Wojownicy z Cichej: Gdzie jest ta Wisła?!

Piłkarze z Chorzowa kipieli w niedzielny wieczór taką energią, że starczyłoby do oświetlenia połowy Śląska. Krakowianie uwierzyli, że umiejętności wystarczą, żeby ograć tak krytykowany ostatnio zespół z Chorzowa, i się srogo pomylili

Najszczęśliwsi schodzili z boiska Krzysztof Nykiel i Gabor Straka, którzy w końcu poczuli, jaka to frajda strzelić bramkę w ekstraklasie. - Przed meczem byliśmy w jednym pokoju z Maćkiem Sadlokiem i przypomnieliśmy, że tylko my oraz Gabor nie strzeliliśmy dotąd bramki w ekstraklasie. "To trzeba zmienić" - powtarzaliśmy i jak widać, się udało. Na smutnej liście bez bramki został tylko Maciek. Oby tylko do następnego tygodnia - uśmiechał się Nykiel.

Jan Miodek, znakomity językoznawca i wielki sympatyk Ruchu, zdradził, że przed niektórymi meczami śnią mu się wyniki. Czy profesorowi przyśniło się, że Wisła polegnie na Cichej? Miodek wyczekuje na 15. mistrzowski tytuł niebieskich, ale w przedmeczowym felietonie podzielił się z kibicami obawami o najbliższą przyszłość klubu. "I niech po dobrym medalowym sezonie nie nastanie znów czas 10. czy 12. miejsca, nie mówiąc już o najgorszym". Może jednak nie będzie tak źle, panie profesorze?

Podobna niepewność towarzyszy też fanom Wisły, którzy tak jak chorzowianie martwili się ostatnio po słabych meczach w eliminacjach Ligi Europejskiej i pożegnaniach podstawowych piłkarzy. Wisła straciła dwóch stoperów - Marcelo i Arkadiusza Głowackiego - i to była jasna wskazówka, w które miejsce powinien uderzyć Ruch. Trener Waldemar Fornalik zapowiadał grę dwoma napastnikami, ale ostatecznie w ataku straszył tylko Sebastian Olszar.

To jednak była tylko teoria, bo gdy Ruch złapał krakowian za gardło, to atakował i bronił całą drużyną. - To zwycięstwo było bardzo potrzebne drużynie. W ostatnich dniach usłyszeliśmy wiele gorzkich słów pod swoim adresem. Pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną, która mimo osłabień jest w stanie powalczyć z każdym. Tak jak oczekiwaliśmy! Chłopcy pokazali charakter - chwalił trener Waldemar Fornalik.

W Chorzowie testują nowy system identyfikacji fanów, który zgodnie z przypuszczeniami zatrzymał wielu kibiców przed stadionowymi bramami. Wiele osób nie zdążyło wyrobić tzw. kart kibica, więc zamiast zapowiadanych dziesięciu tysięcy na trybunach usiadło około pięciu tysięcy osób. Gdy jednak piłka pruła siatkę w bramce Wisły, trybuny trzęsły się, jakby były wypełnione po brzegi!

Dziurawa obrona może uszłaby Wiśle bezkarnie, gdyby za plecami defensorów krążył pewny, szybki i dynamiczny bramkarz. Tam jednak stąpał z nogi na nogę Mariusz Pawełek - piłkarz, który z wielką determinacją pracuje na miano bramkarskiej fajtłapy.

Pawełek na pewno nie był bez winy przy pierwszym golu. Akcja trąciła przypadkiem od chwili, gdy Marcin Malinowski ustawił piłkę w narożniku boiska. Dośrodkowanie "Maliny" było słabe, piłka wystrzeliła w niebo dziwną parabolą. Spadała równie leniwie, ale akurat w miejsce, gdzie stał Nykiel. Obrońca Ruchu - naciskany przez piłkarzy Wisły - nie dostawił głowy tak idealnie, jak chciał. Piłka odbiła się od jego czoła i łukiem spadła z góry tuż pod poprzeczkę. Pawełek źle obliczył lot piłki, stojący za jego plecami Diaz, zamiast wybijać, poczekał aż ta odbije się od słupka, a potem bezsensownie ją złapał.

- Zawodnik, który stoi przy słupku, powinien wybić piłkę... Sami strzeliliśmy sobie gola. Straszny niefart - martwił się Pawełek.

Na oszołomionego Nykiela rzucili się szczęśliwi koledzy. - Nie da się tak uderzyć, obliczyć, żeby piłka wpadła akurat w to jedyne właściwe miejsce - uśmiechał się Nykiel. - Czy to był przypadek? Niech się Pawełek tym martwi - dodał.

Kibice nie zdążyli jeszcze nacieszyć się skromnym prowadzeniem, gdy z miejsc poderwał ich drugi gol. Znowu trafił piłkarz, który dotąd nie wiedział, co to radość po bramce w ekstraklasie. W akacji Straki nie było już przypadku. Słowak, balansując ciałem i przebierając nogami, zmylił czterech piłkarzy Wisły, a na koniec pięknie huknął tuż przy słupku. - Piłka otarła się jeszcze o czyjąś nogę. Źle zareagowaliśmy na te trafienia. Wynik na pewno nie oddaje tego, co działo się na boisku - mówił Pawełek.

Krakowianie starali się szybko odpowiedzieć bramką - energią kipieli Maciej Żurawski i obrażany przez miejscowych fanów Patryk Małecki -to jednak Ruch był bliżej trzeciego gola. Po akcji Sebastiana Olszara na strzał z woleja zdecydował się Marcin Zając, ale chociaż miał do bramki mniej niż dziesięć metrów, to nie trafił czysto w piłkę.

Kibice oglądali dobry, szybki mecz. Niebiescy pchali kolejne akcje, nawet leżąc na czworakach. Zespół z Cichej miał też wielkie wsparcie w Krzysztofie Pilarzu, który z największym trudem zatrzymał piłkę m.in. po uderzeniu Riosa i Żurawskiego (interwencja meczu!). Wiślacy ugniatali Ruch coraz mocniej, a gospodarze wyczekiwali na kontry. - To było otwarte spotkanie. Każdy chciał wygrać - ocenił najlepszy na boisku Straka.

Żurawski przed kamerami telewizji wypalił, że Wisła nie jest drużyną tylko bandą przypadkowych osób. Piłkarz nie chciał rozwijać tematu i szybko pobiegł do szatni. - Na pewno był rozgoryczony po porażce. To był impuls - bronił doświadczonego napastnika trener Tomasz Kulawik, który miał żal do swoich piłkarzy, że nie wierzyli, iż mogą odrobić straty. Kulawik ganił też Erika Cikosa. Zdaniem trenera Wisły to jego błędy kosztowały zespół porażkę.

Dlaczego Wisła jest 'bandą nieodpowiedzialnych ludzi'? Ruch Chorzów - Wisła Kraków 2:0 (1:0)

Bramki: 1:0 Nykiel (21. z podania Malinowskiego), 2:0 Straka (31.)

Ruch: Pilarz - Nykiel, Grodzicki Ż , Sadlok, Bronowicki - Grzyb, Malinowski, Straka, Pulkowski (74. Lisowski), Zając (90. Piech) - Olszar (78. Janoszka)

Wisła: Pawełek - Cikos (78. Łobodziński), Cleber, Kowalski, Diaz - Kirm (62. Boguski), Sobolewski, Rado (46. Paljić Ż), Małecki - Żurawski, Rios.

Sędziował: Michał Mularczyk (Skierniewice). Widzów: 5000.