Ruch przegrywa, bo nie ma Niedzielana. Taki syndrom?

Porażka z Lechem Poznań potwierdziła, że niebiescy nie mają armat, gdy muszą się zmierzyć z drużynami ze ścisłej czołówki. Ruch przegrał ze wszystkimi zespołami, które obok niego stanowią dziś o sile ligi.

"Niebiescy" przegrali z Wisłą (pierwsze miejsce), Legią (drugie), GKS-em Bełchatów (czwarte) i Lechem (piąte). Czy ta seria oznacza, że Ruch nie może się jeszcze równać z najlepszymi polskimi drużynami?

- Błędna teza. Przy takim założeniu Legia byłaby słabsza od ostatniej Odry Wodzisław, z którą przecież przegrała. Warszawianie tracili też punkty z przeciętną Cracovią, która w niedzielę również zabrała komplet punktów Wiśle Kraków. Nie da się jednak ukryć, że Ruch ma problem, ale i pecha, gdy gra z czołówką. Kiedy ostatnio Lech i Robert Lewandowski rozegrali tak dobre spotkanie? - pyta Bogdan Kalus, chorzowski aktor i wielki sympatyk klubu z Cichej.

Dwie ostatnie porażki niebieskich - z Legią i Lechem - mają wspólny mianownik: brak w składzie Andrzeja Niedzielana. Kluczowy piłkarz Ruchu dwa razy przegrał z grypą. Wiedząc, ile Niedzielan znaczy dla chorzowskiego zespołu, specjaliści tłoczyli w jego ciało specyfiki, które miały przywrócić go drużynie. Wyczerpany organizm i tak był jednak za słaby, by podjąć walkę na boisku.

- Nie chciałbym, żeby Ruch dotknął syndrom Andrzeja Niedzielana. Nie ma go na boisku, przegrywamy i od razu z łatwością wskazujemy przyczynę naszej słabości - podkreśla Albin Wira, przed laty znakomity pomocnik drużyny z Cichej, mistrz Polski w niebieskich barwach. - Byłoby bardzo źle, gdyby brak Niedzielana równał się porażkom Ruchu. Przecież nie będzie grał w Chorzowie wiecznie - dodaje Kalus.

Dariusz Smagorowicz, przewodniczący rady nadzorczej niebieskiej spółki, trafnie zauważa, że podobny "syndrom" nęka też inne polskie drużyny. - A ile znaczyłby w sobotę Lech, gdyby nie miał w składzie Lewandowskiego? - pyta.

- Niestety, Ruch to nie Bayern Monachium czy Barcelona. Tam kadry są pełne piłkarskich perełek, które tylko przebierają nogami, żeby zastąpić taką gwiazdę jak chociażby Luca Toni. I to bez żadnej straty dla jakości gry Bayernu - podkreśla Kalus.

Na Cichej taką perełką może być Patryk Stefański, który w sobotę zaliczył swój ekstraklasowy debiut. - W niedzielę obserwowałem go w spotkaniu Młodej Ekstraklasy. Jego grę ogląda się z przyjemnością - zapewnia Smagorowicz.

- Jeżeli Ruch nęka jakiś syndrom, to najlepiej, żeby działacze popracowali zimą nad jakimś drugim syndromem - kolejnym niezastąpionym, który będzie pchał zespół do zwycięstw - uśmiecha się Wira.

- Żeby to było takie proste. 20 lat temu, gdy Ruch sięgał po ostatnie mistrzostwo Polski, na Cichej mieli podobny problem - "jak zastąpić Krzysztofa Warzychę?". Wielu próbowało, nikomu się nie udało - zauważa Kalus.

Dobra informacja dla kibiców Ruchu jest taka, że z całą czwórką drużyn, które utarły nosa niebieskim, Ruch zagra w rundzie rewanżowej na Cichej - twierdzy, która w tym sezonie nie jest draśnięta nawet jednym remisem. Pierwsza próba sił już za niespełna dwa tygodnie, gdy do Chorzowa przyjedzie Wisła. - Czy to nie będzie 6 grudnia? Chorzów to miejsce, gdzie Mikołaj lubi rozdawać prezenty - żartuje Wira. - Do końca rundy zostały trzy mecze i powiem szczerze, że liczę na komplet punktów. Spotkanie z Wisłą pokaże, na co naprawdę stać ten zespół - uważa Kalus.

- Waldek Fornalik [trener Ruchu - przyp. red.] robi znakomitą robotę, ale przecież nie jest czarodziejem, który stworzy zespół jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dajmy mu popracować i dożyjemy czasów, gdy zwycięstwo będzie goniło zwycięstwo - kończy Wira.