Łukasz Zwoliński: Dokładnie. Najlepszą odpowiedzią są moje statystyki, pokazują, jaka to była decyzja. Bardzo dobrze się tutaj czuję, wszyscy są tu niesamowicie otwarci, mili i pomocni. To też pomogło i pozytywnie wpłynęło na to, jak odnalazłem się w tych pierwszych dniach, tygodniach po przeprowadzce.
- Odkąd tylko zacząłem tu strzelać gole, w mediach od razu pojawiły się porównania do Lewandowskiego. Przynajmniej tak mówili mi koledzy i ludzie pracujący w klubie, bo chorwackich gazet jeszcze nie rozumiem (śmiech). Ale pojawiały się teksty w stylu „nowy Lewandowski”. Jest to bardzo miłe, bo przecież porównują mnie do jednego z najlepszych napastników na świecie. To kolejny bodziec do pracy i do tego, by się nie zatrzymywać.
- A z tym, to akurat wyszło dosyć zabawnie. W trakcie jednego z wywiadów, jeden z chorwackich dziennikarzy trochę mnie przechytrzył, prosząc o porównanie się do innego napastnika, niż Lewandowskiego. Do kogoś, kto robi na mnie wrażenie. Był to akurat czas mistrzostw świata i tak się złożyło, że oglądałem wszystkie mecze reprezentacji Chorwacji, wskazałem więc na Mandzukicia, który wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
Nie chcę się do niego porównywać, ale chodzi mi o to, że mam kilka podobnych cech: zawsze zostawiam na boisku zdrowie i serce, walczę od pierwszej do ostatniej minuty, dlatego wskazałem właśnie na niego. Ogólnie wyszło bardzo dobrze, bo wywołało to pozytywny odbiór u chorwackich kibiców. Później chorwacka prasa podłapała jeszcze, że Zwoliński woli Mandzukicia od Lewandowskiego.
- Trudno określić. Jednym z głównych czynników jest na pewno to, że wreszcie zacząłem grać od pierwszych do ostatnich minut, grać w każdym meczu. Nie pamiętam, kiedy tak było w Pogoni. Regularność potrafi naprawdę zdziałać wiele.
Do tego dochodzi też zaufanie trenera [Sergeja Jakirovicia – red.], który od samego początku okresu przygotowawczego i od początku sezonu we mnie wierzył, wspierał mnie. Dużo też ze mną rozmawiał, a to naprawdę bardzo ważne dla każdego zawodnika.
Swoje dołożyli też koledzy z boiska, bo przecież gdyby nie oni, tobym nie zdobył tych sześciu bramek, a gdybym ich nie zdobył, to nie byłoby tej pewności siebie w kolejnych meczach, nie byłoby wzrostu formy. W Goricy fajne jest to, że to klub bez gwiazd, niepolegający na indywidualnościach, a na zespole. Tworzymy małą rodzinę, jeden za drugiego zawsze walczy na boisku, stąd dobra gra i dobre wyniki. Jesteśmy zaskoczeniem rozgrywek.
- Z jakiegoś powodu przypięto mi łatkę zawodnika słabego psychicznie. Mówiono, że „Zwoliński nie radzi sobie z presją”, ale ja uważam, że jednak jest trochę inaczej, a moja gra i bramki zdobywane dla nowej drużyny są chyba tego najlepszym potwierdzeniem. Nie było żadnego gadania o aklimatyzacji czy presji. Po prostu wyszedłem na boisko i zacząłem robić swoje.
- Zaczęło się od tego, że dyrektor sportowy i trener Pogoni Szczecin, zaprosili mnie na rozmowę. Od Macieja Stolarczyka i Kosty Runjaicia usłyszałem podziękowania za mój wkład włożony w walkę o utrzymanie Pogoni w Ekstraklasie. Usłyszałem też jednak od trenera to, że latem postara się on o sprowadzenie nowych napastników, a ja nie będę jego pierwszym wyborem. Nikt nie wyganiał mnie z klubu, zachowano się fair, bo wiedziałem na czym stoję i od razu wiedziałem, co mnie czeka.
Czasami najzwyklejsza zmiana powietrza, zmiana otoczenia może zrobić wielką różnicę. Porozmawiałem z menadżerem, a on znalazł dla mnie klub. Stwierdziłem, że taki ruch może mi wyjść na dobre, a teraz widać, że to był strzał w dziesiątkę.
- Były inne oferty, ale propozycja z Chorwacji najbardziej mi się spodobała. Liga chorwacka jest bardzo mocną ligą, obserwuje ją mnóstwo skautów z dużych europejskich klubów. Stwierdziłem „dlaczego nie, nie ma co się zastanawiać”.
- Pomidor (śmiech).
- Nie zaprzeczam, ale nie chcę też się tym zachwycać. Fakty są takie, że skauci z tych klubów byli na jednym meczu, jednak z tego co słyszałem jeszcze przed sezonem, wysłannicy topowych klubów są niemal na każdym spotkaniu, więc równie dobrze mogli przyjechać po to, by oglądać nie tylko mnie.
Może to zabrzmi banalnie, ale ja obecnie jestem zadowolony z gry w Goricy, jest mi tu dobrze, a o przyszłości jeszcze będzie czas rozmawiać. Poza tym okno transferowe jest już zamknięte, a ja skupiam się na jak najlepszej grze.
- O tym staram się na razie w ogóle nie myśleć, bo jak człowiek ma za dużo na głowie, to rzadko wychodzi z tego coś dobrego. Uważam, że prędzej czy później mogę się znaleźć w notesiku Jerzego Brzęczka. Wszystko zależy od dobrej gry. Za nami dopiero osiem kolejek ligowych.
- Nie tak do końca tak powiedziałem.
-- Albo chorwacki portal źle napisać (śmiech). Powiedziałem odwrotnie, że ja należę do tych drugich. Ci, którzy na boisku „noszą fortepian”, to piłkarze walczący, którzy biegają, którzy harują na boisku i zostawiają na nim zdrowie. Ja jestem właśnie w tej grupie, bo takim piłkarza jestem. Od „grania na fortepianie” są inni, ja jestem od bycia w polu karnym, wykańczania akcji i strzelania goli.
- Przy okazji tego pytania można wskazać jedną z najfajniejszych różnic pomiędzy ligą chorwacką i polską Ekstraklasą. Kiedy w Polsce drużyna, która teoretycznie miała walczyć tylko o utrzymanie, zaczęłaby grać bardzo dobrze i zajmowałaby wysokie miejsce w tabeli, od razu pojawiłby się zdania typu: „może będziemy grać o puchary, może o coś więcej”.
Tutaj nie ma czegoś takiego, każdy do wszystkiego podchodzi na luzie. Jeszcze przed początkiem sezonu mieliśmy spotkanie z naszym prezesem. Nie stawiał on jednak żadnych oczekiwań. Powiedział tylko: „Słuchajcie, wielkim sukcesem dla naszego klubu jest już to, że jesteście w pierwszej lidze. Cieszcie się z tego, cieszcie się z gry w piłkę, bo to nie trwa wiecznie. Spełniajcie swoje marzenia”
- Być zdrowym, uśmiechniętym i mieć dużo powodów do radości.