Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Listkiewicz: Raczej zrezygnuję

- Jestem tak wdeptany w ziemię, zmieszany z błotem, że być może rację mają niektórzy koledzy z Zarządu, którzy twierdzą, że działam na szkodę związku - mówi prezes PZPN, Michał Listkiewicz.

Dziś o 12 rozpocznie się posiedzenie zarządu PZPN. Michał Listkiewicz zdecyduje na nim, czy zostaje na stanowisku.

Robert Błoński: Poniedziałek to Pana ostatni dzień w roli prezesa PZPN?

Michał Listkiewicz: Raczej tak. Ostatnie dni ubiegłego tygodnia mnie dobiły. W zakładach bukmacherskich pojawiły się zakłady, czy zostanę aresztowany. To chore. Żona, jak w sobotę zobaczyła o tym program w TVN 24, pobiegła do apteczki po lekarstwa. Ja już nie mam słów na te ataki. Są tak spersonifikowane jak chyba nigdy wcześniej. Kolejny krok to już chyba wezwanie do marszu z kijami bejsbolowymi i podanie mojego adresu domowego. Tak nie da się żyć. Gdybym był sam, bez rodziny, decyzja pewnie byłaby inna.

Jeśli Pan odejdzie, jako następcę wymienia się Antoniego Piechniczka.

- W sobotnim wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" powiedział, że decyzja o mianowaniu Andrzeja Strejlaua na szefa sędziów była polityczna. Z tego, co pamiętam, a pamięć mam dobrą, o tym wyborze decydował w głosowaniu cały zarząd z Antkiem w składzie. I był on gorącym tego wyboru zwolennikiem, ochoczo podnosił rękę. Kandydatów na swojego ewentualnego następcę nie oceniam.

Nie zawaha się Pan przed odejściem?

- Jestem tak wdeptany w ziemię, zmieszany z błotem, że być może rację mają niektórzy koledzy z zarządu, którzy twierdzą, że działam na szkodę związku. Obarcza się mnie odpowiedzialnością za wszystko: niepowodzenie na mundialu, aferę wśród sędziów, brak boisk, chuliganów na trybunach itd. Honor podpowiada mi, żeby zostać, bo nie zrobiłem niczego złego. Nie popełniłem przestępstwa. Niczego nie muszę się wstydzić. Popełniłem błędy jako urzędnik, źle rozegrałem wiele spraw. Problemem jest to, czy moja osoba może jeszcze do czegokolwiek się przydać. "Tygodnik Kibica" zrobił ostatnio zestawienie i wyszło, że pod względem wyników i osiągnięć reprezentacji jestem najlepszym prezesem w historii. Ale to tylko jeden z aspektów.

Szkoda mi jednak zdrowia swojego i najbliższych. Nie zasłużyłem na takie odejście. Ale może takie pożegnanie jest konieczne. Bo już gorzej ze Związkiem i ze mną nie będzie.

Teraz, kiedy rozmawiamy, jestem na meczu B-klasowej drużyny LKS Pniewy koło Grójca. Sam ten zespół zakładałem. I prowadzimy 1:0! A w tym sezonie jeszcze punktu nie zdobyliśmy.

Jest możliwość, że Pan nie zrezygnuje?

- Jest. Walczymy o Euro 2012, nie wiadomo, czy nie zawiesi nas FIFA [za to, że rząd chce wprowadzić w PZPN komisarza]. Ale z drugiej strony mogę pilnować tych wszystkich spraw, by było jak najlepiej, również jako osoba fizyczna. Nie muszę być prezesem. Na Węgrzech i we Włoszech też w tym roku zmieniali się szefowie federacji, a teraz rywalizują z nami o organizację finałów ME.

Ale problemy osobiste są podstawą, by podjąć decyzję o odejściu. Po prostu ogłoszę ją podczas poniedziałkowych obrad, po rozmowie z przedstawicielami zarządu. Żadnego głosowania nie będzie. Nie zrobię też tak jak śp. prezes Dziurowicz. Nie wezwę każdego z przedstawicieli Zarządu do gabinetu i nie powiem: "Patrz mi prosto w oczy i mów szczerze, co o mnie myślisz".

Do zjazdu statutowego jest jeszcze miesiąc. Może i lepiej byłoby zostać? Bardziej honorowo byłoby przyjść na ten zjazd, zdać sprawozdanie, odpowiedzieć na pytania, rozwiać wątpliwości... Ale z drugiej strony nie chcę kolejnych dni koszmaru dla swoich najbliższych. O cholera!

Co się stało?

- Rywale, LKS Promna, wyrównali.