Jose Mourinho tylko bezradnie patrzył. "To najlepszy obraz jego upadku". Koniec legendy

Konrad Ferszter
Jeszcze kilka lat temu uważano go za najlepszego trenera na świecie, a dziś jego kariera znajduje się na coraz ostrzejszym zakręcie. Po klęsce w Tottenhamie Jose Mourinho rozczarowuje w Romie, która w lidze tak źle nie punktowała od 43 lat. "The Special One" już dawno nie jest wyjątkowy, a coraz bardziej zaczyna przypominać trenera wypalonego i skończonego.

9 - tyle meczów w 21 kolejkach tego sezonu Serie A przegrała AS Roma. Tak złych statystyk zespół ze stolicy Włoch nie miał od 43 lat. Za ten dołek odpowiada m.in. trener zespołu - Jose Mourinho - niegdyś niemal cudotwórca, dziś już tylko trener ze znanym nazwiskiem. 

Zobacz wideo Fabio Cannavaro chce wykorzystać reprezentację Polski. "Zaczynają się ścigać"

W niedzielę AS Roma przegrała u siebie z Juventusem 3:4, mimo że 70. minuty prowadziła 3:1. Drużyna Mourinho w siedem minut straciła jednak trzy gole i zamiast odnieść spektakularne, być może przełomowe zwycięstwo, poniosła bolesną klęskę. 

- Ten mecz i sposób, w jaki Roma straciła trzy punkty, są najlepszym zobrazowaniem upadku Mourinho. Przecież jeszcze kilka lat temu nikt nawet by nie pomyślał, że przy prowadzeniu 3:1 na 20 minut przed końcem meczu zespół Portugalczyka może przegrać. Przyzwyczailiśmy się, że Mourinho "zabijał" takie spotkania. W niedzielę nie zrobił jednak nic i bezradnie patrzył, jak Juventus spektakularnie wraca do gry - mówi nam Julian Kowalski, komentator stacji Eleven Sports.

W gigantach nie spełnił wszystkich oczekiwań

Włochy, a konkretnie Roma, miały być miejscem, w którym Mourinho odbuduje swoją reputację i karierę po tym, jak jego mit boleśnie upadł w Anglii. Trener, który kilkanaście lat temu właśnie na Wyspach ustabilizował swoją pozycję wśród najlepszych fachowców na świecie, z Premier League odszedł w kwietniu zeszłego roku z łatką człowieka przegranego, skłóconego z całym środowiskiem.

Jego powolny upadek widoczny był gołym okiem, bo choć po powrocie na Wyspy Mourinho wciąż zdobywał trofea, to wszędzie zostawiał za sobą spaloną ziemię. W ciągu drugiej kadencji w Chelsea Portugalczyk wygrał Premier League i zagrał w półfinale Ligi Mistrzów, ale klub ze Stamford Bridge opuścił, zostawiając go na 16. miejscu w lidze z rekordową liczbą dziewięciu porażek w 16 kolejkach.

Podobnie było w Manchesterze United, gdzie Mourinho miał nawiązać do wyników osiąganych za kadencji sir Alexa Fergusona. Skończyło się na wygraniu tylko Ligi Europy i Pucharu Ligi Angielskiej. Portugalczyk opuścił klub po 17 kolejkach sezonu 2018/19, gdy do prowadzącego w tabeli Manchesteru City tracił aż 19 punktów.

W Tottenhamie żegnali go bez żalu

Na końcu jego kariery w Anglii był Tottenham. Tottenham, do którego Mourinho już na pierwszy rzut oka w ogóle nie pasował. Bo gdy fani z północy Londynu cieszyli się ze stylu, w jakim drużyna Mauricio Pochettino wdarła się do finału Ligi Mistrzów i pierwszej czwórki w Premier League, klub w roli jego następcy zatrudnił szkoleniowca z kompletnie innej bajki.

Mourinho nie musiał stawiać na młodych zawodników, nie musiał też odnosić efektownych zwycięstw. On miał dać klubowi trofea, których zabrakło za romantycznej kadencji Pochettino. Chociaż Portugalczyk pracę zaczął kompletnie nie w swoim stylu - wyluzowany, uśmiechnięty, z dystansem do siebie - to skończył ją jak dwie poprzednie.

Co charakterystyczne, Tottenham zwolnił Mourinho na sześć dni przed finałem Pucharu Ligi Angielskiej. Portugalczyk miał dać klubowi trofea, ale ten rezygnował z niego przed decydującym meczem, by jakiekolwiek szanse na to trofeum ratować. Bo w to, że Mourinho poprowadzi Tottenham do zwycięstwa z City, nie wierzył nikt.

"Gdy eksperci mówili, że gra archaiczną piłkę, nie nadąża za trendami, z czasem gorzknieje i w kolejnych klubach popełnia te same błędy, on odpowiadał: wygrywam" - po dymisji Mourinho pisał na Sport.pl Dawid Szymczak. "Ale to już nieaktualne. Upada ostatni mit Mourinho. Przez półtora sezonu w Tottenhamie nie dość, że niczego nie wygrał, to nawet nie przybliżył zespołu do poważnych trofeów. Sezon przed jego przyjściem Tottenham skończył na szóstym miejscu, teraz jest siódmy, niemal bez szans na awans do Ligi Mistrzów".

"Pożegnania z klubami mówią o losach Mourinho najwięcej. Znamy te historie sprzed lat, gdy taki twardziel, jak Didier Drogba płakał w szatni, dowiedziawszy się, że trener odchodzi z Chelsea. Widzieliśmy Marco Materazziego po finale Ligi Mistrzów, gdy wypłakiwał się Portugalczykowi w rękaw. Szlochali po nim też w Porto. W Madrycie żegnali z klasą, bo chociaż upragnionej Ligi Mistrzów nie wygrał, pasjonująco walczył z najlepszą Barceloną w historii. Od paru lat za Mourinho nie płacze już nikt. Ani w Chelsea, ani w Manchesterze United, ani w Tottenhamie. Teraz jego zwolnienia dają nadzieję, wiarę, że następca lepiej wykorzysta potencjał".

Eurofia, która szybko uleciała

Powrót do Włoch miał być dla Mourinho nowym otwarciem. Po spaleniu ziemi w Anglii, gdzie jeszcze niedawno uważano go za najlepszego trenera na świecie, Portugalczyk wrócił do kraju, w którym jego mit przetrwał. Chociaż 58-latek poniósł klęskę na Wyspach, to we Włoszech wciąż pamiętano, co zrobił z Interem Mediolan i jak efektownie wygrał z nim Ligę Mistrzów w 2010 roku.

Związek z Romą miał być tym idealnym, niosącym korzyści dla obu stron. Oto bowiem trener na poważnym zakręcie trafił do klubu, który od lat nie potrafi sprostać własnym ambicjom. Obie strony miały coś do udowodnienia całemu światu.

Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl

- Zatrudnienie Mourinho w Romie wywołało dużą euforię w środowisku związanym z klubem. Swoim charakterem i mentalnością zwycięzcy miał tchnąć w klub nowego ducha - mówi Kowalski. - Odbiło to się zresztą też na samych kibicach, którzy wreszcie zaczęli przychodzić na stadion w dużej liczbie niezależnie od przeciwnika. Mourinho jest dziewiątym trenerem drużyny od 2011 roku. Portugalczyk miał dać nie tylko wyniki, ale też upragnioną stabilizację.

Mourinho pracę w nowym klubie zaczął obiecująco, bo od trzech ligowych zwycięstw z rzędu. Do tego dołożył pewny awans do fazy grupowej Ligi Konferencji UEFA, rozbijając w dwumeczu Trabzonspor 5:1. Czar Portugalczyka prysł jednak bardzo szybko. 

Dziś Roma ma na koncie dziewięć porażek w lidze, z czego większości doznała w meczach z drużynami z czołówki: Interem, Milanem (dwa razy), Juventusem (dwa razy) i Lazio. Ponadto zespół notował wpadki z drużynami notowanymi zdecydowanie niżej jak 12. w lidze Hellas Werona, 13. Bologna czy 17. Venezia. Do tego należy dodać kompromitującą klęskę 1:6 z Bodo/Glimt w Lidze Konferencji UEFA. Była to najwyższa porażka w karierze Mourinho.

- Na usprawiedliwienie Portugalczyka można powiedzieć, że jest w trakcie sezonu przejściowego i na pewno dostanie jeszcze czas na zbudowanie zespołu na swoją modłę. Ale faktem jest też to, że euforia związana z jego powrotem zaczęła powoli się ulatniać. W jego zachowaniach w Rzymie widać coraz więcej tych rzeczy, które gubiły go w poprzednich klubach - mówi Kowalski.

Wielki trener i za słabi piłkarze

O jakich rzeczach mowa? Chodzi na przykład o wypowiedzi, w których Mourinho nie bierze odpowiedzialności za porażki. Podział na wybitnego trenera i zbyt słaby zespół w słowach Portugalczyka szczególnie mocno wybrzmiał po niedzielnej porażce z Juventusem.

- Gdy straciliśmy gola na 3:2, pozwalając Juventusowi na powrót do meczu, do naszej gry wkradł się strach. To kwestia jakichś psychologicznych kompleksów moich zawodników. Dla mnie ten bliski wynik nie był problemem, ale dla nich był. Zawodnicy muszą odnaleźć odpowiedni charakter, ale część z nich jest na to za miła i za słaba - powiedział Mourinho.

I dodał: - Sądziłem, że będę miał tu nieco łatwiej. W tej grupie piłkarzy brakuje jednak osobowości. Chciałbym wypełnić swój kontrakt, ale będę potrzebował pomocy ze strony zarządu. Niektórzy zawodnicy nie potrafią wyjść ze strefy komfortu i satysfakcjonuje ich jedynie walka o szóste miejsce. Już po meczu z Milanem powiedziałem chłopakom, że muszą stać się podobni do mnie.

- Mourinho jak zawsze chce stawiać na wybranych przez siebie zawodników. W Romie wyselekcjonował już taką grupę, reszty szukać będzie na rynku transferowym - zauważa Kowalski. - Problem w tym, że ci, na których stawia, zawodzą, a sam Portugalczyk nie miał ostatnio szczególnie dobrej ręki do wzmocnień. W Manchesterze United i Tottenhamie wydał mnóstwo pieniędzy, ale większość ze sprowadzonych przez niego piłkarzy zawiodła.

- Mourinho narzeka na wąską kadrę i niewielki wybór zawodników, ale to on spalił część grupy swoimi krytycznymi wypowiedziami po meczu z Bodo/Glimt. Po tamtym spotkaniu rezerwowi mogli poczuć, że nie mają dla Portugalczyka żadnej wartości. Nie jest jednak tak, że Mourinho nie miał w ogóle jakości wśród rezerwowych. Portugalczyk sam lekką ręką oddał do Getafe Borję Mayorala czy Gonzalo Villara, którzy co prawda nie byli gwiazdami, ale za kadencji poprzedniego trenera potrafili dawać Romie impuls. Hiszpanie nie spodobali się jednak Mourinho, który woli stawiać na surowych wyrobników, walczaków jak Bryan Cristante, Gianluca Mancini czy Carles Perez.

"Nie widać wielu pozytywów i przesłanek, że będzie lepiej"

Lekceważące podejście do zawodników z drugiego planu nie tylko zaprowadziło Mourinho w ślepą uliczkę, ale też jeszcze mocniej ograniczyło go do jednego planu taktycznego. - Portugalczyk już dawno przestał być trenerem elastycznym. Chociaż apelował do swoich piłkarzy, by potrafili reagować na to, co dzieje się na boisku, to sam ma z tym duży problem - mówi Kowalski.

I dodaje: - Mourinho uparł się na jeden sposób grania i trzyma się go niezależnie od okoliczności. Portugalczyk nie patrzył na zawodników i ich możliwości, tylko teraz szuka graczy, którzy będą pasowali do jego filozofii. Mourinho nie ma tego, czym np. na sukces i szacunek w Lazio zapracował Simone Inzaghi. Włoch wszedł do szatni, spojrzał na możliwości i do tego dobrał odpowiednią taktykę.

- Ten upór sprawił, że Mourinho został oszukany niemal przez wszystkich trenerów z czołówki Serie A. Jego Roma z silniejszych rywali ograła tylko Atalantę, co przez chwilę dawało nadzieje kibicom z Rzymu. Porażki z Milanem i Juventusem te nadzieje szybko jednak zabiły. Problemem jest też to, że choć Mourinho pracuje w klubie od kilku miesięcy, to wciąż narzeka, że jego drużyna nie ma charakteru. A może to jego wina, że nie potrafi natchnąć zespołu? - zastanawia się Kowalski.

Jaka więc przyszłość czeka Portugalczyka w Romie i czy już definitywnie można powiedzieć, że jego czas na najwyższym poziomie się skończył?

- Mourinho dostał trzyletni kontrakt i podejrzewam, że przed nim jeszcze sporo czasu na zbudowanie drużyny. Czy jego misja zakończy się powodzeniem? Mam spore wątpliwości. Na razie nie widać wielu pozytywów i nie ma wielu przesłanek, które pozwalałyby sądzić, że będzie lepiej. Za dużo w Romie jest "starego" Mourinho, który irytował na Wyspach. Włoska cierpliwość też może się skończyć. A wtedy trudno mi wyobrazić sobie, by Portugalczyk znalazł jeszcze pracę w największych klubach w Europie - kończy Kowalski. 

Więcej o: