Sceny gigantycznego chaosu, jaki zapanował w ostatnich minutach niedzielnego finału Pucharu Narodów Afryki, obiegły świat, niewątpliwie wzmacniając stereotypowe przeświadczenie, że to turniej zupełnie inny niż wszystkie. Przy okazji każdej edycji międzynarodowe media lubują się w donoszeniu o szamanach wspierających poszczególne reprezentacje, strajkach piłkarzy skonfliktowanych ze swoimi federacjami i różnych niecodziennych wydarzeniach, w rodzaju sędziego kończącego mecz po 80 minutach. Pod tym względem awantura, jaka wybuchła podczas finałowego starcia Senegalu z Marokiem (1:0), mogła przyćmić generalny obraz, jaki wyłaniał się z pierwszej wielkiej imprezy międzypaństwowej tego roku.
Po kontrowersyjnym karnym, podyktowanym dla Maroka w doliczonym czasie gry, piłkarze Senegalu postanowili opuścić boisko. Po kilkunastu minutach dali się jednak namówić do powrotu i rzut karny mógł w końcu zostać wykonany. Brahim Diaz próbował oszukać bramkarza, strzelając lekko "panenką", ale stojący w senegalskiej bramce Edouard Mendy pewnie chwycił piłkę. Potrzebna była dogrywka, w której jedynego gola strzelił Pape Gueye i Senegal mógł świętować mistrzostwo Afryki.
Do tamtej 94. minuty finału i karnego dla Maroka największy afrykański turniej miał w sobie znacznie mniej niż zwykle elementów, które można by określić jako "egzotyczne". Bo na pewno nie można tak nazwać licznych kontrowersji sędziowskich, które w Europie też są przecież powszechne.
Wpływ na to niewątpliwie miało miejsce, w którym PNA się odbywał. Maroko wyrosło w ostatnich latach na jedną z najpotężniejszych piłkarskich nacji kontynentu. Podczas mundialu w Katarze jako pierwszy afrykański kraj przebrnęło barierę ćwierćfinału (skończyło się na czwartym miejscu), przed rokiem grało w finale Pucharu Narodów Afryki kobiet. Tym razem po raz pierwszy od 22 lat dotarło do decydującego meczu w męskiej edycji imprezy. Nie udało się zanotować pierwszego od pół wieku triumfu, ale niezależnie od finałowej porażki Maroko potwierdziło, że podczas nadchodzącego mundialu powinno być liczącą się siłą. A za cztery lata kraj znajdzie się w centrum piłkarskiego świata, współorganizując mundial z Hiszpanią i Portugalią.
Już teraz jednak imprezę rozgrywano na efektownych i nowoczesnych stadionach, które zgromadziły na trybunach rekordowe tłumy. Murawy, które często pozostawiały podczas poprzednich edycji wiele do życzenia, tym razem nie odbiegały standardami od europejskich. A naoczni świadkowie donosili o świetnej bazie hotelowej i sprawnie działającej komunikacji. Pod tym względem więc organizatorzy - aż do końcówki meczu finałowego - zdawali egzamin.
Co jednak znamienne, Puchar Narodów Afryki z każdą edycją staje się mniej afrykański, a coraz bardziej przypomina rozgrywane w Afryce mistrzostwa Europy. Zamienia się w mistrzostwa diaspor, podczas których prawdziwie miejscowi są jedyni kibice na trybunach.
Dwadzieścia lat temu FIFA poluzowała przepisy dotyczące zmian reprezentacji przez zawodników mających podwójne obywatelstwa. Do tamtego momentu decyzję o tym, który kraj reprezentować, trzeba było podejmować na bardzo wczesnym etapie kariery. Kto raz wystąpił w kadrze U-21 danego kraju, nie mógł już nigdy zagrać dla innego. To było bardzo gęste sito. Spora część zawodników reprezentujących kraj w młodzieżówce nigdy nie dociera do seniorskiej kadry. W efekcie w ogóle nie uczestniczyła w futbolu międzynarodowym - jako za słaba, by zmieścić się w gronie 20-30 najlepszych piłkarzy w kraju, a nieuprawniona, by grać dla innego.
Tamta reforma FIFA okazała się rewolucją, z której skorzystało wiele federacji, w tym polska. Eugena Polanskiego, prowadzącego obecnie Borussię Moenchengladbach, tytułuje się "polskim trenerem w Bundeslidze", bo jako piłkarz 19 razy zagrał dla Polski. Wcześniej jednak przeszło 60 razy wystąpił w młodzieżowych kadrach Niemiec, w tym U-21, której był kapitanem. Przy przepisach obowiązujących jeszcze na początku XXI wieku, byłby dla polskiej piłki stracony już jako 19-latek. Zadebiutował w biało-czerwonych barwach mając 25 lat i wiedząc, że szanse na grę w dorosłej reprezentacji Niemiec ma już tylko iluzoryczne.
Kilka lat później nastąpiła kolejna reforma. Tym razem dotyczyła występów w seniorskich kadrach. Zawodnicy, którzy nawet zagrali w jakiejś dorosłej reprezentacji, ale tylko w meczu towarzyskim, dostali możliwość reprezentowania barw innego kraju. W ten sposób w ostatnim Pucharze Narodów Afryki uczestniczył w drużynie Wybrzeża Kości Słoniowej Wilfried Zaha, który ma dwa występy w reprezentacji Anglii. Aymeric Laporte, mistrz Europy z Hiszpanią, jako 22-latek dwa razy siedział na ławce francuskiej kadry w meczach eliminacji mistrzostw świata. Gdyby został wpuszczony na boisko, zostałby "przypisany" do reprezentacji Francji. Nie zadebiutował jednak i dziś w piłkę gra jako Hiszpan.
Dla afrykańskiego futbolu te dwie zmiany miały w długofalowej skali olbrzymie konsekwencje. Utorowały wielu federacjom drogę do znacznego zwiększenia puli talentów, bez poprawy szkolenia na miejscu. Wystarczyło stworzyć sprawne siatki skautingowe w miejscach, w których żyją największe diaspory danej nacji i wcześnie przekonywać utalentowanych piłkarzy do reprezentowania ojczyzn rodziców i dziadków. Znamienny jest przykład rodziny Zidane’ów. Kiedy w 1998 roku Zinedine, urodzony w Marsylii syn algierskich imigrantów, strzelał dla Francji dwa gole w finale mistrzostw świata, stawał się symbolem nowych czasów nie tylko w tamtejszym futbolu. "Black, Blanc, Beur" – nazywano tamtą drużynę. Czarna, biała, arabska. Symbol różnorodnej Francji.
Podczas ostatniego Pucharu Narodów Afryki Zidane oklaskiwał swojego syna Lukę, broniącego bramki Algierii. Urodzony w Marsylii i wychowany w Madrycie 27-latek nie miał wystarczająco dużo talentu, by grać jak ojciec dla Francji. Reprezentuje więc znacznie niżej notowaną ojczyznę dziadków.
Takich przykładów na turnieju było mnóstwo. Dokładnie 107. Tylu zawodników uczestniczących w Pucharze Narodów Afryki przyszło na świat we Francji. W żadnym innym kraju nie urodziło się aż tak wielu spośród najlepszych afrykańskich piłkarzy. Jak wyliczył Reuters, łącznie niemal 30 proc. wszystkich uczestników turnieju przyszło na świat poza tym kontynentem. Większość we Francji, ale np. Marokańczycy silnie bazowali też na zawodnikach wychowanych w Hiszpanii – jak Brahim Diaz, najlepszy strzelec turnieju, czy Achraf Hakimi, kapitan zespołu - albo w Holandii. A bramkarz, Yassine Bounou, urodził się w Kanadzie. Senegalczycy kadrę mieli podzieloną mniej więcej po pół. Czternastu z dwudziestu siedmiu graczy urodziło się w Senegalu, trzynastu poza nim. Przy czym, jeśli brać pod uwagę nie kraj urodzenia, a miejsce, w którym faktycznie uczyli się grać w piłkę, Francja miałaby już przewagę. Aż 18 z senegalskich mistrzów Afryki nigdy nie grało w żadnym senegalskim klubie czy akademii. Łącznie w najważniejszym meczu kontynentu większość (17 z 32 piłkarzy) stanowili gracze urodzeni poza Afryką.
Były jednak w Pucharze Narodów Afryki nacje, w których proporcje na rzecz emigrantów były przechylone jeszcze mocniej niż u finalistów. Komory powołały na turniej tylko jednego zawodnika urodzonego w kraju. W Gwinei Równikowej, która w afrykańskim futbolu zaczęła się liczyć dopiero w ostatnich latach, odkąd federacja aktywnie zabiega o wychowanych w Hiszpanii piłkarzy pochodzących z tego kraju, było ich w kadrze aż 19. Jedynymi z 24 reprezentacji, które wystawiły wyłącznie urodzonych na swoim terytorium piłkarzy, były Botswana, RPA i Egipt. Spośród nich tylko Egipcjanie przebrnęli 1/8 finału.
O ile jeszcze dwadzieścia lat temu Puchar Narodów Afryki gromadził skautów klubów z całego świata, które wysyłały ich tam w nadziei na znalezienie nowych, nieznanych w Europie gwiazd, o tyle dziś takie podejście nie miałoby już sensu. Zdecydowaną większość uczestników skauci i tak już dobrze znają. W kadrze senegalskiej był tylko jeden zawodnik grający na co dzień w klubie afrykańskim. Poza Europą występują jedynie weterani, jak Sadio Mane czy Kalidou Koulibaly, którzy, po pełnych sukcesów karierach w największych europejskich ligach, wyjechali do Arabii Saudyjskiej. Nie trzeba lecieć do Afryki, by znaleźć największe tamtejsze talenty. Wystarczy wybrać się na dowolny mecz ligowy w jakiejkolwiek europejskiej lidze.
Dziś sprawy idą jeszcze dalej. Kiedyś Afrykanie wysyłali największe talenty do Europy i na tym ruch się kończył. Teraz nadal to robią, ale jednocześnie zasysają tych, którym w Europie nie do końca się powiodło. Smutne z perspektywy afrykańskiej piłki jest to, że dla większości piłkarzy są reprezentacjami drugiego wyboru. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale zwykle, kto ma szansę reprezentować europejski kraj, do którego wyjechali jego rodzice lub dziadkowie, korzysta z niej. Sieć skautingu Maroka i Gwinei Równikowej zrobiła wiele, by poprzez przejmowanie potomków emigrantów podnieść poziom własnych reprezentacji. Ale przy największym talencie, o jaki mogli walczyć, nie miały szans. Lamine Yamal mógłby reprezentować oba te kraje. Skoro jednak już jako 16-latek dostał powołanie do kadry Hiszpanii, nie musiał się zastanawiać. Dziś jest jednym z najlepszych piłkarzy świata. Kylian Mbappe wybrał się na turniej, by dopingować reprezentację Kamerunu, ale najbardziej pomógłby jej, gdyby wyszedł na boisko. Na to jednak, przy jego oczywistej dla Francuzów, którzy go wychowali, skali talentu, nie było nigdy najmniejszych szans.
Jak zauważa pisarz Simon Kuper w "Financial Times", efekt dla afrykańskiego futbolu jest paradoksalny. W połowie XX wieku popularne były prognozy, że zdobycie mistrzostwa świata przez kraj afrykański jest tylko kwestią czasu. Jedną z takich opinii wygłosił m.in. Pele i mniej więcej do połowy lat 90. proroctwo zdawało się zbliżać do spełnienia. Później nastąpiła jednak stagnacja. Im bardziej afrykański futbol upodabnia się i uzależnia od europejskiego, tym mniejsze ma szanse, by z nim rywalizować. Kiedyś europejskie kluby przyjeżdżały do Afryki po talenty, których im brakowało. Dziś afrykańskie federacje przyjeżdżają do Europy po piłkarzy, których same nie potrafią wyszkolić. Autor podkreśla, że największa różnica poziomu na świeżo zakończonym turnieju nie dotyczyła poszczególnych reprezentacji, lecz zawodników szkolonych w Europie i w Afryce. Z oczywistą przewagą tych pierwszych.
Największą nadzieją dla kontynentu może być coraz lepiej prezentująca się tamtejsza elita trenerska. O ile przez dekady afrykańskie kluby i federacje nie ufały miejscowym szkoleniowcom, chętnie importując fachowców z Europ, (w tym z Polski), o tyle dziś ewidentnie się to zmienia. Senegal został mistrzem Afryki po raz drugi w historii i drugi raz zrobił to z "miejscowym" trenerem. Maroko, w przeszłości regularnie prowadzone przez szkoleniowców francuskich, belgijskich, czy nawet polskich (Henryk Kasperczak), ostatnie sukcesy zawdzięcza Walidowi Regraguiemu. Ogółem 14 z 24 drużyn pojechało na turniej pod wodzą afrykańskich trenerów. To nowość, dająca jakieś widoki na poprawę jakości miejscowego szkolenia.
Rozgrywane na kilka miesięcy przed mistrzostwami świata Puchary Narodów Afryki mają o tyle duże znaczenie, że stanowią przetarcie i prognozę przed mundialem. Pod względem rozstrzygnięć sportowych turniej nie przyniósł istotnych niespodzianek czy przetasowań w kontynentalnej hierarchii, co również w przeszłości nie było dla niego typowe. Senegal i Maroko z łatwością można było wytypować jako przyszłych finalistów już w dniu rozpoczęcia turnieju. Prognoza, że do półfinałów dotrą Egipt i Nigeria, również nie byłaby żadnym zaskoczeniem. Właściwie już na poziomie ćwierćfinałów znalazła się wyłącznie kontynentalna waga ciężka. Można się doszukiwać pojedynczych niespodzianek, w rodzaju wczesnego odpadnięcia Angoli, zerowego dorobku punktowego Gabonu, czy porażki Tunezji z Mali. Żadne z tych rozstrzygnięć na pewno nie było jednak sensacyjne. Każdy z uczestników mundialu, który brał udział w PNA, przynajmniej wyszedł z grupy. Jeśli szukać zaskakujących rozstrzygnięć, to raczej we wcześniejszych kwalifikacjach, których nie przebrnęły Ghana i Republika Zielonego Przylądka, sposobiące się do mistrzostw świata za kilka miesięcy.
Z polskiej perspektywy najciekawsze były poczynania Tunezji, która, w razie awansu kadry Jana Urbana na północnoamerykański turniej, będzie jej rywalem grupowym w potencjalnie kluczowym spotkaniu o wyjście z grupy. Jej 22., rekordowy występ w najważniejszym afrykańskim turnieju, nie przejdzie jednak do historii z żadnego innego powodu. Potencjalni rywale Polski wygrali tylko jeden z czterech meczów, bez zaskoczeń pokonując Ugandę. Na Nigerię okazali się za słabi. Zremisowali z Tanzanią, a potem z Mali, które wyeliminowało ich po serii rzutów karnych. Na podstawie eliminacji do mundialu, które północnoafrykański zespół przebrnął nie tracąc w dziesięciu meczach gola, można było się obawiać żelaznej defensywy Tunezji. PNA tego jednak nie potwierdził. Tunezyjczycy tracili gole w każdym z czterech meczów. Nigeryjczycy wbili im nawet trzy. Być może więc wcale nie jest to tak solidny i niewygodny rywal, jak można było przypuszczać. Wyższa klasa przeciwników zweryfikowała jego defensywę negatywnie.
Na niespełna pięć miesięcy przed mundialem wydaje się, że jeśli ktoś z Afryki miałby go zawojować, kandydatów trzeba raczej upatrywać wśród niedzielnych finalistów. Nigeryjczycy, którzy zajęli trzecie miejsce, na mundial w ogóle nie awansowali. Półfinaliści z Egiptu dotąd w historii nie wygrali na mistrzostwach świata meczu.
Wicemistrzowie Afryki, Marokańczycy, mają z kolei złotą generację i już podczas poprzedniego mundialu mocno zamieszali, a w 2024 roku zdobyli brązowy medal Igrzysk Olimpijskich. Senegalskie złote pokolenie wokół Sadio Mane powoli schodzi ze sceny, ale na horyzoncie są już kolejne talenty, a trzeci z rzędu awans na mundial świadczy o pewnej stabilizacji na wysokim poziomie.
Rywalizacje Senegalczyków z Francuzami czy Norwegami albo Marokańczyków z Brazylijczykami na pewno będą należały do hitów fazy grupowej mundialu. Nawet jednak wśród tych drużyn próżno raczej szukać poważnego pretendenta do wygrania najbliższych mistrzostw świata. Maroko przebiło wprawdzie w Katarze szklany sufit ćwierćfinału, ale szacowana siła najlepszych afrykańskich drużyn to wciąż poziom gdzieś między Turcją, Danią a Austrią. Czyli solidnie, ale nadal daleko od światowej czołówki.