Polak robi furorę we Włoszech. Nawet Buffon jest zachwycony. "Mini Haaland"

Antoni Partum
Chwali go Gianluigi Buffon, ale trudno się dziwić, bo stał się czołowym napastnikiem Serie B. Stylem gry przypomina Erlinga Haalanda. - Raczej jestem taki "mini Haaland" - śmieje się Adrian Benedyczak, napastnik Parmy, w rozmowie ze Sport.pl. Piłkarz, ale i fanatyk futbolu. - Jaram się futbolem na maksa! - opowiada w obszernej rozmowie.

Adrian Benedyczak to wychowanek Pogoni Szczecin, skąd kupiła go Parma za ok. 2,5 miliona euro. W pierwszym sezonie wbił w Serie B sześć goli, a w tym ma już na koncie osiem. W ostatnich tygodniach stał się czołowym napastnikiem ligi, a Parma ma realne szanse na awans. O Benedyczaku zrobiło się głośno także za sprawą świetnych występów w młodzieżówce. Kibice z pewnością pamiętają sensacyjną wygraną 4:0 z Niemcami, gdy Adrian zdobył dwie bramki. Dziś 22-latek marzy o pierwszej reprezentacji. I wygląda na to, że nie buja w obłokach. To dobra okazja, by go lepiej poznać.

Zobacz wideo Skandaliczna sytuacja w polskiej lidze

Antoni Partum: W 2022 roku zdobyłeś trzy ligowe bramki. Jest początek maja, a ty w 2023 roku masz już na koncie siedem goli. Skąd nagły wybuch formy?

Adrian Benedyczak: Przede wszystkim zaakceptowałem nową pozycję. Kiedyś grałem jakoś środkowy napastnik, dziś trener ustawia mnie bliżej lewego skrzydła. Potrzebowałem nieco czasu, aby zrozumieć na czym polega moja nowa rola. Widzę też, że mam coraz większe zaufanie na boisku u moich kolegów. No i kwestia zdrowotna. Kilka tygodni temu podleczyłem kolano, którego uraz mi przeszkadzał trenować na pełnych obrotach. Nadal nie jest idealnie, ale czuję znaczną poprawę.

Ale wolisz grać na środku ataku czy na skrzydle?

- Preferuję rolę "9", ale jestem szczęśliwy, że mogę grać. Nieważne gdzie, byle być na boisku. Cieszę się z nowej roli, bo to mnie rozwija. Myślę, że trener też jest zadowolony, że ma uniwersalnego gracza.

Latem 2021 roku trafiłeś do Parmy. Jak przeżyłeś przeprowadzkę do nowego kraju i do nowej ligi?

- Szybko się zaaklimatyzowałem, bo przeprowadziłem się z moją żoną, więc było łatwiej. Włoski rozumiałem po kilku miesiącach, a po pierwszym sezonie już nie było żadnych kłopotów z komunikacją. A co do perspektywy piłkarskiej, to początki były trudne ze względu na upały. Jak graliśmy mecze około godz. 14, to słońce dawało się we znaki. Pamiętam debiut z Lecce przy 35 stopniach. Po pierwszym kwadransie myślałem, że zdechnę. Organizm nie był dostosowany do takiej pogody. No i treningi były zupełnie inne.

No właśnie. Mówi się, że włoski futbol to akademia taktyki dla zawodników z zagranicy. Podpiszesz się pod tym?

- To skomplikowana kwestia. Zaczynałem pod okiem trenera Enzo Mareski, który dziś jest asystentem Pepa Guardioli w Manchesterze City. U Mareski treningi były takie, że buzia sama się cieszyła, bo skupialiśmy się tylko na zajęciach z piłką. Zaczynaliśmy od "dziadka". I były różne urozmaicenia tej formuły. Później mnóstwo gierek na utrzymanie, a na końcu treningu sparing. Nawet jak mieliśmy ćwiczenia interwałowe, to i tak z piłką.

Po zaledwie 14 meczach Maresca został zwolniony. Co poszło nie tak?

- To na pewno bardzo zdolny trener, który wyznaje podobną filozofię gry co Guardiola. Może jednak nie miał odpowiednich graczy, by realizować na sto procent swoją taktykę? Gdyby prowadził zespół w Serie A, to jego pomysły mogłyby wypalić.

U nas próbował robić to samo, co Pep. Na przykład kazał bocznym obrońcom schodzić do środka pola, by robić przewagę w drugiej linii. Problem w tym, że nie mieliśmy piłkarza, który byłby dobry w defensywie jako boczny obrońca, a zarazem potrafił świetnie rozgrywać piłkę w roli fałszywego środkowego pomocnika. W Serie B dużo drużyn jest głęboko cofnięta, więc trudno było przeciwko nimi grać, bo stawiali autobus i tyle.

A inni trenerzy?

- Przeszedł trener Beppe Iachini i dużo się zmieniło. Często mieliśmy dwie rozgrzewki na treningu. Rozgrzewaliśmy się na początku treningu, a później trener potrafił przez nawet dwie godziny tłumaczyć różne schematy taktyczne. I najlepsze było, że sam wchodził na murawę i pokazywał, co mamy grać. Po dwóch godzinkach teorii znowu było się trzeba rozgrzać, bo zaczynał się już właściwy trening. W listopadzie takie treningi były ciężkie, bo były zimno, a ty musiałeś stać na środku i słuchać.

Ale byłeś ciekawy, co mówi trener, czy jednak się trochę męczyłeś?

- To było coś nowego, więc była ciekawość. Dziwne było to, że przyjeżdżaliśmy do klubu na 11-12. Mieliśmy odprawę 45 minut, godzinę. Następnie obiad o 13 i potem trening na 15:30. Czyli od 12 do 19 byliśmy w klubie. A wcześniej trenowaliśmy z samego rana i o 13 byliśmy już w domu. Dzięki tym treningom czuję się już dojrzały taktycznie. Ale obecny sztab szkoleniowy też mi bardzo pomaga, by dokładnie pokazać mi, jak się gra na skrzydle. Kiedy mam być bliżej linii, a kiedy mam wbiec w pole karne jako drugi napastnik. 

A teraz naszym trenerem jest Fabio Pecchia, u którego bardzo ciężko się trenuje. Nigdy nie miałem większego zapierdzielu. Trener ma super podejście do zawodników. Dużo rozmawiamy i analizujemy moją grę. Raz w tygodniu potrafimy indywidualnie rozmawiać. To chyba rzadkość w innych klubach.

Jak byś porównał poziom polskiej ekstraklasy do Serie B?

- Trudno to porównać. Na pewno jednak czołowe drużyny z Serie B typu Bari, Genoa, Cagliari, Frosinone czy Parma są mocne. Spokojnie poradziłby sobie w Serie A, bo chcą grać ofensywnie i mają jakościowych graczy. Dół tabeli Serie B to zespoły, które przede wszystkim skupiają się na żelaznej defensywie. Często mają podstarzałych stoperów, którzy może wiele nie biegają, ale świetnie się ustawiają, są doświadczeni, sprytni, no i mają wsparcie niemal całego zespołu. To trudna liga dla napastnika.

Tym bardziej że jesteś napastnikiem, który lubi wolną przestrzeń.

- Nie lubię, a kocham. Uwielbiam wbiec na wolne pole, pościgać się z obrońcą, czy rozciągnąć grę, by skupić na sobie uwagę przeciwników. A czasem jak grasz z dołem tabeli Serie B, to myślisz sobie "cholera, dokąd tu biec? Wszędzie ciasno, nie ma miejsca".

Miałeś inne oferty niż Parma?

- Przede wszystkim nie planowałem wyjazdu. Nie prosiłem agenta, by szukał mi klubu, ale nagle przyszła oferta Parmy i wszystko błyskawicznie się potoczyło. Tak błyskawicznie, że choć wyjeździłem godziny na kursie prawa jazdy, to nie zdążyłem zapisać się na egzamin, tylko prędko poleciałem do Włoch. Oprócz Parmy pytał się o mnie Freiburg. I to była też fajna opcja. Chcieli, żebym trenował z pierwszym zespołem, ale grał w trzecioligowych rezerwach. Wybrałem jednak Parmę, która ma wielką historię. I czułem, że łatwie będzie się tu wybić, niż z polskiej ekstraklasy.

Pamiętam Parmę z przełomu wieków, gdy grali tam Gigi Buffon, Lilian Thuram, Paulo Cannavaro, Juan Sebastian Veron, czy Hernan Crespo. Stare dzieje, ale pewnie i tak działają na wyobraźnie, co?

- No pewnie. Do dziś stare gwiazdy często tu przychodzą. W klubie spotkałem Crespo czy nawet Christo Stoiczkowa. Sama obecność takich gwiazd w ośrodku klubowym buduje atmosferę.

A kto był twoim idolem?

- Jestem mega kibicem Barcelony. Wychowałem się na Ronaldinho, a później podziwiałem Messiego. To moje wielkie marzenie, żeby kiedyś zagrać w Barcelonie.

Gdyby ktoś ciebie nie widział, a chciałby wiedzieć, jak grasz, to jakiego gracza przypominasz?

- Erlinga Haalanda. Taki "mini Haaland", bo jednak Norweg jest niesamowity. Często oglądam Manchester City i kocham to, jak Haaland wychodzi na pozycję, jak w mgnieniu oka ucieka obrońcom. Gdy Kevin De Bruyne ma piłkę, to już szukam wzrokiem Haalanda, bo wiem, że zaraz urwie się rywalom. Jak on rusza, jak on się rozpędza. Kosmos. I ja też się staram go naśladować. Też jestem szybki i wysoki, bo mam 190 cm. Erling biega około 36 km/h, ja mam wyniki około 35 km/h. W tym sezonie bliżej 34,5 km/h, bo to kolano troszkę dokucza.

Mam wrażenie, że wielu piłkarzy paradoksalnie nie interesuje się piłką, ale w twoim głosie słychać pasję.

- Jaram się futbolem na maksa. Jak mam wolny weekend, to oglądam wszystko. Ok, teraz urodził się Antek, więc nie mam tyle czasu, ale kiedy się da, oglądam każdy mecz. W Hiszpanii wszystkie mecze Barcelony, a w Anglii City. Tylko jakoś Serie A mniej oglądam.

Tak z innej beczki: ile lat ma twój tata?

- 49.

Cztery lata młodszy jest twój kolega z Parmy - legendarny Gigi Buffon. Jaki on jest, gdy kamery są wyłączone?

- Pamiętam mój pierwszy obóz z Parmą. Gigi przyjechał dopiero w połowie wyjazdu. Zobaczyłem go gdzieś na korytarzu i mówię "Ciao", a on od razu "Ooo! Polacco! Wojciech Szczęsny!". Uśmiechnął się i ciepło przywitał. Po kilku wspólnych treningach zobaczyłem, że naprawdę jest niesamowitym gościem. Niesamowitym! Szczególnie dla młodych. Daje im poczucie bezpieczeństwa, wspomaga, udziela wskazówek, żartuje. W szatni jest takim dobrym wujkiem o ogromnym autorytecie. Ale gdybyś nie wiedział, że nazywa się Buffon, to nigdy być nie pomyślał, że to najlepszy bramkarz w historii. Jest normalnym, pokornym gościem, który nie daje po sobie poznać, że jest legendą, bo wszystkich traktuje po równo. Na nikogo nie patrzy z góry. Nie ma w sobie nic z gwiazdora.

Dziś ma już 45 lat. Czy nadal trenuje na pełnych obrotach? I czy nadal zachwyca?

- Gdyby w jego wieku trenował na każdym treningu, to mogłoby to być złe dla jego zdrowia. Z zespołem trenuje na każdym ważnym treningu, a czasami, jak są mniej istotne dni, to ćwiczy indywidualnie z asystentami. Jak wrócił do zdrowia, po lekkich urazach, to wciąż widać w jego interwencjach ogromną klasę. No i daje spokój drużynie.

A ty z kim najbliżej się trzymasz w szatni?

- Ogólnie mamy zgraną całą paczkę, a w szatni przeważają młodzi. Ale najlepsze relacje mam z węgierskim stoperem Botondem Baloghem oraz z francuskim pomocnikiem Antoinem Hainautem. A spoza drużyny, mam kontakt z Marcinem Listowskim z Brescia Calcio. 

Największy kozak w drużynie?

- Franco Vázquez, były gracz Palermo i Sevilli. 34-letni Argentyńczyk jest najlepszym graczem Serie B. To taki nasz Messi. Jest nieco wyższy, ale jego wizja gry, finezja, technika jest niesamowita. Każdy napastnik marzy o takich pomocnikach.

No i Vazquez tak jak Messi, chyba nie jest fanem biegania, co?

- Zaskoczę cię, bo ostatnio mega udziela się w defensywie. Naprawdę kawał piłkarza. Ma tak cudowne podanie, że napastnicy kochają z nim grać.

A najlepszy rywal z boiska?

- Dwukrotnie grałem przeciwko Interowi. Raz w sparingu, raz w Pucharze Włoch. Lautaro Martinez to niesamowity kozak. Jestem pod wrażeniem, jak napastnicy Interu potrafili grać na jeden, dwa kontakty. I to pod naszą bramką. Świetna technika, duża szybkość i przede wszystkim boiskowe IQ.

A co Adrian Benedyczak robi w wolnym czasie?

- Mało mam wolnego czasu, najczęściej tylko jeden dzień w tygodniu. Najczęściej z żoną i synkiem idziemy na spacer do parku. No i często odwiedzają mnie rodzice. Lubimy rodziną wyjść do restauracji na kolację. Czasami pogram w FIFĘ, ale ostatnio coraz rzadziej. Raz, może dwa razy w miesiącu skoczę do Mediolanu. Raczej prowadzę spokojny tryb życia. 

Podobno we włoskich szatniach można spotkać palaczy. No i wino nie jest wam obce. Potwierdzasz?

- Papierosów nigdy nie widziałem. Może kiedyś z e-papierosem, ale akurat w Parmie nie za bardzo. Może dlatego, że mamy młody zespół? A co do wina, to nie ma problemu, by wypić lampkę. Nawet dzień przed meczem. Ale mało osób z tego korzysta.

Co najbardziej lubisz we Włoszech?

- Kocham kuchnię. I wcale nie mówię tylko o pizzy, bo akurat wolę przypieczone ciasto, a tutaj są pizze w stylu neapolitańskim, bardziej mokre od sosów. Gdybym do końca życia miał wybrać tylko jedną kuchnię, to włoską. Bez dwóch zdań. Kocham makarony, rissoto, tortellini, wszystko! No i w Parmie mamy super szyneczkę.

A co we Włoszech cię najbardziej irytuje?

- Stadiony! Kurde... serio, to jest masakra. Myślę, że niektóre stadiony z drugiej ligi polskiej są lepsze niż tu. Są archaiczne, nieodnowione. Przydałby się Włochom jakiś turniej, by poprawić stadiony. Mamy o wiele, wiele lepsze.

Pogadajmy o Polsce więc. Czy ktoś ze sztabu Fernando Santosa powiedział, że cię monitorują?

- Nie. Nie było żadnego kontaktu. Gdybym był na radarze selekcjonera, to pewnie bym dostał jakiś sygnał.

Dawid Kownacki nie dostał powołania, Krzysztof Piątek gra w kratkę, Arkadiusz Milik ma kruche zdrowie, Adam Buksa dopiero wrócił po kontuzji. Jeśli utrzymasz wysoką formę, to może dostaniesz zaproszenie na zgrupowanie jako napastnik numer cztery, pięć. Czułbyś się na siłach?

- Jestem gotowy, żeby pojechać na kadrę. Ale nie lubię tak wybiegać w przyszłość i gdybologii. Skupiam się na czerwcowych barażach o Serie A. Może jak błysnę, to ktoś się mną zainteresuje? W młodzieżówce strzeliłem osiem goli w 11 meczach, więc fajnie byłoby się sprawdzić w jedynce, ale najpierw chcę wyleczyć na sto procent kolano po sezonie. Mam 22 lata, wszystko przede mną. Gra w reprezentacji to moje największe marzenie. Nawet większe niż występy na Camp Nou, czy mecze w Lidze Mistrzów. Ale dziś skupiam się na awansie do Serie A. A w przyszłości? Nie zamykam się na inne ligi z TOP 5.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.