W grudniu i styczniu w AS Romie nastała taka sytuacja kadrowa, że Jan Ziółkowski z automatu otrzymywał więcej szans na grę. Obecnie nie jest to możliwe - w ostatnich sześciu spotkaniach Serie A Polak spędził na boisku ledwie trzynaście minut. W czterech przypadkach w ogóle nie wchodził na plac gry. Być może mówilibyśmy teraz o nieco lepszych statystykach, gdyby nie fakt, że w starciu przeciwko Juventusowi Gian Piero Gasperini zmienił pierwotną decyzję i nie wprowadził 20-latka do gry.
Mecz Romy z Juventusem odbył się 1 marca, a Gasperini i spółka mają czego żałować. Do przerwy Roma prowadziła 1:0, a w 65. minucie, kiedy do siatki trafił Donyell Malen, to było już 3:1 dla gospodarzy. Trzynaście minut później bramkę kontaktową zdobył Jeremie Boga. W końcówce przygotowany do wejścia był właśnie Ziółkowski.
Młody defensor stał przy linii, po czym Gasperini nagle zmienił decyzję i odesłał go z powrotem na ławkę rezerwowych. Tymczasem w doliczonym czasie gry Federico Gatti strzelił gola na 3:3. W tamtej sytuacji wzrost Ziółkowskiego na pewno Romie by się przydał. Z czego wynikało to, co zrobił szkoleniowiec Romy? Na to pytanie odpowiedział Polak na kanale "Łączy Nas Piłka".
- Chodziło o inną strategię. Byłem gotowy do zmiany na taki zestaw personalny, jaki akurat miał wtedy Juventus do dyspozycji, ale rywale nagle zrobili roszady i trener zmienił swoją koncepcję. Na pewno pojawił się u mnie niedosyt, ale był jeszcze większy z tego powodu, że nie wygraliśmy tego spotkania. To było najważniejsze - podkreślił.
Były zawodnik Legii Warszawa z pokorą przyjął decyzję szkoleniowca. Sam na pewno zdaje też sobie sprawę z faktu, że w klubie cieszy się pełnym zaufaniem.
Kilka dni temu portal TuttoMercatoWeb poinformował, że nikt w Romie nie zakłada, by Ziółkowski mógłby odejść lub zostać wypożyczony. Według dziennikarzy trzykrotny reprezentant Polski pasuje idealnie do koncepcji preferowanej przez Gasperiniego i jest traktowany jako jeden z filarów przyszłej linii defensywy.