Polak strzela tak, że aż żal bramkarzy. Tylko Lewandowski skuteczniejszy

Michał Trela
Mateusz Żukowski, hat-trick w meczu Greuther Fuerth - Magdeburg
Screen: youtube.com/watch?v=XX6yQpGeYeo

Jeszcze latem grał w polskiej I lidze. Teraz trafia do siatki co 87 minut, a "Bild" pyta jego trenera, czy prowadził kiedyś kogoś tak dobrego. Mateusz Żukowski w trzy miesiące w Niemczech strzelił więcej goli niż przez osiem lat w Polsce.

Najpierw prawą nogą z pola karnego. Później prawą zza szesnastki. Wreszcie lewą. 18 minut zajęło Mateuszowi Żukowskiemu skompletowanie pierwszego hat-tricka w karierze. Wygrana 5:4 w szalonym arcyważnym wyjazdowym meczu z ostatnim w tabeli Greutherem Fuerth pozwoliła jego Magdeburgowi wyskoczyć ponad strefę spadkową. Polak jest polisą na życie zespołu, który do połowy listopada wyglądał na pewnego spadkowicza z 2. Bundesligi. Wtedy jednak 24-latek wyleczył złamanie kości śródstopia, zadebiutował i zaczął robić furorę. A jego drużyna stała się konkurencyjna. Jak to możliwe, że piłkarz, który chwilę wcześniej spadł z Ekstraklasy, tak szybko wyrósł na gwiazdę drugiego poziomu w Niemczech?

Zobacz wideo Kosecki nie gryzie się w język: Może ktoś Mioduskiemu pisze te wypowiedzi

Trzeba oddzielić otoczkę, jaka towarzyszy zapleczu Bundesligi, od jego realnej sportowej wartości. Grając w 2. Bundeslidze, niewątpliwie można poczuć się jak prawdziwy piłkarz. Tydzień w tydzień rywalizuje się na wielkich, wypełnionych stadionach przeciwko rozpoznawalnym europejskim markom. Na drugim szczeblu grają obecnie tak wielkie firmy, jak Schalke 04, Hertha Berlin, FC Kaiserslautern, czy FC Nuernberg. Sam FC Magdeburg Polaka to zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z 1974 roku, co było jedynym europejskim trofeum wygranym przez klub z NRD. Średnia frekwencja na meczach drugoligowych w Niemczech wynosi przeszło 28,5 tysiąca widzów, co przewyższa liczbę widzów w najwyższej lidze francuskiej. Na mecze Magdeburga przychodzi co kolejkę po 25 tysięcy kibiców. To duży klub, poważna liga, penetrowana regularnie przez kluby z Bundesligi, co dla wielu piłkarzy jest główną zachętą, by podpisać tam kontrakt.

Gol co 87 minut

Pod tym względem można by sądzić, że wyjechać z Ekstraklasy do 2. Bundesligi znaczy zaliczyć sportowy awans. W przeszłości pewnie tak było. Dziś niekoniecznie. Według Opta Power Ranking poziom Ekstraklasy prezentuje tylko kilka czołowych, walczących o awans zespołów. Szacowana siła Magdeburga Żukowskiego jest tylko nieznacznie większa od pierwszoligowego Śląska Wrocław, z którego latem wyjechał. O tym, że to ligi o zbliżonych poziomach, świadczą też kariery wielu piłkarzy z ostatnich lat. Marcin Kamiński, mający uznaną markę na drugim poziomie w Niemczech, świetnie odnalazł się w Wiśle Płock. W drugą stronę wyjechali Virgil Ghita oraz Benjamin Kallman z Cracovii, którzy płynnie weszli do Hannoveru 96, a Fin jest nawet liderem strzelców ligi. Zdarzały się oczywiście przypadki, że ktoś nie błyszczał w 2. Bundeslidze, a został gwiazdą w Polsce (Afimico Pululu z Jagiellonii), albo błyszczał w 2. Bundeslidze, ale nie poradził sobie w Polsce (Sonny Kittel w Rakowie Częstochowa). Zasadniczo jednak można stwierdzić, że Ekstraklasa stoi na zbliżonym, a nawet trochę wyższym poziomie niż 2. Bundesliga.

Nawet jednak mając to na uwadze, nie sposób nie doceniać strzeleckich wyczynów Żukowskiego. 24-latek ma w tym sezonie na koncie dziewięć meczów w 2. Bundeslidze i strzelił w nich dziewięć goli, dorzucając jeszcze asystę. To więcej niż w dotychczasowych 132 występach w seniorskiej karierze. Średnio trafia w tym sezonie do siatki co 87 minut. To najlepszy wynik spośród wszystkich piłkarzy, którzy rozegrali ponad 200 minut w tym sezonie 2. Bundesligi. Taka częstotliwość zdobywania bramek byłaby doskonałym wynikiem dla każdego snajpera na świecie. A zwłaszcza dla kogoś, kto do niedawna… nie był nawet napastnikiem.

Ośmieszony przez Grosickiego

Wychowanek Pogoni Lębork wchodził do seniorskiej piłki jako nastolatek w barwach Lechii Gdańsk. Jego pierwszy trener wspominał kiedyś w rozmowie z Weszło, że na turniejach młodzieżowych grał jako boczny obrońca, co nie przeszkadzało mu zostawać ich królem strzelców. To wspomnienie dobrze oddaje wędrówkę, jaką przeszedł Żukowski, odkąd osiem lat temu zadebiutował w Ekstraklasie. Uchodził początkowo za skrzydłowego, ale na tej pozycji nie przynosił drużynie wymiernych korzyści. W Lechii, wówczas czołowej drużynie Ekstraklasy, nie mógł sobie wywalczyć miejsca w składzie. Nie wyszło mu też wypożyczenie do pierwszoligowej Chojniczanki. Szansę dostał, dopiero gdy do ligi francuskiej wyjechał Karol Fila, prawy obrońca, a Żukowskiego wykreowano w Gdańsku na jego ofensywnie myślącego następcę. W grze do przodu potrafił spisywać się znakomicie, ale miał wielkie braki w bronieniu. Najbardziej bezlitośnie wyeksponował je Kamil Grosicki, którego 20-letni Żukowski miał powstrzymywać w meczu z Pogonią. Jego drużyna przegrała 1:5, a doświadczony reprezentant Polski zanotował trzy asysty, momentami ośmieszając młodszego o pokolenie rywala.

Nie przeszkodziło to jednak młodzieżowcowi błyskawicznie się wypromować. Wystarczyła jedna runda w Ekstraklasie, by zgłosili się po niego Rangersi. Szkocki potentat, prowadzony przez Giovanniego Van Bronckhorsta, byłego reprezentanta Holandii i zawodnika m.in. Barcelony, zakochał się w możliwościach fizycznych młodego Polaka. Żukowski od najmłodszych lat uchodził za biegowy fenomen. Zawodnika jednocześnie szybkiego, silnego i wytrzymałego. Pod względem bazowych parametrów przypominał więc Łukasza Piszczka. W opartym na intensywności futbolu taki profil jest poszukiwany przez wszystkich na świecie. Spełnianie takich wymagań do pewnego stopnia rekompensuje niedostatki techniczne.

Bezskuteczne czary Magiery

Jak się okazało, przepaść piłkarska była jednak zbyt duża. Gdyby w futbolu chodziło tylko o bieganie, Żukowski pewnie zrobiłby wielką karierę. W Szkocji nie pozwolono mu jednak nawet zadebiutować w najwyższej lidze. Jedyny oficjalny mecz w koszulce Rangersów rozegrał przeciwko amatorom z IV ligi. I tak wyszedł jednak na tym epizodzie dobrze, bo zgłosił się po niego Lech Poznań, będący świeżo po zdobyciu mistrzostwa Polski. Pół roku w Szkocji pozwoliło więc Polakowi zaliczyć sportowy awans w obrębie Ekstraklasy. Tyle że na ten poziom też okazał się za słaby. Z kretesem przegrał rywalizację z Joelem Pereirą, czołowym prawym obrońcą ligi. Regularnie występował jedynie w rezerwach na trzecim poziomie rozgrywkowym. "Kolejorz" oddał go więc bez żalu do Śląska Wrocław, gdzie do Żukowskiego próbował dotrzeć Jacek Magiera, trener słynący z dobrej ręki do młodych piłkarzy i z psychologicznego podejścia pozwalającego uwolnić drzemiące w nich możliwości.

Żukowski okazał się jednak za trudnym przypadkiem również dla niego. Mimo że wylądował w nadspodziewanie dobrze grającej drużynie, która sensacyjnie biła się do ostatniej kolejki o mistrzostwo Polski, nie potrafił odpłacić pokładanych w nim nadziei. Magiera zabierał go na przechadzki po parku, podczas których rozmawiali o życiu. Podtykał mu motywacyjne książki. Zmienił mu pozycję, ponownie wystawiając na skrzydle, co miało mu pozwolić lepiej wykorzystać atuty ofensywne, a ukryć niedostatki w bronieniu, wciąż aż nadto widoczne. Nic z tego. Choć w tamtym okresie Magiera ożywiał niemal każdego piłkarza, od bramkarza Rafała Leszczyńskiego, po napastnika Erika Exposito, który został królem strzelców, skrzydłowy przez cały wicemistrzowski sezon przyniósł mu raptem jednego nieznaczącego gola. Najgłośniej było o nim za sprawą partnerki zjadającej kamień z czajnika w ramach głupiego internetowego wyzwania. Sam zasłynął przede wszystkim seryjnym marnowaniem znakomitych okazji.

Transfer mimo kontuzji

W drugim roku pobytu we Wrocławiu, gdy Śląsk całkowicie się posypał i zmierzał prostą drogą do I ligi, Żukowskiego próbowano już wykorzystać wszędzie. Zaczynał sezon na prawej obronie, choć Magiera wcześniej zarzekał się, że w tej roli go nie widzi, by przejść potem z powrotem na skrzydło. Michał Hetel, tymczasowy trener Śląska, przesunął go na środek ataku, co wówczas wyglądało na akt desperacji, a dziś wydaje się dowodem wizjonerstwa. Żukowski nie odpłacił się jednak skutecznością. I choć indywidualnie zaliczył najlepszy sezon w karierze – nigdy wcześniej nie grał nigdzie tak regularnie – oraz zanotował przyzwoite statystyki (dwa gole i pięć asyst), nie uchroniło to wicemistrza przed sensacyjnym spadkiem.

Żukowskiemu wystarczyło to jednak, by się wypromować. Dla działaczy Magdeburga był celem transferowym numer jeden już w lipcu, czyli na początku okna transferowego. Gdy zaczął sezon pierwszoligowy we Wrocławiu i w pierwszej kolejce złamał kość śródstopia, wydawało się, że z kolejnego zagranicznego wyjazdu nic nie wyjdzie. Niespodziewanie jednak niemiecki drugoligowiec wrócił do tematu w ostatnim dniu okna transferowego i kontuzjowanego piłkarza kupił za 250 tysięcy euro. Wrocławianie i tak nie mieli z niego pożytku, więc wydawało się, że robią dobry interes. Z kolei w Niemczech podkreślano, że Magdeburg ryzykuje, płacąc za piłkarza, który najwcześniej miał być gotowy do gry w połowie października. Ostatecznie zadebiutował dopiero miesiąc później. Trenera, który go ściągał, już wówczas w klubie nie było, bo Magdeburg zaczął sezon od ledwie dwóch wygranych w dwunastu meczach.

Aż żal bramkarzy

Polak został asem z rękawa nowego szkoleniowca. 65-letni Petrik Sander w przeszłości zasłynął sensacyjnym wprowadzeniem Energie Chociebuż do Bundesligi, ale w ostatnich latach wypadł już z obiegu seniorskiej piłki. Zajął się prowadzeniem juniorów oraz rezerw Magdeburga. Drużynę powierzono mu tymczasowo w duecie z 36-letnim Pascalem Iboldem. Ich głównym zmartwieniem było zastąpienie sprzedanego już w trakcie rozgrywek Martijna Kaarsa, Holendra, który po strzeleniu w poprzednim sezonie 19 goli, wypromował się do bundesligowego FC St. Pauli. Wyrwa w ataku sprawiła, że to właśnie w tym miejscu najbardziej potrzebny był Żukowski. Polak dostał szansę w Duesseldorfie, gdzie jeszcze nie strzelił gola, ale zaprezentował się na tyle dobrze, że utrzymał miejsce w składzie. A tydzień później przywitał się z 2. Bundesligą dubletem przeciwko Norymberdze. Od tego czasu nie może przestać strzelać. Wszyscy wokół go chwalą, a Sandera dziennikarze "Bilda" pytają, czy jest najlepszym piłkarzem, jakiego kiedykolwiek prowadził.

- Jest bardzo aktywnym napastnikiem, z dobrą szybkością. Jego strzał jest potężny, aż czasem mi żal bramkarzy na treningach. Po długiej kontuzji chcieliśmy wprowadzać go ostrożnie. Cieszymy się, że jest z nami i wiele sobie po nim obiecujemy – zachwalał nowy nabytek, gdy wreszcie mógł z niego korzystać. Dobre wrażenie wywarł też na kolegach z drużyny. - Jest silny, co sprawia, że dla rywali gra przeciwko niemu jest nieprzyjemna. Widać, jak bardzo może być wartościowy – podkreślał w "Bildzie" kapitan Dominik Reimann.

Najgorętsza akcja Magdeburga

Dobre pierwsze wrażenie szybko przeszło w konkrety. Odkąd Żukowski wskoczył do składu, Magdeburg wygrał pięć z dziewięciu spotkań. Trzy z jego trafień decydowały o zwycięstwach. Już odpowiada za jedną trzecią dorobku bramkowego drużyny. Świetną formę Polak udowodnił też w styczniowym sparingu z Winterthur, gdy również trafił do siatki. Podczas gdy w kraju notorycznie strzelał mniej goli, niż wskazywałaby na to jakość sytuacji, do których dochodził, teraz jest znacznie skuteczniejszy. Nie robi mu przy tym różnicy, czy wykańcza akcje prawą, czy lewą nogą, co potwierdził w ostatni piątek w Fuerth.

- Jest dla nas nieprawdopodobnie ważny, bo wnosi ciąg na bramkę i dynamikę, których kompletnie nam brakowało. Tym meczem udowodnił jego znaczenie dla nas – zachwalał Żukowskiego trener Sander. "Bild" określa go jako "najgorętszą akcję Magdeburga". Biorąc pod uwagę wciąż relatywnie młody wiek Polaka i poszukiwane przez mocne kluby parametry fizyczne, można się spodziewać, że faktycznie będzie przyciągał zainteresowanie lepszych zespołów. Younesowi Ebnoutalibowi z Elversbergu wystarczyła jedna runda z dwunastoma bramkami w 2. Bundeslidze, by w styczniu za osiem milionów kupił go Eintracht Frankfurt. Rynek transferowy między najsilniejszymi ligami w Niemczech jest bardzo drożny.

Trudna liga dla ofensywnych Polaków

Historia najnowsza zna już przypadek, gdy gracz, który nie robił furory w Śląsku Wrocław, po cichu wyjeżdża do 2. Bundesligi, a potem spisuje się na tym poziomie znakomicie. Tak dekadę temu rozpędzała się kariera Rafała Gikiewicza w Eintrachcie Brunszwik. Żukowski dopiero od niedawna jest na fali i musi jeszcze udowodnić, że potrafi się na niej utrzymać dłużej. Zwraca jednak uwagę, że w 2. Bundeslidze w ostatnich latach nie radziło sobie wielu ofensywnych polskich piłkarzy. Próbowali się tam przebić m.in. Artur Sobiech, Jakub Kosecki, Sławomir Peszko, czy Mateusz Klich. Żaden z nich nie błyszczał jednak na tym poziomie. Solidną markę wyrobił sobie w St. Pauli Waldemar Sobota. On jednak wyjeżdżał ze Śląska Wrocław jako absolutna gwiazda ligi, reprezentant kraju, a i tak w Niemczech nigdy nie wystrzelił tak mocno, jak teraz Żukowski. Zresztą w XXI wieku więcej goli od Żukowskiego strzeliło na tym poziomie tylko czterech Polaków – Paweł Kryszałowicz, Jacek Krzynówek, Artur Wichniarek i Dawid Kownacki. Każdy, bez wyjątku, przynajmniej ocierał się o reprezentację Polski. Żukowskiego nigdy nie wymieniano w jej kontekście nawet w najbardziej fantazyjnych spekulacjach. To przykład zawodnika, który wystrzelił za granicą kompletnie niespodziewanie.

Warto jednak przy tym zwrócić uwagę na krajobraz całego polskiego futbolu, na którym wyczyny Żukowskiego są wyjątkowe. Minęły już czasy, gdy za każdym rogiem czaił się polski napastnik strzelający za granicą. I to nie tylko Sami Wiecie Kto. Informacje o polskich golach napływały w każdy weekend od Arkadiusza Milika, Krzysztofa Piątka, Dawida Kownackiego, okresowo także od Łukasza Teodorczyka, Adama Buksy, Karola Świderskiego, albo Jarosława Niezgody. W przeszłości, oprócz głównych reprezentacyjnych napastników, zwykle mieliśmy też postaci pokroju Łukasza Sosina, strzelającego regularnie na Cyprze, choć notorycznie pomijanego przy powołaniach. Teraz panuje pod tym względem kompletna posucha. W 25 najsilniejszych zagranicznych ligach świata według rankingu Opty jest tylko jeden Polak, który w tym sezonie strzelił więcej goli od Mateusza Żukowskiego. Wyprzedza go o jedno trafienie, gra w Barcelonie i nazywa się Robert Lewandowski.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...