Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Prezesie, kup Polaka!". Polscy piłkarze podbijają jedną z najlepszych lig na świecie

Za nami kolejny sezon Serie A, po którym chce się zakrzyknąć: włoski prezesie, kup Polaka! Nie pożałujesz. To naprawdę się opłaca. I wam, i nam.

36 Brazylijczyków, 24 Argentyńczyków i 15 Polaków. Wśród cudzoziemców w Serie A stanowimy trzecią najliczniejszą grupę. Czemu Włosi pokochali Polaków? - Na pewno sprzyja fakt, że jesteśmy tani, a od kilku lat kolejni zawodnicy, a co za tym idzie menedżerowie, robią nam reklamę. Ważna jest także nasza kultura pracy. Polacy mają umiejętność asymilacji w różnych kręgach kulturowych. Mamy naturę karną. Wyjeżdżamy i wiemy, że trzeba ciężko pracować, żeby się utrzymać. Potrafimy zakasać rękawy, nauczyć się języka. Jesteśmy też bardziej pokorni niż np. większość cudzoziemców z terenów byłej Jugosławii - uważają Piotr Dumanowski i Dominik Guziak, komentatorzy Eleven Sports oraz autorzy książki "W Krainie piłkarskich bogów. O Polakach w Serie A"

Brzmi zbyt pięknie? Jeśli przeanalizujemy transfery Polaków do Serie A z ostatnich lat, to niemal każda transakcja była udana dla wszystkich trzech stron: obu klubów i piłkarza. Najgłośniej jest oczywiście o trio: Piotr Zieliński, Arkadiusz Milik i Wojciech Szczęsny. Ten pierwszy wyrósł na pomocnika niezbędnego Napoli, Milik szykuje się do odejścia, ale Napoli na tym transferze na pewno nie straciło, a Szczęsny właśnie został wybrany najlepszym bramkarzem ligi.

Ale liderami w swoich zespołach są także inni Polacy. Karol Linetty opuścił Lecha Poznań w 2016 roku za trzy miliony euro. Dziś jest kluczowym zawodnikiem Sampdorii, który został nawet umieszczony w najlepszej drużynie dekady klubu z Genui. Pół roku po Karolu do Sampdorii dołączył Bartosz Bereszyński, na którym Legia zarobiła niespełna dwa miliony euro. 28-latek nie doczekał się jeszcze indywidualnej nagrody, ale ma na swoim koncie ponad 100 meczów na Półwyspie Apenińskim i od kilku sezonów jest graczem podstawowego składu.

Świetną renomę mają także bramkarze. Jagiellonia Białystok sprzedała Bartłomieja Drągowskiego jako nastolatka, dziś bramkarz ma 22-lata, za sobą fantastyczne mecze w bramce Fiorentiny i jeden z najdłuższych staży w drużynie. Renomę ma także Łukasz Skorupski, bramkarz Bologni. W 2013 roku Górnik Zabrze sprzedał go do Romy za 900 tysięcy euro. Pięć lat później Bologna odkupiła go za dziesięć razy więcej.

A to jeszcze nic przy biznesie, jaki Genoa zrobiła na Krzysztofie Piątku: kupiła go za cztery i pół miliona euro, by po pół roku sprzedać do Milanu za 35 mln. W Milanie Piątek po rewelacyjnym początku zgubił pewność siebie, wpadł w kryzys, ale Milan i tak był w stanie sprzedać go do Herthy za dobrą cenę, z bonusami ponad 25 milionów euro. 

Start bywa trudny, ale to tylko złe miłego początki

- Przed wyjazdem nie miałem oczekiwań w stylu, że chcę rozegrać konkretną liczbę meczów. Po prostu chciałem występować tak często, jak to możliwe.  Początki nie były jednak łatwe. Cudzoziemcowi trudno od razu wskoczyć do pierwszego składu, tym bardziej jeśli drużyna, tak jak Genoa, broni się przed spadkiem i często zmieniają się jej trenerzy - uważa Filip Jagiełło, którego rok temu Zagłębie Lubin sprzedało za dwa miliony euro. Jagiełło miał w Genoi już trzech trenerów. - Tak naprawdę oni mnie w ogóle nie znali, więc nie dziwne, że korzystali z tych, których dobrze już kojarzyli. Trenerzy nie stawiają od razu na młodych cudzoziemców. Mija trochę czasu, zanim zawodnik z polskiej ligi zaadaptuje się w Serie A. Z perspektywy czasu widzę, że początkowo nie byłem gotowy do gry. Mogłem się lepiej ustawiać i mądrzej biegać. Dopiero w końcówce sezonu zacząłem regularnie występować, choć uważam, że wcześniej już byłem gotów. Dałem dobrą zmianę już w październikowym meczu z Parmą - mówi Jagiełlo. 

Zobacz wideo Serie A. Asysta Filipa Jagiełły [ELEVEN SPORTS]

22-letni pomocnik zadebiutował w Serie A w październiku we wspomnianym meczu z Parmą, rozegrał też kilka meczów na przełomie roku, ale do pierwszego składu na dobre wskoczył na ostatnich pięć ligowych kolejek. Debiutancki sezon zakończył z trzema asystami, zebrał dużo pochwał w końcówce sezonu, Genoa się utrzymała. W przyszłym sezonie powinno być tylko lepiej. 

O tym, że drugi rok jest łatwiejszy, dobrze wie Arkadiusz Reca. Gdy Wisła Płock sprzedała go dwa lata temu do Atalanty za niespełna cztery miliony euro, oczekiwania były duże, ale w Bergamo rozegrał zaledwie 45 minut. Dlatego udał się na wypożyczenie do SPAL. W spadkowiczu Serie A rozegrał 25 meczów i był wyróżniającą się postacią. Teraz powinien wrócić do Atalanty i walczyć o miejsce w składzie. Tym bardziej, że Robin Gosens, lewy wahadłowy, jest rozchwytywany na rynku transferowym.

Podobną drogę jak Jagiełło przeszedł przez ostatni rok Sebastian Walukiewicz: przeskok z Ekstraklasy, nauka w biegu, czekanie na swoją szansę, a pod koniec sezonu już miejsce w składzie. Walukiewicz, wyjeżdżając do Włoch, mówił, że idzie na najlepszy uniwersytet dla obrońców. Początkowo o jego postępach nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Ówczesny trener Cagliari Rolando Maran chwalił Polaka, ale nie dawał mu w ogóle szans. Walukiewicz pięć miesięcy czekał na debiut w Serie A, ale gdy mierzył się z Juventusem, to i tak prawie pobił rekord.

Z Polaków jedynie Piotr Zieliński był młodszy, gdy rozpoczynał pierwszy mecz Serie A. Walukiewicz miał 19 lat, 9 miesięcy i 1 dzień. W debiutanckim sezonie zdążył zaliczyć 14 spotkań. Sardyńczycy czują, że cztery miliony euro, które kosztował, na pewno im się zwrócą. I to z nawiązką. - Zachował olimpijski spokój. Był zawsze uporządkowany w defensywie, grając w swojej części boiska przeciwko Ronaldo i Higuainowi - napisał "Il Messaggero", oceniając Polaka na 6,5 (w 10-stopniowej skali), po niedawnym zwycięstwie nad Juventusem (2:0). Ba, 20-latek znalazł się w najlepszym zespole czerwca wśród piłkarzy do lat 21 z Top 5 lig w Europie. Zestawienie przygotował statystyczny portal whoscored.com.

Bardzo trudno znaleźć polskiego piłkarza, który nie obronił swojej sumy transferowej podczas pobytu we Włoszech. W ostatnich latach poważnie zawiódł jedynie Łukasz Teodorczyk, który przez dwa lata w Udinese zdobył zaledwie jedną bramkę. Napastnik kosztował 3,5 miliona euro, ale nie trafił z polskiej ligi, a z Anderlechtu Bruksela.

W ostatniej dekadzie modę na biało-czerwonych przywrócił Kamil Glik

Do Serie A wraca właśnie ten, który rozpoczął tę modę na Polaków w ostatnich latach. Kamil Glik będzie grał w Benevento, beniaminku Serie A. Na Półwyspie Apenińskim Glik był najpierw w Palermo i Bari, ale przełomem było przejście do Torino, gdzie trafił w 2011 roku za około dwa miliony euro. Początkowo kibice byli nieco sceptyczni wobec Polaka: dlaczego próbujące się wydostać z Serie B Torino miałby ratować właśnie on? Jednak już po dwóch latach Glik nosił opaskę kapitańską. W Serie A, gdzie obcokrajowcy bardzo rzadko otrzymują taki przywilej.

W tamtym czasie jedynymi oprócz niego nie-Włochami z opaską byli Marek Hamsik i Javier Zanetti, a więc legendy Napoli i Interu Mediolan. Glika cenili także kibice, a popularny raper Willie Peyote nagrał o nim piosenkę, rozsławiając "poświęcenie i hardkorowy styl" Glika, którym powinni się charakteryzować wszyscy zawodnicy Torino. 32-latek pewnie najlepiej wspomina sezon 2014/15, gdy z Torino awansował do fazy pucharowej Ligi Europy. Rok później trafił do Monaco, które zapłaciło za niego 11 milionów euro.

Przychodził do Torino jako piłkarz mało znany, walecznością i pracowitością zdobył uznanie, pomnożył swoją wartość - można powiedzieć, że wytyczył szlak dla następnych. Linettych, Bereszyńskich, Walukiewiczów. A każdy kolejny udany transfer Polaka coraz bardziej zachęcał do sięgania na ten rynek, nawet po piłkarzy, którzy dopiero pracowali na swoją pozycję w Ekstraklasie, i to niekoniecznie w klubach ze ścisłej czołówki ligi. Dziś prezesi z Serie A nie boją się już wydawać za takich piłkarzy nawet i po 4 mln euro, jak za Walukiewicza czy Recę. To mocno wpływa na piłkarski biznes w Polsce, bo pokazuje klubom, że jeśli dobrze prowadzą młodych piłkarzy, nie muszą być Legią ani Lechem, żeby sprzedawać ich za atrakcyjne sumy. 4 mln euro za obiecującego piłkarza Ekstraklasy przestało być cudem, zaczęło być realnym biznesowym scenariuszem. Ucz, pracuj, czekaj na telefon od włoskiego prezesa. 

Przeczytaj też: