Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Łukasz Zwoliński dla Sport.pl: Wysłannicy Milanu i Borussii byli na jednym meczu. Gdzie wolałbym grać? Pomidor

W ubiegłym sezonie strzelił 5 goli w 32 meczach (we wszystkich rozgrywkach). Teraz ma już 6 bramek w zaledwie 8 spotkaniach. W Chorwacji jest coraz bardziej znany, porównują go do Lewandowskiego i Mandzukicia, a jego grę obserwują wysłannicy Milanu i Borussii Dortmund. - Czasami najzwyklejsza zmiana powietrza, zmiana otoczenia może zrobić wielką różnicę. Stwierdziłem, że taki ruch może mi wyjść na dobre, a teraz widać, że to był strzał w dziesiątkę - mówi w rozmowie ze Sport.pl Łukasz Zwoliński, napastnik HNK Gorica, który prowadzi w klasyfikacji najlepszych strzelców ligi chorwackiej.

Bartosz Rzemiński: Jak ci się żyje w Chorwacji? Transfer tam był chyba strzałem w dziesiątkę?

Łukasz Zwoliński: Dokładnie. Najlepszą odpowiedzią są moje statystyki, pokazują, jaka to była decyzja. Bardzo dobrze się tutaj czuję, wszyscy są tu niesamowicie otwarci, mili i pomocni. To też pomogło i pozytywnie wpłynęło na to, jak odnalazłem się w tych pierwszych dniach, tygodniach po przeprowadzce.

 

Mierzysz się już z tym, z czym większość polskich napastników grających za granicą, czyli z porównaniami do Roberta Lewandowskiego?

- Odkąd tylko zacząłem tu strzelać gole, w mediach od razu pojawiły się porównania do Lewandowskiego. Przynajmniej tak mówili mi koledzy i ludzie pracujący w klubie, bo chorwackich gazet jeszcze nie rozumiem (śmiech). Ale pojawiały się teksty w stylu „nowy Lewandowski”. Jest to bardzo miłe, bo przecież porównują mnie do jednego z najlepszych napastników na świecie. To kolejny bodziec do pracy i do tego, by się nie zatrzymywać.

A jakieś inne porównania są? Widziałem, że niektóre chorwackie media zestawiają cię z Mario Mandzukiciem, rzeczywiście jesteście podobni?

- A z tym, to akurat wyszło dosyć zabawnie. W trakcie jednego z wywiadów, jeden z chorwackich dziennikarzy trochę mnie przechytrzył, prosząc o porównanie się do innego napastnika, niż Lewandowskiego. Do kogoś, kto robi na mnie wrażenie. Był to akurat czas mistrzostw świata i tak się złożyło, że oglądałem wszystkie mecze reprezentacji Chorwacji, wskazałem więc na Mandzukicia, który wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Nie chcę się do niego porównywać, ale chodzi mi o to, że mam kilka podobnych cech: zawsze zostawiam na boisku zdrowie i serce, walczę od pierwszej do ostatniej minuty, dlatego wskazałem właśnie na niego. Ogólnie wyszło bardzo dobrze, bo wywołało to pozytywny odbiór u chorwackich kibiców. Później chorwacka prasa podłapała jeszcze, że Zwoliński woli Mandzukicia od Lewandowskiego.

 

W zeszłym sezonie 5 goli w 32 meczach, w tym sezonie 6 goli w 8 meczach. Imponujący progres, skąd ten wystrzał formy?

- Trudno określić. Jednym z głównych czynników jest na pewno to, że wreszcie zacząłem grać od pierwszych do ostatnich minut, grać w każdym meczu. Nie pamiętam, kiedy tak było w Pogoni. Regularność potrafi naprawdę zdziałać wiele.

Do tego dochodzi też zaufanie trenera [Sergeja Jakirovicia – red.], który od samego początku okresu przygotowawczego i od początku sezonu we mnie wierzył, wspierał mnie. Dużo też ze mną rozmawiał, a to naprawdę bardzo ważne dla każdego zawodnika.

Swoje dołożyli też koledzy z boiska, bo przecież gdyby nie oni, tobym nie zdobył tych sześciu bramek, a gdybym ich nie zdobył, to nie byłoby tej pewności siebie w kolejnych meczach, nie byłoby wzrostu formy. W Goricy fajne jest to, że to klub bez gwiazd, niepolegający na indywidualnościach, a na zespole. Tworzymy małą rodzinę, jeden za drugiego zawsze walczy na boisku, stąd dobra gra i dobre wyniki. Jesteśmy zaskoczeniem rozgrywek.  

 

Piłkarze, którzy zmieniają kluby, zazwyczaj muszą mierzyć się z presją, z całym procesem aklimatyzacji i przystosowania się do nowych warunków. Wydaje się jednak, że u ciebie jest zupełnie inaczej, ty się właśnie presji pozbyłeś, dzięki temu, że zmieniłeś klub. Jak to rzeczywiście z tym jest?

- Z jakiegoś powodu przypięto mi łatkę zawodnika słabego psychicznie. Mówiono, że „Zwoliński nie radzi sobie z presją”, ale ja uważam, że jednak jest trochę inaczej, a moja gra i bramki zdobywane dla nowej drużyny są chyba tego najlepszym potwierdzeniem. Nie było żadnego gadania o aklimatyzacji czy presji. Po prostu wyszedłem na boisko i zacząłem robić swoje.        

Skąd w ogóle pomysł na transfer do Chorwacji? Klub sam się po ciebie zgłosił, czy to raczej twój menadżer cię tam zaoferował?

- Zaczęło się od tego, że dyrektor sportowy i trener Pogoni Szczecin, zaprosili mnie na rozmowę. Od Macieja Stolarczyka i Kosty Runjaicia usłyszałem podziękowania za mój wkład włożony w walkę o utrzymanie Pogoni w Ekstraklasie. Usłyszałem też jednak od trenera to, że latem postara się on o sprowadzenie nowych napastników, a ja nie będę jego pierwszym wyborem. Nikt nie wyganiał mnie z klubu, zachowano się fair, bo wiedziałem na czym stoję i od razu wiedziałem, co mnie czeka.

Czasami najzwyklejsza zmiana powietrza, zmiana otoczenia może zrobić wielką różnicę. Porozmawiałem z menadżerem, a on znalazł dla mnie klub. Stwierdziłem, że taki ruch może mi wyjść na dobre, a teraz widać, że to był strzał w dziesiątkę.

Gorica była jedyną opcją, czy były też inne możliwości?

- Były inne oferty, ale propozycja z Chorwacji najbardziej mi się spodobała. Liga chorwacka jest bardzo mocną ligą, obserwuje ją mnóstwo skautów z dużych europejskich klubów. Stwierdziłem „dlaczego nie, nie ma co się zastanawiać”.

 

To nawiązując do tych skautów - wolałbyś grać w Milanie czy Borussii Dortmund?

- Pomidor (śmiech).

Pytam, bo w zagranicznych mediach pojawiły się informacje o tym, że te kluby cię obserwują.

- Nie zaprzeczam, ale nie chcę też się tym zachwycać. Fakty są takie, że skauci z tych klubów byli na jednym meczu, jednak z tego co słyszałem jeszcze przed sezonem, wysłannicy topowych klubów są niemal na każdym spotkaniu, więc równie dobrze mogli przyjechać po to, by oglądać nie tylko mnie.

Może to zabrzmi banalnie, ale ja obecnie jestem zadowolony z gry w Goricy, jest mi tu dobrze, a o przyszłości jeszcze będzie czas rozmawiać. Poza tym okno transferowe jest już zamknięte, a ja skupiam się na jak najlepszej grze.

Idąc dalej w takie odważne tematy. Myślisz, że reprezentacja Polski w tym roku, to realny temat dla ciebie? Będą mecze październikowe, będą listopadowe, czyli okazji dużo.

- O tym staram się na razie w ogóle nie myśleć, bo jak człowiek ma za dużo na głowie, to rzadko wychodzi z tego coś dobrego. Uważam, że prędzej czy później mogę się znaleźć w notesiku Jerzego Brzęczka. Wszystko zależy od dobrej gry. Za nami dopiero osiem kolejek ligowych.

„Są ludzie, którzy grają na fortepianie, a są tacy, którzy fortepian noszą. Ja jestem z tych pierwszych”. Natknąłem się na twój cytat na jednym z chorwackich portali. Co przez to rozumiałeś?

- Nie tak do końca tak powiedziałem.

A jak? Chorwacki tłumacz musiał mnie „oszukać”.

-- Albo chorwacki portal źle napisać (śmiech). Powiedziałem odwrotnie, że ja należę do tych drugich. Ci, którzy na boisku „noszą fortepian”, to piłkarze walczący, którzy biegają, którzy harują na boisku i zostawiają na nim zdrowie. Ja jestem właśnie w tej grupie, bo takim piłkarza jestem. Od „grania na fortepianie” są inni, ja jestem od bycia w polu karnym, wykańczania akcji i strzelania goli.

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do Goricy. Jakie są wasze cele, jako zespołu, na ten sezon. Teraz zajmujecie piąte miejsce, na koniec sezonu takie coś by was zadowoliło, czy jednak celujecie wyżej?

- Przy okazji tego pytania można wskazać jedną z najfajniejszych różnic pomiędzy ligą chorwacką i polską Ekstraklasą. Kiedy w Polsce drużyna, która teoretycznie miała walczyć tylko o utrzymanie, zaczęłaby grać bardzo dobrze i zajmowałaby wysokie miejsce w tabeli, od razu pojawiłby się zdania typu: „może będziemy grać o puchary, może o coś więcej”.

Tutaj nie ma czegoś takiego, każdy do wszystkiego podchodzi na luzie. Jeszcze przed początkiem sezonu mieliśmy spotkanie z naszym prezesem. Nie stawiał on jednak żadnych oczekiwań. Powiedział tylko: „Słuchajcie, wielkim sukcesem dla naszego klubu jest już to, że jesteście w pierwszej lidze. Cieszcie się z tego, cieszcie się z gry w piłkę, bo to nie trwa wiecznie. Spełniajcie swoje marzenia”

A jakie są indywidualne cele Łukasza Zwolińskiego na nadchodzące miesiące?

- Być zdrowym, uśmiechniętym i mieć dużo powodów do radości.