"Wił się w wodzie w przedziwnym pląsie". Kibice oszaleli. Słynny pływak powraca

Pierwsze 50 metrów eliminacji stylem dowolnym na igrzyskach w Sydney przepłynął niewiele szybciej niż zawodowi pływacy setkę. Po wykonaniu nawrotu, przypominającego walkę kosmonautów z brakiem grawitacji, rozpoczął bój o przetrwanie. Eric Mussambani, pływak z Gwinei Równikowej, dopłynął ostatecznie w 1:52:47 sek. Ponad minutę wolniej od rekordu świata. Dopłynął - to za dużo powiedziane. Dotrwał "stylem węgorza", jak go później nazwano. Wtedy skradł serca widzów na całym świecie. Teraz przygotowuje kadrę kraju do Igrzysk Tokio.

Do igrzysk w Sydney w 2000 roku trenował w rzece, w której pojawiały się krokodyle i węże, więc musiał być czujny. Być może dlatego nie zdołał opanować koordynacji rąk i nóg. W każdym razie opanował w niewystarczającym stopniu. Po 9 miesiącach treningów znalazł się w końcu na pływalni olimpijskiej w Sydney, od rana wypełnionej tysiącami kibiców z całego świata. W pierwszym biegu eliminacyjnym na słupkach stanęli oprócz niego Karim Bare z Nigerii i Farkhod Oripov z Tadżykistanu.

Zobacz wideo "Jest drugie dno wejścia CBA do PZPN. Boniek zakiwał się w tej sytuacji" [SEKCJA PIŁKARSKA #63]

Traf chciał, że przechadzający się wtedy po olimpijskich obiektach Michał Olszański (wówczas dziennikarz radiowej Trójki) zajrzał akurat na pływalnię. - Chciałem zobaczyć, jak wygląda. To był początek igrzysk. Nie do końca zwracałem uwagę na to, co się dzieje, chociaż zaskakujące było to, że dwóch pierwszych pływaków nie wytrzymało presji i wskoczyło do wody przed wystrzałem startera, co oznaczało dyskwalifikację. Został więc jeden zawodnik, co jest dość nietypowym widokiem na igrzyskach. Zająłem się swoimi sprawami, a na pływalni panował klasyczny szmer kilku tysięcy kibiców. W pewnym momencie szmer zmienił się w dziwny pomruk. Rzuciłem okiem na basen, a tam Eric Mussambani wykonał bardzo dziwny nawrót. Nagle okazało się, że wije się w wodzie w przedziwnym pląsie, który trudno było nazwać jakimś stylem. O mały włos złapałby linę, widzowie aż jęknęli, ale wytrzymał i płynął dalej. Publiczność szybko zrozumiała, że dzieje się coś wyjątkowego. Zamiast walki o medale, mają przed sobą kogoś, dla kogo wyzwaniem jest dopłynięcie do brzegu.

Kibice wstali z miejsc i zaczęli bardzo głośno go dopingować. W hali pojawiła się niezwykła energia ducha rywalizacji, jakby sam baron de Coubertin zagrzewał Erica do walki. Ostatnie metry wyglądały rozpaczliwe, a Mussambani bardziej stał, niż płynął. Niesiony dopingiem i niewyobrażalną determinacją zdołał wykonać jeszcze dwa ruchy i dotknąć ściany. Kibice oszaleli. W wiosce olimpijskiej  pojawiły się później tabliczki prowadzące do jego pokoju, z napisem "Eric the Swimmer" - opowiada Olszański 20 lat po tym niezwykłym wydarzeniu. Czas 1:52:47 sek. okazał się najgorszym wynikiem w historii igrzysk olimpijskich w wyścigu na 100 m kraulem. A jednak Mussambani został gwiazdą tej imprezy. 

- Byłem wyczerpany po tym wyścigu - wspominał w gazecie "Sydney Morning". - Leżałem w szatni i nie mogłem złapać tchu. Nie czułem rąk i nóg. Niewiele do mnie docierało. Po powrocie do wioski olimpijskiej poszedłem spać. Było około 11 rano, a kiedy obudziłem się o 4 po południu, znalazłem się w zupełnie innym świecie. W telewizji pokazywali moje zdjęcia, w stołówce ludzie podbiegali po autografy i wspólne fotki - opisywał. Kilka dni po tym starcie jego okulary pływackie sprzedano na aukcji charytatywnej za prawie 5 tys. dolarów. 

 

Pływak z radiowego ogłoszenia

- Doskonale to pamiętam - opowiada Otylia Jędrzejczak, która debiutowała na tamtych igrzyskach. - W świecie pływaków krążyła plotka, że miał być biegaczem, ale w ostatniej chwili federacja kazała mu wystartować w zawodach pływackich. Pamiętam też, że firma Speedo od razu zaproponowała mu wsparcie i stypendium. Okazuje się, że nabór do sekcji pływackiej wyglądał nieco inaczej. Mussambani był jedynym, który odpowiedział na apel skierowany przez państwowe radiu, poszukujące chętnych do startu w igrzyskach. Ale firma Speedo, rzeczywiście zaprosiła go do współpracy. Zaczęło się od konferencji prasowej, na której wystąpił z najlepszym wówczas pływakiem na świecie, Ianem Thorpem. To właśnie wtedy padła słynna odpowiedź na pytanie, czy rozmawiał już z dziewczyną, która została w Afryce. - Tak, pytała, czy przypadkiem nie znalazłem nowej dziewczyny w Sydney. Powiedziałem, że jeszcze nie - powiedział. 

Po Sydney nie porzucił kariery pływackiej. Dzięki stypendium kontynuował treningi i 6 lat później za zawodach w Dusseldorfie ustanowił życiowy rekord: 52:18 sek. Okazało się, że z takim czasem zdobyłby złoto na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku w 1968 roku. 

Wolą Phelpsa niż Mussambaniego

Eric Mussambani ma teraz 42 lata i został wyznaczony na trenera kadry narodowej Gwinei Równikowej. - Pokazywałem grupie filmy ze mną, ale woleli oglądać Michaela Phelspa - zdradził w "Sydney Morning". Marzy, by kiedyś jego podopieczny zdobył medal na igrzyskach, ale na razie zadowoli się, jeśli czterech pływaków reprezentacji poleci do Tokio. Mają zupełnie inne warunki do treningów. Mogą ćwiczyć w basenie o olimpijskich wymiarach, mają sztab szkoleniowy i wszystko, czego potrzeba do odpowiedniego przygotowania. Jeśli pojadą na igrzyska, na pewno nie przeżyją takiego szoku, jak Eric. Zmienił się także sam Mussambani. To już nie jest "Eric the Swimmer. Teraz, to "Eric the trainer". Jeszcze przez małe "t", ale może to kwestia czasu. 

Masz ciekawy temat związany ze sportem? Wiesz o czymś, co warto nagłośnić? Chcesz zwrócić uwagę na jakiś problem? Napisz do nas: sport.kontakt@agora.pl

Przeczytaj też: