Skandal przed meczem reprezentacji Polski. "Patrzyłem z murawy na naszą ławkę"

Jakub Seweryn
- Lubimy się w reprezentacji. Nasze relacje w ostatnim czasie wskoczyły na wyższy poziom i myślę, że to widać nie tylko na boisku, ale także poza nim. Za sprawą trenera Probierza bardzo dużo się tu zmieniło w pozytywnym znaczeniu. Teraz to wygląda super i tak powinno wyglądać zawsze - mówi Sport.pl Karol Świderski, napastnik reprezentacji Polski i włoskiego Hellasu Werona.

Reprezentacja Polski wróciła do żywych. Po koszmarnym dla siebie roku 2023, pod wodzą Michała Probierza kadra nowy rok 2024 rozpoczęła od awansu rzutem na taśmę na mistrzostwa Europy, pokonując w barażach Estonię i Walię. Nowy rok to nowe otwarcie także dla napastnika kadry Karola Świderskiego, który wreszcie spełnił swój cel w postaci gry w lidze TOP5 Europy. "Świder" ma teraz zadbać o utrzymanie Hellasu Werona we włoskiej Serie A.

Zobacz wideo Probierz odpowiada dziennikarzowi! "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Jakub Seweryn: Radość czy ulga - jakie uczucie zapanowało, gdy Wojciech Szczęsny obronił decydującego karnego w Cardiff?

Karol Świderski: Przede wszystkim radość. W takich momentach nikt nie patrzy na to, co było czy będzie. Liczy się tylko tu i teraz, więc zrobiliśmy wszystko, żeby to spotkanie wygrać. Wiadomo, że mieliśmy też w planach narzucić swój styl, chcieliśmy grać piękną piłkę, ale nie ma się co oszukiwać - to był finał, więc gdyby ktoś mi powiedział przed meczem, że będzie 0:0 i wygramy po karnych, wziąłbym takie rozwiązanie w ciemno. Liczył się tylko awans.

Trener Michał Probierz powiedział, że zagrałeś mimo problemów zdrowotnych.

Mogło być lepiej, nie ma się co oszukiwać. Cieszę się jednak, że nawet z tymi drobnymi dolegliwościami trener mi zaufał. A gdy tylko dowiedziałem się, że zagram, nic więcej się już nie liczyło. Chciałem wyjść na boisko i dać z siebie wszystko, nie myśląc o bólu.

Swoją drogą - jak to było z hymnem? Twoja mina podczas Mazurka Dąbrowskiego wskazywała, że coś jest nie tak.

Rzeczywiście, coś nie grało. Patrzyłem z murawy na naszą ławkę i widziałem na twarzy "Skorupa" (Łukasza Skorupskiego - red.), jak on śpiewa. Był gdzieś trzy linijki przede mną. Każdy śpiewał w swoim tempie, nie słysząc muzyki. Hymn był na murawie właściwie niesłyszalny, sam do dzisiaj nie wiem, czy był dobrze odegrany, czy źle. Śpiewając, trochę się gubiliśmy.

To było dziwne, bo można było odnieść wrażenie, że został on odegrany od połowy zwrotki.

Do tego byli też walijscy kibice, który ten hymn nam zagłuszyli.

Ale potrafiliście się im odgryźć. Ten hymn odśpiewany już po meczu wraz z polskimi kibicami był sceną bardzo symboliczną i wyjątkową.

Każdy z nas w środku na pewno czuł dodatkową motywację, by zrewanżować się Walijczykom, odegrać się na nich. I fajnie, że na koniec mogliśmy zaśpiewać hymn z naszymi kibicami. Myślę, że był to naprawdę świetny obrazek, który też pokazał, jak bardzo zależało nam na tym meczu i jak ta drużyna się scaliła w ostatnim czasie. Tym bardziej cieszy, że uczyniliśmy to z kibicami, bo dobrze wiadomo, jaka była otoczka dookoła kadry w ostatnim czasie. Myślę, że te ostatnie spotkania w naszym wykonaniu były zdecydowanie lepsze i poprawiły nasze relacje z kibicami.

Po tym meczu debata narodowa była inna. Już nie taka, czy należy reprezentację Polski rozwiązać, ale czy reprezentacja Polski rozegrała w Cardiff dobry mecz. Tu słychać bardzo różne opinie. Jaka jest twoja? Jak czułeś to z boiska?

Miałem poczucie, że panujemy nad piłką. Gra toczyła się głównie w środku pola, ale potrafiliśmy utrzymać posiadanie. Czasami brakowało może szybszej decyzji o dośrodkowaniu czy ostatnim podaniu, może za mało wchodziliśmy w pole karne, ale uważam, że to był dobry mecz. Walijczycy u siebie na pewno nie są słabym rywalem. Rzadko przegrywają u siebie, połowa składu gra w Premier League, w niezłych klubach, druga część w czołowych zespołach Championship. Pokazaliśmy się z dobrej strony.

Ale to zero w statystyce celnych strzałów trochę kłuje w oczy.

To był taki mecz, w którym żadna drużyna nie chciała sobie pozwolić na jakiś błąd. Obie strony po stracie piłki szybko odbudowywały ustawienie, dobrze broniąc pola karnego. Nikt nie chciał stracić bramki i zaryzykować, idąc do przodu większą liczbą zawodników. Mieliśmy jednak groźne stałe fragmenty, przy jednym "Zielek" zagrał do "Lewego" na głowę. Zabrakło ułamka sekundy, żeby Robert miał troszkę więcej miejsca i oddał lepszy strzał. Był też groźny strzał Kuby Piotrowskiego. Kilka groźnych strzałów oddaliśmy.

Twoja współpraca z Robertem Lewandowskim nie wyglądała jednak już tak dobrze, jak za Paulo Sousy czy Czesława Michniewicza - fakt czy mit?

To zdecydowanie mit. Ten mecz z Walią był po prostu trudny dla napastników. "Lewy" cofał się głębiej znacznie częściej ode mnie. Ja natomiast próbowałem atakować przestrzeń z przodu, rozciągać obronę rywala, by Robert miał więcej miejsca z piłką. Myślę, że kilka razy w drugiej połowie się szukaliśmy, wcześniejsze mecze też dobrze się układały pod tym względem. Nie panikowałbym po jednym meczu i nie wyciągał pochopnych wniosków.

Na różnych materiałach wideo widać, jak ta atmosfera w reprezentacji Polski zmieniła się wyraźnie na plus w porównaniu do tego, co się działo w 2023 roku, przed przyjściem Michała Probierza. Widać diametralną zmianę, bije od was zupełnie inna energia.

Widać to na tych obrazkach, ale też od środka. Wreszcie to wygląda tak, jak powinno, aby drużyna mogła odnosić sukcesy. Każdy z każdym rozmawia, spędzamy wspólnie czas i nic nie dzieje się na siłę. Wszystko jest naturalne, po prostu lubimy się w tej reprezentacji. Te relacje w ostatnim czasie wskoczyły na trochę wyższy poziom i myślę, że to widać nie tylko na boisku, ale także poza nim. Gdy spotykamy się na posiłkach, nie jest tak, że zjadamy i uciekamy szybko do pokoi. Zamiast tego długo rozmawiamy, żartujemy. Atmosfera jest naprawdę fajna. Znowu się czeka na przyjazd na zgrupowanie reprezentacji. Na to marcowe czekaliśmy wyjątkowo długo, bo prawie pół roku, ale fajnie, że to wróciło. Przed nami Euro, więc będziemy mogli wszyscy spędzić razem więcej czasu.

To wszystko jest efektem przyjścia Michała Probierza?

Nie chciałbym oceniać już tego, co było wcześniej, ale myślę, że za sprawą trenera Probierza bardzo dużo się zmieniło w pozytywnym znaczeniu. Teraz to wygląda naprawdę super i tak powinno wyglądać zawsze.

Co takiego wprowadził selekcjoner w tym celu?

Myślę, że było dużo takich rzeczy, jak choćby nasze wspólne kolacje czy zabawy integracyjne, które widać w kulisach na kanale "Łączy nas piłka". Na jednym z poprzednich zgrupowań zarządził nawet quiz, w którym były śmieszne pytania na temat każdego z nas. Trener Probierz, z którym pracowałem w Jagiellonii, umie wprowadzić do zespołu atmosferę i raz jeszcze to potwierdził. Naprawdę wiele się pod tym względem zmieniło w drużynie i za tym idzie nasza lepsza gra, bo myślę, że mentalność jest w tym wszystkim najważniejsza.

Z Michałem Probierzem współpracowałeś w Jagiellonii w latach 2014-17. Jak zmienił się od tego czasu?

Takich osób, które współpracowały z trenerem Probierzem, jest w naszej kadrze znacznie więcej i myślę, że chyba żadna z nich nie powie na niego złego słowa.

Gdy jako 17-latek przychodziłem do Jagiellonii Probierza, wchodziłem do szatni trochę przestraszony. Teraz jestem już bardziej doświadczonym piłkarzem. Mam z trenerem naprawdę dobre relacje, mogę z nim porozmawiać o wszystkim. Sam często do mnie dzwonił, szczególnie w grudniu, po nieprzyjemnej sytuacji w meczu z Czechami (Świderski źle się poczuł i został zabrany do szpitala na badania - red.). Selekcjoner dzwonił, pytał się o moje zdrowie i samopoczucie, to było naprawdę miłe. W Jagiellonii nie mieliśmy aż tak bliskiego kontaktu.

Gdy wtedy w przerwie meczu z Czechami okazało się, że nie możesz grać dalej, to długo nie wiedzieliśmy, co się z tobą dokładniej stało.

Na szczęście, nic wielkiego się nie stało. Zakręciło mi się w głowie, sam nie wiem dlaczego. Po chwili do tego doszły nerwy, bo coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy.

Straciłeś wtedy przytomność?

Nie, na szczęście aż tak źle nie było. Chłopaki mówiły później, że im też się dość ciężko oddychało. Badania nie wykazały niczego złego i już następnego dnia mogłem trenować z drużyną. Nawet wszedłem z ławki na pół godziny meczu z Łotwą.

Sam jednak później wspominałeś mi, że jeszcze przez jakiś czas towarzyszył ci niepokój związany z tą sytuacją.

Tak, zrobiłem sobie później serię dodatkowych badań, które także wykluczyły jakiekolwiek nieprawidłowości. Przez pewien czas zostawało to nieco w głowie, ale po meczach reprezentacji sezon dobiegł końca, więc miałem chwilę, by odpocząć. Po powrocie do Charlotte na okres przygotowawczy wszystko wróciło do normy i taka sytuacja się nie powtórzyła.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Cardiff - jak się wam oglądało te karne z perspektywy ławki rezerwowych?

Trudno, bo już człowiek tylko czekał i patrzył, co się wydarzy, a niczego nie mógł zrobić. Można było jedynie liczyć na to, że każdy będzie trafiał, a Wojtek Szczęsny coś złapie i całe szczęście tak było. Możemy się tylko cieszyć, że mamy Wojtka w bramce. Już na mistrzostwach świata pokazał, jak potrafi bronić karne i cieszę się, że znów mu się to udało. Został bohaterem, los mu trochę oddał za te trudne poprzednie lata w kadrze, gdy często był przez wielu kwestionowany. Był nam bardzo potrzebny w tym momencie i nie zawiódł. 

Ten awans bardzo cieszy, przed nami kolejny fajny turniej, silna grupa, do tego zagramy blisko domu. W Niemczech pewnie będzie bardzo dużo naszych kibiców, więc nic tylko trenować i czekać na Euro.

Po raz pierwszy w XXI wieku reprezentacja Polski pojedzie na wielki turniej skazywana przez wielu na pożarcie w grupie z Francją, Austrią i Holandią.

Na papierze na pewno faworytem naszej grupy nie jesteśmy, ale będziemy mieli chwilę, by się do tego turnieju przygotować, zagramy też dwa mecze towarzyskie. Wierzę, że to będzie dobry turniej w naszym wykonaniu i troszeczkę w nim namieszamy.

Gdzie należy szukać powodów do optymizmu?

Naszym atutem będzie drużyna, choć indywidualności też nam nie brakuje. Wiadomo, że mamy "Lewego", który gra w Barcelonie i jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Mamy "Zielka", mamy Wojtka w bramce. Tak więc można powiedzieć, że mamy liderów w każdej formacji. I do tego też dużo młodych zawodników, którzy są głodni wielkiej piłki. Pokazują w kadrze, że nie boją się grać, że potrafią to robić. Mam nadzieję, że to doświadczenie z baraży, z takiego meczu jak ten z Walią, tym młodszym zawodnikom też pomoże i pokaże, że razem możemy rywalizować z silnymi zespołami. Wierzę, że tak też będzie na Euro. Że pojedziemy tam pewni siebie, bez strachu i będziemy w stanie coś dobrego tam ugrać.

Holandia w Hamburgu, Austria w Berlinie i na koniec Francja w Dortmundzie. A ty sam na który mecz najbardziej czekasz?

Na razie trzeba być zdrowym i powalczyć w ogóle na wyjazd na mistrzostwa. Wcale nie czuję się jeszcze pewniakiem w tej kadrze, ale zrobię wszystko, aby się w niej znaleźć.

Te starania będziesz czynił poprzez nowy klub. W styczniu było nerwowo do samego końca, mam wrażenie, że sam już traciłeś nadzieję na powrót do Europy, ale ostatecznie udało ci się przejść do włoskiej Serie A, do Hellasu Werona.

Z pewnością kosztowało mnie to trochę nerwów, aczkolwiek przez cały czas byłem w kontakcie z moim agentem Mariuszem Piekarskim. On z kolei mówił, że spokojnie, że coś będzie na pewno. I tak gdzieś na dwa-trzy dni przed końcem okienka odezwał się Hellas. Udało się wszystko dogadać i trzeba było od razu lecieć do Włoch. Na pewno jest to fajne doświadczenie - nowa, silna liga, jedna z topowych na świecie, w której fajnie jest się sprawdzić i rozwijać, bo myślę, że każdy trening, każde minuty na boiskach Serie A robią ze mnie lepszego piłkarza.

Duże słowa uznania dla Charlotte, że pomogło mi załatwić wszystkie formalności w USA. Zostawiłem klucze pani z klubu, która opiekowała się piłkarzami. Wszystkim się zajęła, oddała mój apartament. Wiadomo, że w Stanach trzeba oddać pusty, więc wszystko z tego apartamentu też musiało zniknąć... Trochę się porozdawało, trochę ktoś tam zabrał i fajnie, że w klubie pomogli mi zdać to mieszkanie, bo nie miałem osobiście jak tego zrobić. Wiadomo, że jeszcze kilka spraw jest tam do załatwienia, ale myślę, że w wakacje będzie czas na to, żeby polecieć do Stanów i to wszystko pozamykać. Na razie to wszystko trochę było robione na wariackich papierach, ale takie jest życie w piłce nożnej i czasem takie rzeczy się dzieją. Trzeba było się szybko spakować i lecieć.

Przechodząc do klubu z Werony, wiedziałeś, jak wiele zmian tam zachodziło w końcówce zimowego okna i że drużyna będzie budowana praktycznie od nowa?

Na pewno do drużyny w tym okienku doszło wielu nowych chłopaków i kilku ważnych odeszło, ale fajnie, że na boisku nie było widać tego problemu. Szybko zaczęło to funkcjonować i od lutego punktujemy regularnie. Wygraliśmy z bezpośrednimi rywalami, jak Lecce i Sassuolo, zremisowaliśmy z Juventusem, a i z Napoli też graliśmy fajne spotkanie, nie powinniśmy go przegrać.

W walkę o utrzymanie w Serie A zamieszanych jest wielu Polaków. Poruszaliście ten temat na zgrupowaniu kadry?

Tak, nie zabrakło żartów i docinek. Żartowaliśmy sobie z "Beresiem" (Bartoszem Bereszyńskim - red.): "Do zobaczenia w barażu", bo we Włoszech przy równej liczbie punktów o utrzymaniu decyduje baraż. Mam nadzieję jednak, że całej naszej grupie, w tym przede wszystkim mnie i "Pawce" (Pawłowi Dawidowiczowi - red.), uda się uciec od strefy spadkowej. Niech reszta się martwi. Choć nie będzie to łatwe, bo jest nas tam naprawdę wielu.

Paweł Dawidowicz pomagał ci zaaklimatyzować w Weronie?

Na początku rozmawialiśmy, ale on akurat mieszka 30 km od Werony, bliżej ośrodka treningowego, a ja mieszkam w samym centrum miasta. Więc mieszkanie i auto sam sobie ogarniałem. Dużo mi pomogli dwaj Słowacy – Ondrej Duda i Tomas Suslov, którzy mówią po polsku. Ondrej dał mi namiar na pana, od którego wynajmował auto, pomógł mi też z internetem. Z Tomasem kupowałem telewizor w centrum i nieśliśmy go sami 500 metrów do mojego apartamentu. Do tego dał mi namiar do pani od mieszkań, która pokazuje i pomaga wynająć mieszkanie. Jestem im za to wdzięczny.

Czy walka o utrzymanie Hellasu to też jest walka o przyszłość Karola Świderskiego?

Do końca sezonu jestem zawodnikiem Hellasu i najważniejsze jest dla mnie utrzymanie, a na tym, co będzie dalej, na razie się nie skupiam. Mam nadzieję, że zdrowie dopisze w ostatnich dwóch miesiącach i będę mógł pomóc drużynie w Serie A, a potem reprezentacji na Euro 2024. Wiele będzie zależało też od tego, ile jeszcze bramek uda mi się strzelić na włoskich boiskach.

Co do bramek, to do potencjalnego utrzymania Hellasu już się przyczyniłeś arcyważnym, zwycięskim golem przeciwko Sassuolo.

Fajne przeżycie. Graliśmy u siebie, po błędzie obrońcy od połowy boiska biegłem sam na sam, więc myśli było dużo, ale najważniejsze, że piłka wylądowała w siatce i wygraliśmy to spotkanie. Te trzy punkty dużo nam dały. Mam nadzieję jednak, że na jednej bramce się skończy, że będzie ich więcej. W ostatniej kolejce z Milanem też miałem fajną sytuację. Szkoda, że nie wpadło, ale może następnym razem będzie lepiej.

Mogłeś po tym golu jeść w Weronie za darmo?

Haha, aż tak to nie wiem, nie sprawdzałem.

Odczuwasz duży przeskok po grze w Grecji i MLS?

Na pewno nie jest łatwo, choćby ze względu, że w Serie A napastnik nie ma wielu sytuacji. W MLS z kolei nie jest tak źle, tam futbol jest bardziej otwarty. Jest więcej strat, więcej przestrzeni do atakowania. Tempo gry często jest szybsze, gra toczy się "box to box". We Włoszech jest więcej taktyki, bo nawet jak graliśmy z Milanem, to gdy rywal prowadził 2:0, oddał nam piłkę i inicjatywę, czekając na kontratak. Do tego topowe zespoły w Serie A mają z przodu zawodników, którzy naprawdę są w stanie zrobić różnicę. Choćby w grze jeden na jednego, której tu jest bardzo dużo.

Jak silna jest twoja pozycja w Hellasie? Bo ten początek na razie rewelacyjny nie jest i można odnieść wrażenie, że jesteś póki co pierwszym do wejścia z ławki rezerwowych.

Tak trochę jest. Na pewno zdrowie mi na początku nie dopisało, bo odkąd tu przyszedłem, trzy razy skręciłem tę samą kostkę. Te problemy troszeczkę zdrowotne mnie wybijają z rytmu, bo często nie mogłem trenować, ale cieszę się, że chociaż w meczach mogłem grać. Gdy wchodzę z ławki, to przeważnie gdzieś na 35-40 minut, tak że myślę, że na ten moment jestem takim "superrezerwowym". A mówiąc na poważnie, to mam nadzieję, że w ostatnich meczach sezonu zdrowie dopisze i wskoczę do pierwszego składu.

Obserwujesz jeszcze ekstraklasę? Twój były klub robi w tym sezonie furorę.

Oczywiście, że tak! Przez cały czas śledzę Jagiellonię, oglądałem jej ostatni spektakl z ŁKS, wygrany 6:0. Cieszę się, że chłopaki tak dobrze grają, bo myślę, że jest to najlepiej wyglądający obecnie zespół w naszej lidze. Mam też dobry kontakt z trenerem Siemieńcem, czy też z asystentem Grzybem, z którymi często piszemy czy rozmawiamy. Życzę im jak najlepiej. Miło się obecną Jagiellonię ogląda, bo mam wrażenie, że dawno nie było zespołu w ekstraklasie, który tak dominował nad rywalami. Tak było nawet w przegranym meczu z Lechem, bo z tego, co pamiętam, to w drugiej połowie Lech nie mógł nic zrobić. Oglądam i kibicuję Jagiellonii, jej zwycięstwa wciąż mnie bardzo cieszą.

Mam nadzieję, że uda się jej zdobyć mistrzostwo, aczkolwiek dobrze życzę też Śląskowi Wrocław, z którym trenowałem zimą. Niech wygra lepszy!

Czyli jak będzie feta w Białymstoku, to wpadniesz?

Jak mnie zaproszą i będę miał już wolne, to przyjadę!

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.