Scolari znaczy niezatapialny

Trener Guangzhou Evergrande jest w świetnej sytuacji. W półfinale mistrzostw świata z Barceloną większej klęski niż w swoim ostatnim meczu o finał mundialu przeżyć po prostu nie może. Barcelona - Guangzhou Evergrande 11.20 (TVP Sport)

Bukmacherzy nie dają Chińczykom żadnych szans: kurs na wygraną Chińczyków wynosi 15, na triumf Barcelony - 1,12, remis Will Hill szacuje na 7,50. Każdy inny rezultat niż wysokie zwycięstwo triumfatorów Ligi Mistrzów byłby sensacją. Ale Luiz Felipe Scolari już osiągnął dużo. Z Guangzhou ani razu nie przegrał (to aż 21 meczów), świętował mistrzostwo Chin, wygrał azjatycką LM. To peryferie futbolu, ale po pierwsze, dziś na chwilę te peryferie opuści; po drugie, poprzednią LM Guangzhou skończyło na ćwierćfinale; po trzecie, półtora roku temu wydawało się, że trener mistrzów świata z 2002 r. bezpowrotnie wykluczył się z poważnego futbolu.

- Jeśli nie zdobędę złota, poproszę o azyl w Kuwejcie - mówił przed MŚ w 2014 r. Scolari. Wiadomo, co zdarzyło się potem. Brazylijczycy organizowali mundial, by wygrać, a ponieśli największą klęskę w historii.

Felipe po 1:7 w półfinale z Niemcami jednak wstał, a po chwili znów upadł. Dostał robotę w Gremio, lecz tam głównie boksował się z sędziami i federacją. Kiedyś nazwał arbitra skur..., innym razem wypalił, że federacja wybrała zespoły, które mają awansować do Copa Libertadores. Gremio do tych rozgrywek - odpowiednika Ligi Mistrzów - nie awansowało, skończyło na siódmym miejscu. W maju, po dwóch kolejkach tego sezonu, 67-letni trener został wylany. W lipcu podpisał umowę w Chinach wartą 5 mln dol. rocznie.

Tak jest od zawsze. Scolari odchodzi z mainstreamu na margines, by znów wrócić do mainstreamu. W latach 90. zwiedził Kuwejt i Arabię Saudyjską, a potem świętował z Gremio triumf w Copa Libertadores. Zwycięstwo w tych rozgrywkach z Palmeiras poprzedziła wyprawa do Japonii, wreszcie - zanim drugi raz dostał reprezentację Brazylii - pracował w Uzbekistanie.

Teraz niby jest na marginesie, ale to margines z olbrzymimi ambicjami. Guangzhou pięć lat temu zostało zdegradowane do drugiej ligi za ustawianie meczów. Podniosła go grupa Evergrande, drugi największy deweloper w Chinach. - Mieliśmy trzy cele. Chcieliśmy zbudować mocną drużynę w krótkim czasie. I to się udało. W perspektywie pięciu-ośmiu lat zamierzamy wystawiać jedenastkę składającą się wyłącznie z rodzimych piłkarzy. Trzecim celem jest podniesienie poziomu szkolenia w kraju. Dlatego uruchomiliśmy szkółkę - mówi Xu Jiayin, prezes Evergrande i jeden z najbogatszych Chińczyków, którego majątek "Forbes" ocenia na 6 mld dolarów. Od roku wspiera go Jack Ma - założyciel internetowej firmy Alibaba i najbogatszy Chińczyk z 24 mld dolarów majątku.

Rozmachu odmówić im nie sposób, w szkółce Guangzhou 2,3 tys. dzieci ćwiczy na 50 boiskach (przygotowywanych jest kolejnych 30). Wszystko po to, by wyszkolić piłkarzy, którzy podniosą reprezentację z dna i ucieszą zakochanego w futbolu przewodniczącego Xi Jinpinga. Chiny na mundialu nie grały od 2002 r. i wszystko wskazuje na to, że opuszczą także MŚ w Rosji.

Za "szybki wzrost" Guangzhou muszą zatem odpowiadać obcokrajowcy. Pierwsze zwycięstwo w Lidze Mistrzów dał włoski trener Marcello Lippi oraz napastnicy Dario Conca (Argentyńczyk) i Elkeson (Brazylijczyk). Ostatni sukces ma już wyłącznie kanarkowy kolor, Guangzhou zapłaciło 11 mln euro za Alana z Red Bull Salzburg, 14 mln - za Paulinho z Tottenhamu i 15 - za Ricardo Goularta z Cruzeiro. Robinho - kiedyś przybył do Realu Madryt z metką nowego Pele - przyszedł za darmo i dostał milion euro pensji miesięcznie.

Po finale LM z Al-Ahli Dubaj (jedynego gola strzelił Elkeson) Scolari opowiadał, że w życiu zdarzały mu się dni dobre i złe, ale ten wieczór był dla niego wyjątkowy. Przy jego umiejętności utrzymywania się na powierzchni nie można odmawiać mu szans na to, że pojedzie na mundial w Rosji albo wróci do europejskiej LM. Jednak to, że Guangzhou postawi się Barcelonie, chyba możemy wykluczyć.

Czyj to pomnik? [QUIZ]

Więcej o: