo do góry. W mojej grupie nie ma już mowy o biegu, podchodzimy, szybciej niż turyści, ale podchodzimy. Co z Alkiem i Jackiem? Daleko z przodu. Kolejne kilometry za mną, patrzę na zegarek. 2 godziny 15 minut biego-marszu, a Śnieżki nie widać, za to droga co raz gorsza. Kamienie, kałuże, kosówka. Wyginające się stopy bolą jak diabli. Jeszcze jeden wzgórek, skałka, zakręt w prawo i... . O cholera, nie ma szans. Czas 2.15, a szczyt znikający w chmurach wydaje się być oddalony o 42 km. No cóż żegnajcie marzenia. Jednak tak jak ustaliłem sam ze sobą, biegnę 3 godziny. Trasa ok., tylko te drewniane podesty, niby równe ale jednak trudno po nich biec. Zmęczenie coraz większe, zaczynają mnie denerwować turyści, którzy ani na krok nie ustępują. Muszę mijać ich zeskakując z kamieni, nie mam siły. Na szczęście są i tacy, którzy nie tylko schodzą ale i biją brawo. Chyba nawet przyśpieszam. Doganiam grupkę 7-8 biegnących. Towarzyszy im dziwny dźwięk. To alarmują ich pulsometry ustawione na odpowiednie tętno. Denerwujące, na szczęście nie mam siły, odpadam od grupy. Po drodze moment, który musiał nastąpić, mijam się twarzą w twarz z prowadzącymi. Oni mają już Śnieżkę za sobą, a biegną jakby zaczynali. Ciekawe ile bym się z nimi utrzymał, gdybym zawrócił?

Maraton KarkonoskiMaraton Karkonoski Galeria Mał-Gosi 1/ Archiwum organizatora

Patrzę na zegarek - jeszcze 10 minut do trzech godzin. Mija mnie wracający Aleksander. - Dawaj Wojtek - krzyczy. Ja nie mam siły już krzyknąć. Minutę po dedlinie dobiegam do ostrego podejścia pod Śnieżkę i wtedy słyszę Jacka, który zbiega. - Dasz radę, niedaleko . Zatrzymuję się na moment, naciągam łydkę. Może i nie daleko ale stromo. W tłoku turystów, nie ma szans iść szybko. Mijam ilu się da ale siły mnie opuszczają. 14 minut po czasie zaczynam zbiegać. Nawet nie popatrzyłem co zmieniło się na szczycie od mojej ostatniej bytności przed 15 laty. Kurcze w łydkach, a tu jeszcze 21 km do mety. Na szczęście początek stromo w dół. Dość szybko doganiam kilka osób, na przetrzebionym z żywności punkcie wyciągam butelkę ze śmietnika i napełniam ją wodą. Muszę pić, inaczej będzie ciężko. Trucht. Słońce za chmurami, mgła, taka pogoda pomaga.

Znów wyboista ścieżka. Ta sama, teraz już wiem co mnie czeka. Ciekawe czy koledzy już na mecie. Patrzę na zegarek, przeliczam czasy. Jeśli utrzymam tempo i lekko przyspieszę na końcu złamię 6 godzin. Stopy bolą, palce u nóg podciągam do góry, bo wtedy nie łapią mnie kurcze, ale to oznacza: "żegnajcie paznokcie". Punkt żywnościowy, to prawie najniższy punkt biegu. Postój, pierwszy prawdziwy. Oparty o stolik jem ciastko i piję wodę, polewam głowę. - Jeszcze 11 kilometrów - wzdycham. - Da Pan radę - pocieszają młodzi z obsługi.

Czesi biją brawo

Chłopaki, pewno już jedzą naleśniki i rozciągają się. Piąta godzina, trochę poczekają. Szanse na złamanie szóstki słabną, muszę przyspieszyć. Jeszcze 50 metrów w dół. Potem ostro pod górę, kawałek po starym asfalcie. Dołączam do dwójki przede mną. Nie zatrzymywać się, nie stawać. Oni stają. Zostawiam ich. Znów brawa, zakręt i spalone schronisko. Pamiętam. Stąd już niedaleko, zaraz miejsce gdzie siedział ten ze złamaną nogą. Jestem tak zmęczony, że nawet żadna melodia nie kołacze mi się w głowie. Trucht, marsz, trucht. 5.30. Gdzie ten czubek, gdzie budynki telewizyjnego przekaźnika. Zegarek pokazuje 37. kilometr ale często tabliczki informacyjne rozmijały się z jego wskazaniami o 300 - 400 metrów. Sześć godzin, nie ma szans. Czuję jak opuszczają, mnie siły. Staję, wyciągam baton, ostatni. Zrywa się wiatr, ulewa, robi się zimno, muszę iść.

Maraton KarkonoskiMaraton Karkonoski Galeria Mał-Gosi 1/ Archiwum organizatora

Ale czy ja idę? Mam telefon, może zadzwonię? I co przyjdą po mnie? Jak? Kto? GOPR? O nie! Jestem ostatni? Nie możliwe przecież mijałem tyle osób. Ktoś majaczy na ścieżce. To po mnie? Nie, zagubieni turyści, opatuleni w kurtki patrzą na mnie ze współczuciem. Muszę nieźle wyglądać.

Ten kilometr szedłem 25 minut

Potykałem się, stawałem naciągając mięśnie. Sam nie wiem kiedy zaczynam znów biec. Kamienista ścieżka zmienia się w równy dukt, słońce wychodzi zza chmur. Przyśpieszam, przegięty w bok, bo kolka - staram się stawiać nogi tak by nie napinać łydek, bo to powoduje kurcze już nawet nie w całym mięśniu, ale u góry z lewej i prawej stron pod kolanem. Czy ja mam tam jakiś inny mięsień? A myślałem, że z kurczem nie można biec! Mam technikę. Biegnę na ugiętych kolanach. Jej jeden minus to, że uda "dostaną w kość". Na ostatnich 3 kilometrach napracowały się więcej niż w całej drodze. Poznaję już Szrenicę. 6 godzin, jakie sześć? Walczę by zmieścić się w siódemce. Niestety choć to niemożliwe gubię drogę, już drugi raz. Szczyt jak na dłoni i schronisko ale kosówka, jak ja tu biegłem, zawracam, tam była ścieżka. Nie to nie może być droga, za wąsko. Ruszam znów starą drogą. Zakręt w prawo o 90 stopni i kamienny bruk na szczyt. Jeszcze ktoś stoi i czeka na mecie. Dziękuję.

Maraton KarkonoskiMaraton Karkonoski Galeria Mał-Gosi/ Archiwum organizatora

Czas fatalny ale jestem. Mam medal, czuję radość, chyba nie mam stóp. Muszę wejść po schodach. Potem do szatni po ubrania. Przebrać się. Ale jak? Patrzę na zegarek 17.15. Nie ma za wiele czasu, trzeba się zbierać na wyciąg. Nim dojdę do górnej stacji minie 15 minut.

Trzeba być idiotą, by wystartować nieprzygotowanym. Ale gdybym nie był idiotą nie poczułbym tyle szczęścia. Dzwonię do domu. Ania dobiegłem! Czas? Jaki czas, dobiegłem, to się liczy!

O są i koledzy. Najedzeni, wykąpani. Też idą dość koślawo, to pociesza. Jacek włączył rozsądek w 3/4 trasy i zwolnił, wiec chodzi najlepiej. A Alek, dla którego był to pierwszy maraton, skończył na 43 pozycji. Ale co tam czas? Mamy medale, mamy bolące nogi, mamy podróż o domu przez pół Polski, i mamy pytanie. Czy wystartować tu za rok przygotowanym? Dlaczego? No bo ten wynik?

Aleksandr Dagil Wojciech Fusek Jacek Grzędzielski

Sam Maraton to wspaniała impreza z klimatem i nutką ekskluzywności. Tam gdzie można organizatorzy wykazują się wielkim profesjonalizmem: możliwość śledzenia czasów zawodników na trasie, błyskawiczne wyniki po biegu, serwis zdjęciowy, interesujące pakiety startowe. Oczywiście wymogi Karkonoskiego Parku Narodowego powodują pewne niedogodności jak mała liczba punktów żywnościowych, słabe oznaczenie trasy, tłok na ścieżkach pod Śnieżką ale generalnie każdy biegacz przynajmniej raz powinien się zmóc z tą niezwykłą trasą i poczuć klimat schronika na Szrenicy, które sprawdza się w roli gospodarza.

III Maraton Karkonoski Zwycięzca: Marek Swoboda 3.28.19 Zwyciężczyni: Danuta Piskorska 4.10.43

Nasze czasy Aleksandr Dagil 4.36.09 (miejsce 43) Jacek Grzędzielski 5.33.44 (m. 185) Wojciech Fusek 7.01.16 (m. 305)

Sklasyfikowanych 318 osób. Ostatnia z czasem 8.03.56

Dołącz do nas na Facebooku.