Rybus w wywiadzie Staszewskiego: Kibice Bastii pomachali pięściami, a później chwycili za kamienie. To wielkanocne jaja!

W ciągu czterech dni Maciej Rybus przeżył dwa ataki kibiców. W czwartek Turcy stali się z fanami Olympique Lyon, a niedzielę sympatycy Bastii rzucili się na piłkarzy. Wśród nich był reprezentant Polski, który w rozmowie z Sebastianem Staszewskim z cyklu "Wywiadówka Staszewskiego", relacjonuje: - Na stadionie nie było policji i ochrony. Byli tylko stewardzi, którzy zamiast zabezpieczać mecz, chcieli bić rezerwowego bramkarza. A po spotkaniu nasz autokar został obrzucony kamieniami. To jakieś wielkanocne jaja!

Sebastian Staszewski: Jest Pan już w domu?

Maciej Rybus: Tak, ze sporym opóźnieniem, ale dotarliśmy do Lyonu. Na lotnisku wylądowaliśmy trochę po północy.

Łatwo było zasnąć po incydencie, który miał miejsce w Bastii?

- Dawno nie przeżyłem tylu emocji. Najpierw mecz z Besiktasem, teraz to wariactwo na Korsyce... Spodziewałem się, że będzie gorąco, przestrzegał mnie Mariusz Piekarski, który grał tam przez rok, ale chyba nikt nie miał pojęcia, że może być aż tak grubo.

W niedzielę, zaledwie kilka dni po wspomnianym przez Pana meczu Ligi Europy z Besiktasem Stambuł, do jeszcze ostrzejszych wydarzeń doszło w Bastii. Dlaczego kibice gospodarzy wbiegli na murawę i zaatakowali Pana kolegów?

- Wszystko zaczęło się pod koniec rozgrzewki. Zawodnicy ofensywni poszli postrzelać na bramkę. Memphis Depay źle uderzył i trafił w głowę jednego z fanów. Od razu poszedł przeprosić, ale jakiś krewki kibic wyskoczył do niego z łapami, mówiąc wprost zaczął się rzucać. W tym czasie stałem bliżej linii środkowej, z innymi obrońcami. Jeden z kolegów mówi: "dawaj Ryba, lecimy!". I pobiegliśmy. Zaczęliśmy uspokajać ludzi. To wszystko, co się wydarzyło, to jakieś wielkanocne jaja. Na stadionie nie było ani policji, ani ochrony.

Byli tylko stewardzi?

- Tak. Niby mieli dbać o spokój, a sami prowokowali moich kolegów.

Ucierpiał Pan w starciu z kibolami?

- Na szczęście nie dostałem nawet kopniaka. A kilku chłopaków je wyłapało. Przepychanki trwały dłuższą chwilę. Na początku pomyślałem, że lecę w bój, ale później przyszła myśl: "Ryba, uspokój się, nie rżnij kozaka". Po co rzucać się na tłum? Jeden z kumpli sprzedał kibicowi kopa, ale to była samoobrona. Nie warto jednak było prowokować tych ludzi. I tak byli bardzo agresywni.

Co było dalej?

- Siedzieliśmy w szatni i czekaliśmy na decyzję czy gramy. Trwały różne narady.

Nie zgadzaliście się z pomysłem kontynuowania meczu?

- A co my mieliśmy do gadania? Nie chcieliśmy, ale musieliśmy. Gdybyśmy nie wyszli z szatni, pewnie dostalibyśmy walkowera. Po bijatyce rozpoczęły się negocjacje Maxime'a Gonalonsa, naszego kapitana, prezydentów klubów, delegata i sędziów. W końcu piłkarze Bastii stanęli w tunelu gotowi do wyjścia. To jaki był wybór? Wyszliśmy i my. Wiadomo, że nam się to nie podobało, ale trzeba było decydować.

Ostatecznie mecz został przerwany po 45 minutach, bo w przerwie doszło do kolejnych bójek.

- Wtedy byłem już w tunelu. Za mną zostało kilku piłkarzy, którzy siedzieli na ławce rezerwowych. Gdy schodziłem do szatni, usłyszałem tylko wrzask tłumu. Chciałem zawrócić, ale złapał mnie jakiś steward i nie chciał puścić. Okazało się, że inny steward rzucił się na naszego drugiego bramkarza. Ale to widziałem tylko na powtórce.

Decyzja arbitra Amaury'ego Delerue o przerwaniu meczu była spóźniona?

- Tak mi się wydaje. Już kiedy szliśmy do szatni, nasz środkowy obrońca Mapou Yanga-Mbiwa powiedział sędziemu, że mecz jest zakończony. I od razu poszedł pod prysznic. On się tam kąpie, a tu przychodzi jakiś facet i mówi nam, że jednak mamy grać. Ale drugi raz na to nie poszliśmy, odmówiliśmy. Po 20 minutach zmienili decyzję i powiedzieli, że jednak spotkanie jest zakończone. Zanim informacja została przekazana kibicom, kazali nam się wykąpać i uciekać do autokaru. Nie pamiętam, żeby chłopaki wcześniej tak szybko wyskakiwali spod pryszniców! Poszliśmy przed stadion, tam bramy pozamykane, fani Bastii już na nas czekali. Wciąż nie było policji, ochrony. To wróciliśmy do szatni. Godzinę czekaliśmy, aż policjanci utorują nam trasę.

Na lotnisko dotarliście bez kłopotów?

- Jechaliśmy przez grad kamieni.

Jaki grad kamieni!?

- Jak tylko przekroczyliśmy bramę stadionu, ludzie ze wszystkich stron zaczęli rzucać w nas kamieniami. Z chłopakami położyliśmy się na podłogę, żeby nie dostać cegłą w głowę. Później kolejną godzinę musieliśmy czekać na lotnisku, bo okazało się, że tuż przed odlotem przyjechała policja i kilku zawodników zabrała na przesłuchanie.

Jak na zamieszki zareagowali koledzy z zespołu?

- Raczej spokojnie. Starsi wiedzieli, że na Korsyce kibice są szaleni, więc spodziewali się ostrej jazdy. Czarnoskórzy zawodnicy mówili na przykład, że pewnie usłyszą sporo rasistowskich okrzyków. Chociaż tak szczerze mówiąc, nie zauważyłem tego. Przed meczem, kiedy pojawiła się informacja, że możemy nie zagrać, byłem. wściekły. Ironizowałem nawet z Nicolasem N'Koulou, który też nie gra od kilku miesięcy, że ktoś nam robi na złość. Także jak widzisz, nie czuliśmy zagrożenia. Trochę przestraszni byli tylko młodzi. Do Bastii poleciało trzech chłopaków z drugiej drużyny, to był dla nich pierwszy wyjazd z pierwszym zespołem. No to dostali trochę adrenaliny.

A Pan? Przeżył Pan kiedyś coś podobnego? Przez cztery lata grał Pan w lidze rosyjskiej, która również znana jest z krewkich kibiców.

- W autokarze kilku kolegów pytało: "Ryba, a co ty taki spokojny?". Oni w nerwach, a u mnie pełen luz. No to im powiedziałem, że nie takie rzeczy się widziało. W Groznym obserwowałem kiedyś, jak wyrzutnie rakiet ostrzeliwują hotel, w nocy trwała gruba strzelanina. To był grudzień, terroryści zabili policjantów, a później się zabarykadowali. No to miałem być zszokowany jakimiś kamieniami?

Tego typu incydenty mimo wszystko budzą spory niepokój. Szczególnie po niedawnym zamachu na piłkarzy Borussii Dortmund.

- Nawet Depay powiedział, że przecież ktoś z tych ludzi mógł mieć nóż. Ale na Korsyce jest taka atmosfera. Mówił mi o tym Mario, jeszcze więcej opowiedziałby pewnie Piotrek Świerczewski. Nie wiązaliśmy jednak tego zajścia z tym, co wydarzało się z Dortmundzie. Tam był pełen hardcore. Dziwi mnie tylko, że kibice Bastii, która przecież broni się przed spadkiem z Ligue1, zamiast jej pomóc - przeszkadzają. Ale to nie moja sprawa.

Podobne zajścia miały miejsce zaledwie kilka dni temu na Parc OL. Wtedy to wasi kibice wbiegli na boisko, uciekając przed racami rzucanymi przez chuliganów z Turcji. Nie byli agresywni, ale mimo wszystko obrazek zielonej murawy, po której biegało kilkuset fanów, był co najmniej zastanawiający.

- Nie grałem w tym meczu, ale byłem na murawie, w szatni, a na początku - na trybunach. I czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Kibice z Turcji stanowili połowę widowni! Ci, którzy przylecieli ze Stambułu, a było ich z 5 tysięcy, byli spokojni, zachowywali się elegancko. Ale kolejne 20 tys. to byli Turcy mieszkający we Francji. Nieprawdopodobne! Właściwie to u siebie czuliśmy się jak na wyjeździe. Nie mam pojęcia, jak ktoś do tego dopuścił, pewnie to przeoczenie. Już przed meczem było wiadomo, że coś się będzie działo. Starcia były na mieście, a później pod stadionem. Najostrzej zrobiło się jednak tuż przed pierwszym gwizdkiem. Zaczęły lecieć race, petardy, achtungi.

I część kibiców wbiegła na murawę.

- To byli nasi fani, którzy nie chcieli brać udziału w bójce. Wybrali dobre rozwiązanie. Bo gdyby zostali na trybunach, mogliby zostać stratowani. Czułem, że nic dobrego z tego nie będzie, atmosfera była bardzo napięta. W środę lecimy do Turcji i znów czeka nas jazda. Przywitają nas pewnie na lotnisku. Kurde, za dużo tych emocji. Najpierw Lyon, później Bastia, a teraz Stambuł. Muszę się na rewanż jakoś szczególnie przygotować.

Dla Pana niedzielne spotkanie było podwójnym ciosem. Po raz pierwszy od 30 listopada 2016 roku, czyli od czterech miesięcy, wyszedł Pan na murawę w podstawowym składzie OL. Był Pan zadowolony z pierwszej połowy?

- Czułem się dobrze, wyglądałem naprawdę nieźle. Przed meczem trochę obawiałem się tego, jak będę prezentował się fizycznie. To miał być test. Okazało się, że byłem silny, szybki. Rozkręcałem się z minuty na minutę. Dla mnie drugie połowy są zazwyczaj lepsze, ale niestety nie dostałem szansy, aby to udowodnić. Ale musiałem zasuwać, skoro po meczu pochwalił mnie nawet Grégory Coupet, trener bramkarzy rezerw, który był z nami w Bastii. Więc jak na grę po tak długiej przerwie nie było chyba tak źle.

To może być dla Pana punkt zwrotny? Ostatnio trener Bruno Génésio Panu nie ufał.

- Nie powiem, czuję wewnętrzną satysfakcję. Dałem radę. Oby to coś zmieniło.

Messi ratuje Barcelonę. Duma Katalonii wygrywa z Realem Sociedad 3:2 [ELEVEN SPORTS]

Więcej o: