Sport.pl +

Od bankruta do Ligi Mistrzów. Legenda stworzyła potwora i upokorzyła gigantów

Bartosz Królikowski
Serie A - Cremonese vs Como
fot. EPA/DAVIDE CASENTINI Dostawca: PAP/EPA

Włoski futbol to świątynia gry w defensywie? Oni pokazali, że może być odwrotnie. O sile Serie A stanowią włoscy piłkarze? Oni takich prawie nie mają. Doświadczenie odgrywa kluczową rolę? U nich najbardziej błyszczy młodzież. Como, prawdopodobnie najmniej włoski z włoskich klubów, szybko przeszło z ligi czwartej do Ligi Mistrzów.

Wszyscy przebywający w Como w niedzielę 24 maja 2026 roku tuż przed godz. 23 mogli usłyszeć okrzyki radości, dobiegające z wielu domów i mieszkań. Stało się coś, czego w całej sportowej historii tego miasta jeszcze nie było. Miejscowe Como 1907 pokonało na wyjeździe Cremonese 4:1 i zapewniło sobie pierwszą w historii grę w europejskich pucharach. I to od razu w Lidze Mistrzów! Jak to możliwe, że klub, który jeszcze jesienią 2018 roku grał z Darfo Boario, Caronnese czy Pontisolą we włoskiej IV lidze, jesienią 2026 roku może zmierzyć się z Barceloną, Arsenalem czy Liverpoolem w LM?

Upadek i znów upadek. Como ledwo żyło, ale wygrało los na loterii

W XXI wieku Como przeżyło wiele. Klub dwukrotnie musiał zaczynać wszystko od nowa, bo wieczne problemy finansowe doprowadzały do upadków. Były właściciel Enrico Preziosi, którego rządy skończyły się bankructwem w 2005 roku, pod koniec kadencji w wątpliwie legalny finansowo sposób przeniósł najciekawszych piłkarzy z Como do swojej nowej drużyny, czyli Genoi. Na liście właścicieli przewinęła się też Akosua Puni Essien, żona byłego piłkarza m.in. Chelsea, Michaela Essiena. W efekcie właścicielskich zawirowań Como skakało po poziomach rozgrywkowych - od piątego do drugiego. Aż w końcu w 2019 roku zaczęła się era, która siedem lat później wydała owoce na miarę Ligi Mistrzów. Era braci Hartono. 

Michael Bambang i Robert Budi Hartono to indonezyjscy milionerzy, właściciele Djarum Group, azjatyckiego giganta na rynku wyrobów tytoniowych. Obecnie biznes w pełni należy do drugiego z braci, bo Michael Bambang zmarł w marcu tego roku. W 2019 roku byli uznawani przez magazyn "Forbes" za najbogatszych ludzi w Indonezji, ich łączny majątek szacowano na 35 miliardów dolarów. To właśnie oni we wspomnianym 2019 roku przejęli klub, co dla biednego jak mysz kościelna i wiecznie igrającego z bankructwem Como było niczym zwycięski los na loterii. 

Indonezyjczycy nie weszli jednak do włoskiej piłki z ogniem i mieczem. Nie władowali w Como od razu nienormalnych jak na poziom Serie C pieniędzy. Klub do wszystkiego dochodził na spokojnie. W Serie B zameldował się w 2021 roku, a tam nie było od razu skoku na awans do Serie A. Como dwa razy z rzędu zajęło 13. miejsce, stabilizując się na poziomie środka tabeli zaplecza włoskiej ekstraklasy. W tym czasie jednak zdarzyło się coś, co potem okazało się kolejnym punktem zwrotnym. Zaskakującym brakującym elementem całej układanki, która wystrzeliła klub w stronę gwiazd. 

Zobacz wideo Łukasz Piszczek ambasadorem Sport.pl+

C jak Como. C jak Cesc

Było nim przyjście Cesca Fabregasa. Słynny hiszpański pomocnik w 2022 roku był już jedną nogą na piłkarskiej emeryturze. W dodatku po zmarnowanym przez kontuzję sezonie 2021/22, gdy w barwach AS Monaco rozegrał łącznie tylko 160 minut we wszystkich rozgrywkach. Do Como przybył jako mniejszościowy udziałowiec klubu, który jednocześnie podpisał kontrakt stricte piłkarski. Sportowo dużej wartości 35-latek już nie przejawiał, w sezonie 2022/23 w Serie B uciułał niespełna 800 minut (17 spotkań, dwie asysty). Włoski klub zyskał jednak przede wszystkim kogoś, kto planował rozpoczęcie kariery trenerskiej i zamierzał zdobywać szlify właśnie w Como. 

Na papierze miało być spokojnie i bez pośpiechu, bo Fabregas zaczął od prowadzenia zespołu do lat 19. Jednak w rzeczywistości wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Ówczesny trener pierwszej drużyny Massimo Longo wytrwał do 13. kolejki (listopad 2023). Como niby nie zaczęło sezonu źle, w momencie zwolnienia Longo było na szóstym miejscu w tabeli. Jednak to było najwyraźniej za mało, by zaspokoić rosnące ambicje władz klubu. Decyzję wprost nazywano w komunikacie "efektem wielomiesięcznego planowania". Stanowisko trafiło w ręce Fabregasa, mimo że ten nie miał wtedy nawet jeszcze licencji UEFA Pro. 

Uwielbiają ostatnią kolejkę. Pokazali to już w Serie B

Realistycznie wiele to nie zmieniało, bo Hiszpan odgrywał pierwszoplanową rolę w sztabie. Niemniej oficjalnie bez licencji mógł pełnić rolę pierwszego trenera tylko do końca 2023 roku. Potem Como musiało znaleźć kogoś, kto na papierze będzie szkoleniowcem numer jeden, ale w rzeczywistości nie będzie zbytnio Fabregasowi przeszkadzał. Tym kimś okazał się Osian Roberts i ten wybór jasno mówił, że to Hiszpan pozostaje głównodowodzącym w tym projekcie. Wszak Walijczyk wcześniej nie prowadził samodzielnie żadnego poważnego zespołu. W momencie przybycia do Como miał na koncie głównie bycie asystentem Patricka Vieiry w Crystal Palace i Chrisa Colemana oraz Ryana Giggsa w reprezentacji Walii. 

Niezależnie jednak od układu formalnego, na boisku wszystko się coraz bardziej zgadzało. Como pod wodzą Fabregasa spisywało się znakomicie. Przegrywało rzadko (tylko cztery porażki do końca sezonu), grało ofensywnie (43 gole w 26 spotkaniach) i stawało się coraz poważniejszym kandydatem do awansu do Serie A. W ostatniej kolejce musiało wygrać, by utrzymać drugą lokatę bez patrzenia na wynik Venezii. Inny rezultat wymagał wpadki ze strony rywali.

Spełnił się ten drugi scenariusz. Como tylko zremisowało u siebie z Cosenzą, ale jednocześnie drużyna z Venezii przegrała 1:2 ze Spezią. W mieście nad jeziorem Como, tuż przy włosko-szwajcarskiej granicy, wybuchła wielka euforia. Klub awansował do Serie A, w której zagrać przyszło mu pierwszy raz od 2003 roku.

Młodość i doświadczenie muszą iść w parze

Już latem 2024 roku właściciele wydali na transfery ponad 50 milionów euro (niemal drugie tyle dorzucili zimą). Do Como dołączyły uznane we Włoszech nazwiska, takie jak napastnik Andrea Belotti, stoper Alberto Dossena czy bramkarz Emil Audero. Nie zabrakło też naprawdę znanych zawodników, ściągniętych za darmo. Tą drogą nad jezioro Como trafili m.in. Raphael Varane, Pepe Reina czy Sergi Roberto. Dorzućmy do tego kilka młodych talentów na czele z napastnikiem Nico Pazem z rezerw Realu Madryt i na dzień dobry stworzyła się tam ciekawa paczka. Już z Fabregasem na czele, który zdobył odpowiednie papiery i nie musiał już używać Robertsa jako przykrywki. Efekt? Bardzo spokojne utrzymanie i 10. miejsce w tabeli. Dobry wynik jak na pierwszy sezon po powrocie do elity. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.

Gdyby indonezyjscy właściciele chcieli, zapewne mogliby bez trudu sprowadzić wielkie gwiazdy i wbić Como do czołówki Serie A finansową siłą. Tutaj jednak zdecydowano się na metodę bardziej rozwojową. Zwłaszcza dla młodych piłkarzy, a takich w tym zespole nie brakuje. Nie jest to tak radykalny przypadek, jak BlueCo urządziło w Strasbourgu, który ma w kadrze dwóch zawodników urodzonych w XX wieku, a średnią wieku zespołu na poziomie 22,8. Como wyważyło to znacznie bardziej i tak obok 21-letniego Nico Paza, 20-letniego Assane Diao czy 21-letniego Jacobo Ramona grają np. 31-letni Marc Olivier Kempf, 33-letni Alvaro Morata czy 34-letni Sergi Roberto. 

Ani Włochami, ani jak Włosi. Como to dla tamtejszej piłki jak policzek

Samo Como w sezonie 2025/26 już w pełni przestawiło się na ofensywną grę. Dobrze obrazują to słowa Fabregasa sprzed styczniowego meczu z Milanem, gdy mówił, że wolałby przegrać będąc wiernym swojej filozofii gry w piłkę. Wtedy akurat punkty zgarnął miłośnik starego, topornego włoskiego catenaccio Massimiliano Allegri (3:1), jednak na koniec to hiszpański trener mógł się zaśmiać jako ostatni. Efektem jego wizji gry jest drugi najlepszy atak w lidze. Como strzeliło aż 65 goli, w czym słabsze jest tylko od Interu Mediolan (89 bramek), który zdominował całą ligę. Zespół znad jeziora przez cały sezon imponował nie tylko składnością akcji i ciągłym szukaniem gry do przodu, ale też zadziornością w grze bez piłki. Chęć jak najszybszego odzyskania futbolówki jest kluczowa w systemie Fabregasa. 

Jest jednak coś, co Włochów może bardzo boleć, jeśli chodzi o obecne Como. Futbol na Półwyspie Apenińskim przeżywa obecnie kryzys. Trzeci z rzędu brak awansu na mundial sprawił, że szambo wybiło, a Włosi zwracają uwagę na problem ze stawianiem na młodzież. Tymczasem Como na włoskich młodych piłkarzy nie stawia. Na starych zresztą też nie. Ani na praktycznie żadnych. To absolutnie najmniej włoska drużyna w Serie A. Ponad 92 proc. kadry klubu stanowią obcokrajowcy, zaś ci Włosi, którzy w niej są, nie odgrywają praktycznie żadnej roli. 122 - na tyle minut łącznie mogli liczyć, a 104 z tego to dorobek jednego stopera Edoardo Goldanigi. 

Hiszpanów lub piłkarzy wychowanych w Hiszpanii jest za to aż siedmiu. Fabregas tłumaczył to tym, że największe włoskie talenty są zbyt drogie, by Como mogło aż tyle zaryzykować, poza tym "niełatwo znaleźć odpowiednich graczy do ich stylu gry". Dodajmy do tego fakt, iż trener przyznał, że hiszpański rynek zna o wiele lepiej. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo Włosi mogli się zżymać, że Como w ogóle nie potrzebuje ich rodaków, wyniki mówiły same za siebie.

Jak pisać, to historię, jak awansować, to do Ligi Mistrzów

Szybko stało się jasne, że to może być najlepszy sezon w dziejach klubu. Drużyna Fabregasa niemal nie opuszczała miejsc dających grę w europejskich pucharach, a w nich Como nie grało jeszcze nigdy w dziejach. Przejście do historii zapewnili sobie już w 34. kolejce, gdy ograli 2:0 Genoę. Pytanie brzmiało tylko, w których rozgrywkach ich zobaczymy.

Podobnie jak w 2024 roku kwestia bezpośredniego awansu do Serie A, tak teraz wszystko miało rozstrzygnąć się w ostatniej kolejce. Tym razem Como grało na wyjeździe z Cremonese. Było wielkim faworytem, ale rywale też mieli o co grać. Musieli wygrać, by mieć nadzieję wyprzedzić Lecce i jednak się utrzymać. Jednocześnie Como musiało patrzeć na trzy inne miasta: Weronę, gdzie Hellas grał z Romą, Mediolan i starcie Milanu z Cagliari oraz Turyn, w którym Torino i Juventus rozegrały derby. Scenariuszy było mnóstwo, ale jedno było pewne - zespół Fabregasa potrzebuje wygrać i liczyć na wpadkę Milanu lub Romy, by dostać się do top 4, a co za tym idzie: do Ligi Mistrzów. 

Swoje zrobili w swoim stylu, czyli bardzo efektownie. Roznieśli Cremonese 4:1, przy okazji wyrzucając ich z Serie A. Musieli jednak wyczekiwać na wyniki z Werony i Mediolanu. O ile z tego pierwszego dobre wieści nie nadeszły, bo Roma ograła Hellas 2:0, o tyle z Mediolanu wręcz przeciwnie. AC Milan nielekko się skompromitował i przegrał u siebie z Cagliari 1:2! 

Czarny koń upokorzył potęgi

Internet obiegło nagranie z chwili, w której piłkarze się o tym dowiedzieli. Wybuch radości był nieprawdopodobny. Como, które jeszcze dwa lata wcześniej grało w Serie B, a osiem lat wcześniej w IV lidze, weszło do Ligi Mistrzów, sięgnęło piłkarskiego nieba. Mimo wszystko niespodziewanie, bo choć można było ich typować do roli czarnego konia rozgrywek, tak tego, że zajmą miejsce w top 4 i jednocześnie wyrzucą stamtąd wielkie potęgi, czyli Milan i Juventus, już zapewne wielu się nie spodziewało. 

Sukces Como to sukces ofensywnego futbolu "na tak" w świątyni defensywnej piłki. To sukces przede wszystkim młodych piłkarzy w lidze, która ma wizerunek sprzyjającej doświadczonym graczom. Pierwsze skrzypce grali m.in. 20-letni skrzydłowy Jesus Rodriguez, sprowadzony latem z Realu Betis (dwa gole, dziewięć asyst), czy 21-letni ofensywny Nico Paz (12 goli, siedem asyst). Argentyńczyka może odkupić Real Madryt, który tego lata będzie mógł zrobić to za zaledwie 9 milionów euro zgodnie z klauzulą w kontrakcie Paza. 

Decyduje nawet o wyglądzie siłowni. Królestwo Fabregasa dopiero się rozkręca

To jednak przede wszystkim sukces Cesca Fabregasa. Przybył nad jezioro w Lombardii w 2022 roku i od początku zamierzał zostać pierwszym trenerem zespołu. Pozostał wierny swej ofensywnej filozofii, narzucając w klubie pewne zasady. Przekonał np. władze klubu, by poszerzyły boisko. Normalnie we Włoszech preferuje się 63 metrów szerokości, gdyż na węższym łatwiej się gra w defensywie. W Como jest 65 metrów, bo jak tłumaczył sam Hiszpan, oni chcą grać piłką, a nie tylko się bronić. Fabregas zmienił nawet klubową siłownię. - Zaprojektowaliśmy ją razem z architektem. Front jest przeszklony, by kontuzjowani zawodnicy mogli oglądać treningi. To coś, czego nauczył mnie Arsene Wenger w Arsenalu - mówił w rozmowie z brytyjskim dziennikiem "The Telegraph". 

Generalnie czas Fabregasa to czas wielkiego skoku infrastrukturalnego dla Como. Sam Hiszpan wspominał na konferencji po meczu z Cremonese, że gdy przychodził, dochodziło do absurdów. - Kiedy cztery lata temu przyszedłem tu jako piłkarz, przebieraliśmy się w barze. Teraz jesteśmy w Lidze Mistrzów. Dziś rozmawiałem z dwoma fizjoterapeutami, a wtedy trenowaliśmy bez centrum sportowego, w miejscu, które nawet nie pamiętam, gdzie było. Masaże mieliśmy w tylnej sali za barem albo na boisku - opowiadał Hiszpan. 

Wszelkie spełnione życzenia Hiszpana okazały się jednak dobrą decyzją. Nagrodą będzie gra w Lidze Mistrzów. Być może przeciwko Arsenalowi lub Barcelonie (kluby najbliższe Fabregasowi), jeśli los tak wskaże. Najpewniej z nim na ławce trenerskiej. Oczywiście w mediach już łączy się go z potencjalnym objęciem któregoś z gigantów, najwięcej mówiło się o Chelsea, zanim stało się jasne, że trafi tam Xabi Alonso. Jednak sam Fabregas po awansie do LM praktycznie wykluczał odejście z Como, zaznaczając, iż mają spore plany na przyszłość. Patrząc na tempo ich rozwoju, najmniej włoski z włoskich klubów zafunduje tamtejszej piłce jeszcze niejednego pstryczka w nos. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...