Ja tylko pytam, czyli show Kazimierza Grenia

Kazimierz Greń dał przedstawienie, w którym było mnóstwo nieścisłości i insynuacji. Ale też kilka wątków podważających przyjętą wersję wydarzeń z Dublina. Greń zapowiedział pozwanie do sądu redakcji, które jego zdaniem pisały nieprawdę o tym, że handlował biletami na mecz Irlandia - Polska.

"Pan już mnie osądził!". "Pan wydał na mnie wyrok!". "Pan mnie ukrzyżował!" - odkrzykiwał Kazimierz Greń na każde pytanie z sali. Nieważne, czy pytali ci, którzy pisali najostrzejsze teksty o działaczu, którego irlandzka policja miała zatrzymać za nielegalny handel biletami, czy ci, którzy nie napisali niczego. Greń przemawiał długo, ale nie odpowiedział na żadne pytanie.

Pokazywał na ekranie kopie wycinków prasowych, dokumentów, swoje argumenty na udowodnienie tezy, że to władze PZPN uknuły tę intrygę, by skompromitować najgłośniejszego opozycjonistę w zarządzie. Pokazał protokół, z którego wynikało, że w chwili zatrzymania miał przy sobie 840 euro i 90 funtów, więc zarzuty o handlu biletami na wielką skalę są absurdalne. Pokazał faktury na zakup 49 biletów na mecz po 50 euro, wyśmiewając dziennikarskie opowieści o tym, że oferował też bilety za 70 euro. Ale nie pokazał najważniejszego dokumentu: tego, z którym wyszedł z sądu w Dublinie.

Tam, zgodnie z tym, co mówi Greń, powinno być potwierdzenie, że irlandzki sąd oddalił zarzuty, ponoć nie ma tam też nic o przyznaniu się do winy, choć "Przegląd Sportowy" napisał, że i Greń, i zatrzymana z nim Nina Błasik przyznali się do winy. Być może to właśnie będzie główna linia obrony Grenia: że on sam nic o przyznaniu się nie mówił (mógł to w jego imieniu zrobić adwokat lub tłumacz), i z powodu nieznajomości angielskiego mógł nawet nie mieć świadomości, że to już jest właściwa rozprawa. - Trwała niecałe 10 minut - opowiadał działacz. Pytał też, po co miałby dorabiać na handlu biletami, skoro jest majętnym człowiekiem. Powtórzył raz jeszcze, że bilety miał dla znajomych, czekał, by je im przekazać pod stadionem, a na prywatne podwórko przy stadionie wszedł, by w spokoju zapalić papierosa.

Z notatek irlandzkiej policji, do których dotarł "PS", wynika, że Greń i Błasik handlowali biletami, przyznali się do winy, a sąd odstąpił od wymierzenia kary. - Gdzie jest jakiś dowód, że dawałem bilety i brałem w zamian pieniądze - pytał Greń. - Ja tylko pytam, państwo wiecie, jaka jest prawda - dodał później.

Greń idzie do sądu

Teraz Greń poda do sądu "PS", Onet.pl, "Super Express" i Weszło.com, czyli media, które, jego zdaniem, oczerniły go (niektóre z nich, jego zdaniem, na zamówienie PZPN), zrobiły z niego konika, który ze swoją pomocnicą Niną Błasik handlował dziesiątkami biletów. - To będą pozwy na bardzo duże kwoty, może nawet milionowe - mówił Greń. Wyśmiewał dowody przedstawione przez dziennikarzy. Zaprzeczał, że - jak napisał jeden z dziennikarzy - wyszedł z sali "z podniesionymi rękami" (to akurat był błąd dziennikarza przy tłumaczeniu). Ale swojego pisma z sądu nie pokazał.

Nie odpowiedział też na żadne pytanie ani podczas konferencji, ani po niej. Zwłaszcza na podstawowe pytanie: czy twierdzi, że w ogóle nie handlował biletami i wszelkie zarzuty były bezpodstawne.

Jak się dowiedzieliśmy, odradził mu to adwokat: i pokazanie pisma, i odpowiadanie. Ponoć żeby nie powiedzieć za dużo od razu, w emocjach. Ta konferencja ma być pierwszą z serii. - Kazik jeszcze nie był w domu, od kiedy wrócił z Dublina. Jest kłębkiem nerwów, z nim się nie da rozmawiać - mówił nam jeden z działaczy, którzy towarzyszyli Greniowi. On sam zapowiedział na wstępie: - Na mówienie o PZPN jeszcze przyjdzie czas, na razie, mam nadzieję, przekonacie się, czego nie zrobiłem.

Ale wystąpienia wcale nie zaczął od wyjaśniania, jak to się stało, że przy okazji meczu Irlandia - Polska został zatrzymany w Dublinie i spędził noc w areszcie. Zaczął od przypomnienia, że prezes Zbigniew Boniek reklamuje hazardową firmę Expekt, między innymi na stronie "Weszło". Potem kilka razy sugerował, że to wszystko, co stało się w Dublinie, jest zemstą PZPN za to, że Greń chce być liderem opozycji, organizuje jej narady, sprzeciwia się zmianom w statucie związku. Te zmiany, jego zdaniem, zapewnią kolejne zwycięstwo Zbigniewa Bońka. A on, w ostatnich wyborach stronnik Bońka, dziś jest jego przeciwnikiem i chce wspierać kontrkandydata. Mówi się m.in. o Cezarym Kucharskim.

Tak samo było z Greniem za czasów Grzegorza Laty. Najpierw wspierał go w kampanii, potem zaczął zwalczać. Wtedy też organizował pamiętne konferencje. Na najgłośniejszej z nich przekonywał, że jest podsłuchiwany, że wkrótce może zginąć. W środę w Warszawie pytał, czy Maciej Wandzel, udziałowiec Legii, który też myślał o kandydowaniu na prezesa PZPN, a niedawno z tego pomysłu zrezygnował, nie zrobił tego dlatego, że bał się, że zostanie zaatakowany przez PZPN jak Greń.

Prezes podkarpackiego związku piłkarskiego sugerował, że policję i stewardów mógł nakierować na niego ktoś z PZPN. Że pewna osoba z departamentu bezpieczeństwa PZPN wcześniej pracowała w Interpolu i to od niej mogła wyjść informacja. Mówił o medialnej kampanii przeciw niemu, wymieniał z nazwiska dziennikarzy, którzy go oczernili albo wypaczyli jego słowa. Ale i tych, którzy jego zdaniem są ciemiężeni przez PZPN, zwalniani z pracy za to, że piszą źle o związku. I tak dalej.

"Próba ukrzyżowania w Wielki Piątek"

Wyszła z tego jedna z najdziwniejszych konferencji prasowych w polskim sporcie. W ciasnej salce hotelu, kilkaset metrów od siedziby PZPN, tylko po przeciwnej stronie ulicy. W pewnym momencie prezes podkarpackiego związku piłkarskiego sięgnął nawet po torbę z ubraniami i pokazywał spodnie i sweter, w których był w dniu meczu w Dublinie. Pytał, dlaczego kibic, który powiedział dziennikarzom "Weszło", że kupował od niego bilety pod stadionem, stwierdził, że Greń był ubrany na granatowo, skoro on był akurat na czarno. Pytał też, dlaczego ten kibic opowiada, że do niego dzwonił, skoro takiego połączenia nie ma w jego billingach telefonicznych. I pokazywał billingi do kamer.

Było o próbie ukrzyżowania go w Wielki Piątek, o tym że był, jego zdaniem, inwigilowany i choć działacze PZPN wiedzieli, że jedzie do Dublina prywatnie, wypytywali go bardzo dokładnie, kiedy leci i kiedy wraca, co dziś wydaje mu się podejrzane.

Takich teorii spiskowych było kilka, podobnie jak niesprawdzonych informacji (np. brat rzecznika PZPN nie pracuje w Onecie, jak mówił Greń z wiadomą sugestią, tylko w Eurosporcie). Ale przynajmniej dwa strzały były celne: z billingami, które jest gotów pokazać, by przekonać, że kibic, który miał go pogrążyć swoją opowieścią, kłamie; z biletami za 70 euro, bo jego zdaniem nie ma żadnego dowodu, że takie bilety kupił. Ciąg dalszy na pewno nastąpi. Gdy Grzegorz Lato wygrywał wybory w PZPN i Kazimierz Greń skakał po ogłoszeniu wyników w euforii, jeden ze związkowych baronów z drużyny Laty szepnął mi: - Kazikiem się nie przejmujcie, Kazika się potem trochę uciszy. Ale czy za Laty, czy za Bońka - widać wyraźnie, że nieważne, czy się ktoś Greniem przejmuje, czy nie, akurat wyciszyć go bardzo trudno.

W piątek zarząd PZPN ma zdecydować, czy zawiesić Grenia. Potrzeba do tego większości dwóch trzecich głosów.

50 twarzy Grenia. Żyro nie trafił w bramkę na lotnisku? [NAJLEPSZE KOMENTARZE CZYTELNIKÓW]

Więcej o: