Grzegorz Bronowicki: Najwyższy czas wrócić do wielkiej piłki

Grzegorz Bronowicki podpisał kontrakt z trzecim zespołem ekstraklasy - Ruchem Chorzów i ma nadzieję na odbudowanie formy po kiepskim sezonie w Górniku Łęczna. W przerwach między treningami pod okiem Waldemara Fornalika śledzi mistrzostwa świata. - Jestem mocno rozczarowany postawą Serbów - przyznaje były gracz Crvenej Zvezdy Belgrad.

Wideo, bramki i skróty z ekstraklasy w serwisie Ekstraklasa.tv ?

Grzegorz Bronowicki jest wychowankiem Górnika Łęczna. Ma za sobą grę w reprezentacji Polski, a od nowego sezonu będzie bronił barw Ruchu Chorzów.

Tomasz Puszka: Niedawni koledzy z Górnika Łęczna wypoczywają na urlopach. Pan z kolei od kilkunastu już dni trenuje z nowymi z Ruchu Chorzów. Domyślam się, że na spędzanie czasu przed telewizorem nie ma pan za wiele czasu

Grzegorz Bronowicki: Rzeczywiście, ma pan rację. W każdym razie nie żałuję tego, bo mam teraz zajęcia, które mnie całkowicie pochłaniają. Jednak nie jest tak, że znam tylko suche wyniki z boisk RPA. Jeśli jest to możliwe, to z chęcią oglądam mundialowe spotkania.

Skoro w południowoafrykańskiej imprezie zabrakło biało-czerwonych, to pewnie ściskał pan kciuki za Serbię?

- Mocno jej kibicowałem. Mam kolegę wśród wybrańców selekcjonera Radomira Anticia, z którym grałem w Crvenej Zveździe - Nenada Milijasa. Niestety jednak nasz kontakt urwał się w chwili, kiedy odszedł do angielskiego Wolverhampton. Bardzo mi jednak pomógł, kiedy występowałem w belgradzkim klubie. A wracając do reprezentacji Serbii, to jestem mocno rozczarowany jej postawą, bo po nadzwyczaj udanych w jej wykonaniu eliminacjach oczekiwałem po niej dużo więcej. Kolejny raz potwierdziła się jednak opinia, że Serbowie potrafią wspiąć się na wyżyny i ogrywać najlepszych, by później przegrać ze słabeuszem. Szkoda, że ten zespół nie zawsze stanowi kolektyw.

Jamie Carragher stwierdził, że niektóre spotkania fazy grupowej Ligi Mistrzów stoją na dużo wyższym poziomie niż mundialowe zmagania. Zgadza się pan z opinią angielskiego obrońcy?

- W jakimś stopniu na pewno ma rację. Ale na mistrzostwach świata liczą się nie tylko wrażenia artystyczne. Z klubową piłką mamy do czynienia na co dzień, a reprezentacje spotykają się tylko kilka razy do roku. Zwyczajnie potrzebują trochę czasu, aby skonsolidować szyki. To zrozumiałe.

Dziwi pana fakt, że na tegorocznych mistrzostwach ton rywalizacji nadają drużyny z Ameryki Południowej? Europejskie ekipy, ku zdziwieniu wielu obserwatorów, pozostają w cieniu Latynosów.

- Wiele zespołów ze Starego Kontynentu gra poniżej oczekiwań, to fakt. Europa jednak na pewno nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Mieszkańcy Bałkanów słyną z wybuchowego temperamentu, więc po nieudanej fazie grupowej serbscy kibice i dziennikarze nie zostawią na swojej reprezentacji suchej nitki.

- Z całą pewnością. Gdyby o awansie do 1/8 finału decydował mecz z Niemcami i Serbom wtedy powinęłaby się noga, to wszyscy byliby w stanie to niepowodzenie im wybaczyć. Ale z Australią po prostu musieli wygrać. I tu nie ma dla nich żadnego wytłumaczenia. W Serbii zainteresowanie sportem jest ogromne. Tam nikt nie jest wobec niego obojętny, każdy jest kibicem. Będzie gorąco.

Tak jak przed startem mundialu, tak pewnie i teraz odezwą się głosy, że serbskim gwiazdom, na co dzień stanowiącym o sile czołowych klubów na Starym Kontynencie zwyczajnie nie chce się zostawiać zdrowia na boisku, kiedy przywdziewają reprezentacyjny trykot.

- Pierwszą tego oznaką było przedmundialowe spotkanie z Nową Zelandią. Nenad Milijas wspominał mi kiedyś, że Serbowie zazdrościli Polakom tego, że grając nawet w dość przeciętnych klubach, potrafimy stworzyć fajną grupę ludzi i zespół.

Trudno powiedzieć, by Grzegorz Bronowicki był już piłkarskim emerytem. Na pewno nie porzucił pan marzeń o powrocie do drużyny narodowej. Ruch Chorzów wypromował w poprzednim sezonie kilku reprezentantów...

- Gdybym o tym nie myślał, to chyba powinienem powiesić buty na kołku. Na powrót zawsze jest szansa. Wszystko w moich nogach. Muszę pokazać się selekcjonerowi Franciszkowi Smudzie z jak najlepszej strony. Nie muszę dodawać, że dam z siebie wszystko.

W pańskim głosie da się wyczuć tęsknotę za grą w koszulce z orzełkiem na piersi.

- Jak się już zasmakuje gry w drużynie narodowej, to chciałoby się grać w niej zawsze. Moja przerwa w wielkiej piłce była spora, ale już najwyższy czas, by do niej wrócić.

Sebastian Olszar ? strzela aż miło

Więcej o: