Wielki zastrzyk finansowy dla Ruchu Chorzów!

- Nas nie interesują półśrodki, jesteśmy światowym liderem w produkcji łańcuchów. Na boisku ma być podobnie. Ruch ma sięgać jak najwyżej! - podkreśla Zdzisław Bik. Prezes grupy kapitałowej Fasing zaczął dawać pieniądze na chorzowski klub. Mówi się, że zainwestował w Ruch około miliona złotych, a do końca roku ta kwota może się powiększyć o kilka następnych milionów!

Czadoblog: Dawny sponsor GieKSy w Ruchu

Pisaliśmy w tym tygodniu w "Gazecie Wyborczej" i Sport.pl o błędnych decyzjach - działaczy, trenerów, piłkarzy - które sprawiły, że Ruch stał się drużyną poważnie zagrożoną spadkiem z ekstraklasy. Ale z Cichej płyną też i dobre wieści. Do Mariusza Klimka i Dariusza Smagorowicza - głównych udziałowców Ruchu, na których spoczywało dotąd finansowanie Ruchu - dołączył Zdzisław Bik, członek Rady Nadzorczej klubu.

Wojciech Todur: Kiedy w Pana życiu pojawił się Ruch?

Zdzisław Bik: - Od momentu, kiedy zacząłem kopać piłkę, bliżej po odejściu Krystiana Rogali. Tak naprawdę do współpracy przekonał mnie dopiero Mariusz Klimek. Urzekło mnie to, że nie traktuje piłki jak biznesu. Ja byłem niespełnionym piłkarzem Stali Mielec, on Ruchu - to też nas połączyło. Podoba mi się filozofia Mariusza Klimka. Nie został właścicielem Ruchu dlatego, że liczył na zarobek. Gdyby pan wiedział jakie pieniądze on władował w ten klub! Zaimponowało mi to, że nie kalkuluje. Wychodzę z podobnego założenia. Jeżeli stać cię na taką przyjemność jak sponsoring Ruchu - zrób to!

Ruch jest jedynym i pierwszym polskim klubem piłkarskim notowanym na giełdzie papierów wartościowych. Po debiucie zdania były podzielone - jedni uważali, że giełda zaszkodzi Ruchowi, inni, że da mu nowe możliwości. A jak jest według Pana?

- To była bardzo mądra i dobra decyzja. Przez lata wielu biznesmenów, właścicieli firm zniechęciło się do sponsorowania piłki nożnej. Afera korupcyjna, podejrzane transakcje - to odstraszało. Ruch postawił na nową jakość - działa przy otwartej kurtynie. Przedsiębiorcy, których firmy także są notowane na giełdzie, szybko to zauważyli i docenili. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Jestem przekonany, że dzięki debiutowi na giełdzie, Ruchowi udało się nawiązać współpracę z tak zacną firmą jak Sandvik - największym na świecie producentem maszyn.

Mówi Pan o nowej jakości. Szkoda tylko, że nie widać jej na boisku?

- Wizerunek klubu, praca działaczy zawsze są oceniane przez pryzmat wyników, a te niestety są słabe. Nie znajduję prostych odpowiedzi, by zdiagnozować dlaczego tak się dzieje. Myślę jednak, że polski futbol trawi minimalizm. Przecież w czasach, gdy polska piłka odnosiła największe sukcesy, pieniądze jakie można było podnieść z boiska na pewno nie były tak duże jak teraz. Dzisiaj poczynania piłkarzy zbyt często determinuje materializm. A jeżeli pieniądz będzie na pierwszym miejscu to nigdy nic z tego nie będzie! Futbol musi być jak biznes. Najpierw produkt, potem zarobek. Na boisku zbyt często jest odwrotnie.

Obawia się Pan czy Ruch utrzyma się w lidze?

- Nawet nie dopuszczam myśli o spadku! Po meczu z Polonią Warszawa mój optymizm uleciał, ale po spotkaniu z Jagiellonią wrócił. Pechowa to była porażka. Byliśmy lepszą drużyną i zasłużyliśmy przynajmniej na remis. Szkoda, że po raz kolejny zawiódł atak. Ten problem gnębi Ruch już od kilku sezonów. Liczyłem, że ten problem rozwiąże Marcin Zając... Wygląda na to, że sobotnie spotkanie z GKS Bełchatów urasta do miana meczu rundy! Wszystko w nogach piłkarzy. Liczę, że adrenalina, która krąży w ich organizmach, osiągnie maksymalny poziom. Będą skoncentrowani od pierwszej minuty, wyeliminują momenty słabości i wygrają. Przewaga nad drużynami zagrożonymi spadkiem jest już bardzo mała.

W klubie co raz głośniej mówi się o emisji nowego pakietu akcji. Wśród potencjalnych nabywców wymienia się właśnie Pana.

- Takie decyzje jeszcze nie zapadły. Nie potrafię też przesądzić, czy akcje kupię prywatnie, czy w imieniu firmy. Akcjonariusze Fasingu oczekują od zarządu, że firma zaistnieje medialnie. Moim zdaniem sponsoring Ruchu jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Nas nie interesują półśrodki. Jesteśmy światowym liderem w produkcji łańcuchów. A przyzna pan, że mało jest w Polsce takich firm, które mogą powiedzieć o sobie, że są najlepsze na świecie. Na piłkarskim boisku ma być podobnie. Ruch ma sięgać jak najwyżej!

Ma Pan w gabinecie piłkę z dedykacją Grzegorza Lato. - "Dla piłkarza Stali Mielec. O włos". Dlaczego o "włos"? Nie chciał Pan grać w słynnej Stali?

- Rodzice się nie zgodzili. Jako nastolatek grałem w małym klubie LKS Sokół Malinie. To była liga okręgowa, ale dzięki rozgrywkom o Puchar Polski dostaliśmy szansę rywalizacji ze Stalą - to była co prawda rezerwa drużyny z Mielca, ale zawsze. Pokazałem się chyba z dobrej strony, bo po meczu trener Zenon Książek zaprosił mnie na trening. Wiedziałem, że rodzicom - dla których najważniejsza była nauka - na pewno się to nie spodoba. Nie dałem jednak za wygraną i w tajemnicy przed najbliższymi przez trzy miesiące jeździłem na treningi do Mielca. Mój sekret wydał się przed pierwszym wyjazdem. To był bodaj mecz w Gdańsku. Trener zapowiedział, że opuścimy Mielec na trzy dni. Co było robić? Opowiedziałem rodzicom o swoim drugim życiu. Prośby, domowa wizyta trenera - nic nie pomogło. Musiałem postawić na naukę.

Wygląda jednak na to, że z piłki nigdy Pan nie zrezygnował?

- O tak, to zboczenie mi zostało (śmiech). Po skończeniu Akademii Ekonomicznej w Katowicach osiadłem na Śląsku. Sport cały czas mi towarzyszył. Sponsorowałem młodzieżowe drużyny piłki nożnej, lekkoatletów, hokeistów. Myślałem, że może niespełnione ambicje ojca zaspokoi syn, ale on postawił mocno na motoryzację.

Hit Ekstraklasy Legia kontra Lech, czyli bitwa pomocników - czytaj tutaj ?