Zmarl dr Jerzy Wielkoszyński, ceniony fizjolog

W wieku 80 lat zmarł w środę rano doktor Jerzy Wielkoszyński, jeden z najbardziej cenionych fizjologów w polskim sporcie. Ostatnio współpracował z Ruchem Chorzów.

Pochodził z Łucka na Wołyniu. Na Śląsk przyjechał z rodzicami odkrytym wagonem w 1945 r. Ukończył Akademię Medyczną w Zabrzu i poznańską Akademię Wychowania Fizycznego. Współpracował z wieloma trenerami m.in. z Orestem Lenczykiem, Antonim Piechniczkiem, a także z Tomaszem Służałkiem, który zapewnia, że bez doktora nie byłoby mistrzowskich tytułów koszykarzy Zagłębia.

- Odszedł najlepszy fizjolog i trener przygotowania kondycyjnego w Polsce. To był wielki praktyk, który śledził wszystkie najnowsze światowe trendy. Jak mantrę powtarzał, że podstawą zwycięstw jest siła i szybkość. Pomagał mi i służył radą w każdym klubie w którym pracowałem. Mogliśmy rozmawiać godzinami - mówi Służałek.

Dr Wielkoszyński współpracował też z siatkarskim Płomieniem Milowice, gdy ten sięgał w 1978 r. po Puchar Europy, a także z lekkoatletycznym "wunderteamem". Stawiał na nogi wielu piłkarzy, m.in. Jakuba Błaszczykowskiego i Marka Citkę.

W środowisku mówiono na niego czasem "szaman" albo "znachor". On sam często powtarzał, że jego praca jest żmudna jak końska harówka. - Nikogo nie czaruję. Po prostu szukam odpowiedzi - mówił "Gazecie" kilka miesięcy temu, gdy opisywaliśmy jak pod jego ręką gra niebieskich nabrała szybkości i dynamiki.

Dariusz Gęsior, menedżer niebieskich, wspomina jak Wielkoszyński pomagał mu wrócić do pełnej sprawności po kolejnych kontuzjach. - Nie miał litości. Piłkarze mieli łzy w oczach, a on dalej ich naciągał. I miał rację. Nie raz pogroził mi palcem, gdy nie stosowałem się do jego wskazówek. Byłem niecierpliwy i chciałem wrócić na boisko, nawet nie do końca sprawny - mówi Gęsior.

- Żył dla sportu. Biegał, grał w tenisa, jeździł na rowerze. Ganił trenerów, gdy zauważył u nich kilka kilogramów nadwagi. Lubił poznawać nowe miejsca. Gdy odwiedził mnie w Przemyślu, to zaraz wybrał się na spacer i obfotografował wszystkie napotkane kościoły. Szkoda, że nie zostawił po sobie następcy - mówi Służałek.