Kibicu, zamknij oczy, wyobraź sobie, że nie ma Lewandowskiego. I spójrz na Milika

Antoni Partum
Arkadiusz Milik w Juventusie
zrzut ekranu z https://twitter.com/juventusfc/status/1563060731276414976

Arkadiusz Milik ma pecha. I to sporego. Nie mam jednak na myśli jego kruchego zdrowia. Milik ma pecha, bo żyje w erze Roberta Lewandowskiego. Inaczej byłby - przepraszam za patos - bohaterem narodowym. Ale kibice w Polsce powinni docenić to, w jakim znalazł się miejscu, zwłaszcza gdy przypomną sobie, z czyich goli - i gdzie strzelonych - jeszcze nie tak dawno się cieszyli - pisze Antoni Partum ze Sport.pl.

Kibicu, zamknij na moment oczy i wyobraź sobie świat, w którym nie istnieje Robert Lewandowski. W tej alternatywnej rzeczywistości Arkadiusz Milik jest supergwiazdą; napastnikiem, którego każdy gol na międzynarodowej arenie to powód do dumy dla polskich kibiców. A sam Milik jest wzorem dla młodych, że nigdy nie można się poddawać. I że nawet z najtrudniejszych sytuacji można się wydostać. 

Zobacz wideo Arkadiusz Milik fanem golfa? Trafił!

Moim pierwszym świadomie obejrzanym turniejem było Euro 2000. To oznacza, że jestem z pokolenia, którego idolami byli napastnicy pokroju Macieja Żurawskiego, Tomasza Frankowskiego, Euzebiusza Smolarka, Ireneusza Jelenia czy Emanuela Olisadebe. Cieszyła nas każda zagraniczna bramka. Zarówno gole Marcina Żewłakowa w Belgii, Andrzeja Niedzielana w Holandii, jak i te, które Łukasz Sosin hurtowo strzelał na Cyprze. Na ostatnich stronach "Przeglądu Sportowego" i tygodnika "Piłka Nożna" z uśmiechem na twarzy czytało się nawet o trafieniach Pawła Abbotta, który grał w niższych ligach angielskich

Dziś Barcelona i Juventus. Wczoraj Celtic i Borussia

Dziś mamy napastnika, który regularnie trafia w czołowych ligach światach, a w CV ma Bayer, Ajax, Napoli, Marsylię i teraz Juventus, A mam wrażenie, że nie potrafimy tego docenić. Wróćmy jeszcze na moment do moich bohaterów z dzieciństwa.

Żurawski? Jego najlepszym zagranicznym klubem był Celtic, dla którego strzelił 22 gole, w tym żadnego w Lidze Mistrzów. 

Smolarek? Miał tylko jeden sezon w karierze, gdy strzelił ponad dziewięć goli, gdy w rozgrywkach 2005/06 zdobył 13 bramek dla Borussii Dortmund. W Lidze Mistrzów spędził na murawie ledwie trzynaście minut.

Jeleń? Był co najwyżej solidnym zawodnikiem w Ligue 1. W europejskich pucharach przepadał. Z dobrej strony pokazał się na mundialu w Niemczech i kilka miesięcy później, gdy zdobył cztery bramki w Pucharze UEFA. Do Ligi Mistrzów jedynie zajrzał (zagrał w niej raptem 195 minut) i gola nie strzelił.

Olisadebe? Zgoda, był kiedyś na 29. pozycji w rankingu "Złotej Piłki", ale mit zbudował na udanych eliminacjach do mundialu w 2002. Całkiem przyzwoite miał liczby w Grecji, gdy w barwach Panathinaikosu strzelił 36 goli w 111 meczach. Na więcej nie pozwoliły kontuzje.

Frankowski? Miał nosa do bramek, ale w Wolverhampton Wanderers, na zapleczu Premier League, nie trafił ani razu. Lepiej nie radził sobie na drugim poziomie w Hiszpanii. Ligi MLS już nie podbił, skończyło się na dwóch golach.

Lepiej wróćmy do Milika.

Pycha i zbyt małe ogranie. "To tylko przystanek"

Wychowanek Rozwoju Katowice szybko pokazał, że drzemie w nim duży potencjał, gdy strzelił kilka goli dla Górnika Zabrze Adama Nawałki. I chociaż miał zaledwie 19 lat, to zgłosił się po niego Bayer Leverkusen. Ale było za wcześnie na taki ruch. Milik zmienił klub po zaledwie 38 meczach w ekstraklasie. O tym, że nie był jeszcze gotowy na wyjazd, świadczyła też jego słynna wypowiedź. Gdy odbił się od Bayeru, często wracały do niego słowa, że "Bayer to tylko przystanek w jego karierze".

Milik nie pobił także Augsburga, ale w 2014 r. ściągnął go Ajax, słynący ze świetnego skautingu i renomowanej akademii. To był strzał w dziesiątkę. W Amsterdamie zdobył 47 bramek i zanotował 21 asyst. Potrzebował do tego zaledwie 75 spotkań.

Latem 2016 - po udanym Euro - zgłosiło się Napoli, które szukało następcy Gonzalo Higuaina (Argentyńczyk zdobył 36 bramek w 35 meczach ligowych i uciekł do znienawidzonego Juventusu). I choć Napoli wówczas nie szastało pieniędzmi, to dla Milika pobiło swój ówczesny rekord transferowy. Ajax zarobił 32,5 mln euro.

Milik zaczął wybornie. Już w drugim ligowym meczu zdobył dwie bramki przeciwko Milanowi (4:2), trafiał do siatki też w 1. i 2. kolejce Ligi Mistrzów. Wszystko posypało się w połowie października, gdy zerwał więzadło w kolanie. 

Wyzdrowiał na wiosnę 2017 roku, ale już jesienią doznał identycznej kontuzji. Dla wielu piłkarzy brzmiałoby to jak wyrok, ale Milik się nie poddał. Niczym Roberto Baggio i Ronaldo wrócił na właściwe tory po dwóch bardzo ciężkich kontuzjach.

No i można powiedzieć - pół żartem, pół serio - że dzięki Milikowi Dries Mertens stał się najskuteczniejszym piłkarzem w historii Napoli. Belg skorzystał z urazu Polaka i niespodziewanie zastąpił go na środku ataku. Reszta jest historią.

A Milik? W Napoli zdobył aż 48 bramek w 122 meczach, łącznie spędził na murawie 6677 minut, co oznacza, że strzelał średnio grubo ponad pół bramki na mecz (innymi słowy: strzelał co 139 minut). Taka średnia w czołowej lidze Europy to bardzo dobry wynik. Po prostu w ostatniej dekadzie optykę wielu kibiców zmieniły kosmiczne wyczyny Leo Messiego i Cristiano Ronaldo (czy obecnie Lewandowskiego).

W Neapolu nikt po Miliku nie płakał

Kibice w Neapolu nie płakali po Miliku, bo ten latem 2020 romansował z Juventusem. A nie ma na południu Włoch bardziej znienawidzonej drużyny. Aurelio De Laurentiis, ekscentryczny prezes Napoli, za karę zesłał Milika na pół roku na trybuny.

No i fani Napoli nie szlochali po Miliku, bo ten nie potrafił zastąpić jeden do jednego dwóch poprzednich wielkich napastników: wspomnianego Higuaina (80 goli w 145 meczach) oraz jego poprzednika - wielkiego Edinsona Cavaniego (104 bramki w 138 meczach).

Zimą 2021 r. zgłosiła się Marsylia. I jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie rozgrywki, to Milik rozegrał dla francuskiego klubu 55 spotkań i strzelił 30 bramek. Nieźle, prawda?

Tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę, że na 30 trafień potrzebował 3758 minut. To znaczy, że strzelał średnio co 125 minut. Jeszcze częściej, niż w Neapolu. Ale Marsylia to klub pogrążony w chaosie. Jeszcze w lipcu wydawało się, że to Milik będzie pierwszą strzelbą francuskiego klubu. Ale Polak nie dogadał się z nowym trenerem Igorem Tudorem, a klub ściągnął mu latem kilku konkurentów.

Tudor nie narzekał na brak ofensywnych piłkarzy. Ma do dyspozycji m.in. Dimitriego Payeta, Cengiza Undera, Luisa Suareza, Cedrica Bakambu, czy Alexisa Sancheza. Słowem, zrobiło się ciasno, więc Milik odszedł do Juventusu.

Fani Juventusu zawiedzeni transferem Milika

Nowym napastnikiem Juve miał zostać niechciany w Barcelonie Memphis Depay, któremu miejsce w składzie zabrał Lewandowski. Barca chętnie pozbyłaby się jego wysokiej pensji. Turyńczycy byli już podobno dogadani z Holendrem, ale w ostatniej chwili napastnik chciał otrzymać większe pieniądze. Mowa nawet o ośmiu milionach euro netto rocznie, więc temat upadł.

W teorii Depay byłby większym wzmocnieniem. Memphis jest bardzo kreatywnym zawodnikiem i mógłby pełnić kilka ról na boisku. Dobrze czuje się jako "9", ale może też z powodzeniem grać na lewym skrzydle i jako "10". 

A Milik to jednak typowa "9". Jednak, bo jeszcze kilka lat temu zachwycaliśmy się jego zmysłem do gry kombinacyjnej i jego asystami. Obserwowaliśmy to zarówno w Ajaksie, jak i w reprezentacji, gdy tworzył świetny duet z Lewandowskim. Ale fakty są takie, że od kiedy Polak opuścił Ajax, to w żadnym sezonie ligowych nie zanotował nawet trzech asyst. Być może kontuzje sprawiły, że nie jest już tak mobilny, jak kiedyś. Dziś raczej czeka na podania w polu karnym, niż samemu kreuje sytuacje kolegom.

- Kibice są bardzo krytyczni wobec Arka z dwóch powodów. A to dlatego, że zdecydowanie bardziej cenią umiejętności Memphisa. Poza tym fanów Juve irytuje, że z turyńskim klubem łączone są cały czas te same nazwiska. Milik już nie pierwszy raz znalazł się na celowniku Juventusu - mówi nam Mirko Di Natale, dziennikarz Tuttojuve.com, znający Juventus od podszewki.

Część kibiców pewnie wolałaby powrót Alvaro Moraty. Ale trzeba pamiętać, że Polak jest zdecydowanie tańszą opcją. Depay żądał ośmiu milionów, a Arkadiusz zadowolił się dwa razy mniejszą kwotą. Atletico za Moratę chciało ok. 30 mln euro, natomiast Marsylię zadowoli milion euro za wypożyczenie i dodatkowe siedem-osiem za wykup. No i dzięki skorzystaniu z tańszej opcji, Juve może zarazem sfinalizować transfer Leandro Paredesa z PSG, który ma rozruszać niemrawą drugą linię.

Jeśli spojrzymy racjonalnie na transfer Milika do Juventusu, to obie strony nie powinny żałować tej transakcji. Juventus wiele nie ryzykuje, a zyskuje napastnika, który świetnie zna ligę, zadowoli się byciem zmiennikiem Dusana Vlahovicia i jest gwarancją goli. Milik nie miał pewnego składu w Marsylii, a skoro tak, to już lepiej walczyć o jedenastkę w Turynie. Tym bardziej że z powodu mundialu czeka go intensywny sezon. Nie będzie narzekał na brak szans. To na pewno.

Skoro Milik regularnie strzela, to dlaczego stał się obiektem drwin?

Owszem, Milik strzela regularnie, ale potrafi zmarnować doskonałe okazje. Obserwując Polaka, można odnieść wrażenie, że im ma trudniejszą sytuację, tym są większe szanse, że zamieni ją na bramkę. I na odwrót: im łatwiejsza, tym dla niego trudniejsza.

W reprezentacji Polski też zmarnował kilka dogodnych okazji. W ostatnich latach jego rola została zmarginalizowana. A nie oszukujmy się... mecze Polaków może śledzić nawet kilka milionów kibiców, a spotkania Napoli około stu tysięcy. I wśród tych kilku milionów jest znacznie więcej niedzielnych fanów, którzy wyrabiają sobie opinie na temat piłkarza po meczu w kadrze. 

Coś o tym wiedzą Wojciech Szczęsny i Piotr Zieliński, którzy na Półwyspie Apenińskim cieszą się wielką renomą, ale w Polsce ciągle są podważani. Ale czy zdania niedzielnych kibiców i celebrytów w stylu Kuby Wojewódzkiego mają mieć większe znaczenie, niż tych, którzy regularnie śledzą Milika? Nie wydaje mi się.

Doceńmy Milika, bo nie wiadomo, kiedy znowu zobaczymy polskiego piłkarza w czołowym klubie Europy. Jeśli pominiemy naszych bramkarzy (Tomasza Kuszczaka i Jerzego Dudka) oraz - na chwilę wymazanego z pamięci - Lewandowskiego, to musielibyśmy się cofnąć do Zbigniewa Bońka, piłkarza Romy i właśnie Juventusu. Albo wspominać, jak cieszyliśmy się z każdego gola Niedzielana w barwach NEC Nijmegen, czy liczyliśmy na choćby jedno trafienie Grzegorza Rasiaka w Tottenhamie.

Ale Milik wciąż może przekonać nieprzekonanych. Już w sobotę Juventus zmierzy się z Romą, więc można wykonać pierwszy krok. Teraz piłka po stronie Milika.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...