Liga włoska. Italii nasi znów nie podbili

Artur Boruc przynajmniej próbował i utrzymał opinię bramkarza rzetelnego, ale finiszował jako rezerwowy. Kamilowi Glikowi i Błażejowi Augustynowi nie wystarczyło mocy, bo choć spróbować.

W transferze Boruca szefowie Fiorentiny widzieli zeszłego lata przede wszystkim obiecujący interes ekonomiczny. Za okazyjną cenę - 1,2 mln euro - kupowali bramkarza po przejściach, ale o znakomitej reputacji, zapamiętanego w Italii z rewelacyjnych występów przeciw Milanowi w Lidze Mistrzów i pożądanego swego czasu przez czołowe kluby w Europie. Nawet jeśli się nie przyda, będzie łatwo odsprzedać. Z niebagatelnym zyskiem.

Kiedy Polak wylądował, rzucił wyzwanie Sebastienowi Freyowi deklaracjami, że nie planuje ślęczenia w rezerwie, czym rywala - we Florencji bramkarza instytucję - porządnie zezłościł. Ewentualny konflikt zdusiło w listopadzie zerwanie przez Francuza więzadeł. Nie było wyjścia, Boruc musiał na pół roku wskoczyć między słupki.

Bronił solidnie. Wpadki miewał bardzo rzadko, bardzo dobre mecze trochę częściej. Gwiazdą nie został, uznanym fachowcem tak. Schudł, wreszcie nie dostarczał tematów do artykułów prasie plotkarskiej, lubią go fani. Ale jego pozycja w klubowej hierarchii niemal nie drgnęła. Fiorentina chętnie przyjmie kilka milionów euro - liczy na co najmniej cztery - i odda Polaka, który w ostatnich dwóch kolejkach ustąpił miejsca w podstawowej jedenastce wyleczonemu Freyowi. Zainteresowanie transferem wykazują ponoć kluby Premier League, Bundesligi i Serie A.

Sytuacja zmieniła się o tyle, że klub rozważa nawet pozbycie się obu 31-letnich - są rówieśnikami - bramkarzy. Chętnych na Francuza znaleźć będzie trudno, bo zarabia aż 2,5 mln euro rocznie (Boruc 850 tys.).

Gdyby się udało, nieco wzrosną szanse Polaka na pozostanie we Florencji. Gwarancji gry jednak nie dostanie. W styczniu do szatni wszedł ten trzeci - importowany za 3 mln euro Neto, kandydat na zmiennika Julio Cesara w reprezentacji Brazylii. I coraz częściej szepcze się, że to ów 22-latek rozpocznie przygotowania do nowego sezonu najbliżej bramki.

Błażej Augustyn (300 tys. euro rocznie) do stycznia leczył kolano. Kiedy je wyleczył, grywał dla Catanii rzadko. Nie miał szans w konkurencji z Argentyńczykami, których w kadrze uzbierało się trzynastu. A rządzi nimi - również od stycznia - rodak, trener Diego Simeone. O nepotyzmie nie ma mowy. Zagrożona wcześniej degradacją drużyna pod jego dowództwem rosła w oczach, aż uzbierała najwięcej punktów w historii swoich występów w Serie A. Jeśli 23-letni Augustyn pojawiał się w podstawowej jedenastce, to głównie ze względu na nieobecność obu czołowych środowych obrońców - Silvestre oraz Spollego.

Jego rówieśnik Kamil Glik (20 tys. euro) przyzwoicie wypadał tylko na pierwszych treningach po ubiegłorocznym przylocie do Palermo. W sparingach grał. Potem, już w trakcie sezonu, zaczął być wystawiany tylko w meczach bez znaczenia, wreszcie spadł z rezerw na trybuny. Na murawę wrócił w połowie sezonu, gdy został wypożyczony do Bari. Grał regularnie i walecznie, ale na wiele tygodni przed końcem rozgrywek stało się jasne, że z dna tabeli wraz z kolegami się nie podniesie. Ostatnie trzy kolejki oglądał zdyskwalifikowany za obrażanie przeciwników i sędziów w meczu z Romą, w którym sprowokował rzut karny i dostał czerwoną kartkę.

Wcześniej zgodził się - wraz z ośmioma kolegami - na obniżkę pensji, bo klub i tak od miesięcy był niewypłacalny. Klub, który go chwali i chciałby zatrzymać na dłużej. Prezes Palermo zasugerował, że pomysł zaakceptuje, więc niewykluczone, że Glik jesień spędzi w drugiej lidze. Tam Polacy grający w polu czasami wytrzymują konkurencję. W Serie A nie wytrzymał jej dłużej żaden od czasów Marka Koźmińskiego, który opuścił ją niemal dekadę temu.

Więcej o: