Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kolumbowie. Trzej Polacy z Sampdorii obrali kurs na europejskie puchary

Po "polskiej" Borussii Dortmund nadszedł czas na "polską" Sampdorię Genua. Karol Linetty, Bartosz Bereszyński i Dawid Kownacki w mieście Krzysztofa Kolumba zyskują coraz silniejszą pozycję. Wraz z Sampą mają ambicje, aby awansować do europejskich pucharów.

Łączy ich wiele. Cała trójka została wychowana na Bułgarskiej, każdy z nich wygrał z Lechem ligę, a dziś – występują w Sampdorii. Bereszyński to rodowity poznaniak. Jego ojciec, Przemysław, jest legendą KKS-u, trzykrotnym zdobywcą mistrzostwa Polski. Linetty urodził się w Żninie, a wychował w Damasławku, 75 km od Poznania. Najdalej na stadion Kolejorza miał Kownacki, chłopak z Gorzowa Wielkopolskiego. Losy tych trzech piłkarzy po raz kolejny przecięły się w Genui.

I choć daleko im jeszcze do pozycji, jaką kilka lat temu osiągnęli w Borussii Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, to reprezentanci Polski coraz śmielej radzą sobie na murawach Serie A. Sampdoria w tabeli ligi włoskiej zajmuje obecnie szóste miejsce wyprzedzając m.in. Fiorentinę i Milan, a biało-czerwoni nie tylko regularnie grają, ale i strzelają.

Karol Kolumb

Wielkim marzeniem Karola Linettego od zawsze była gra w Anglii. Kiedy włączał ukochane gry wideo, zazwyczaj wybierał kluby z Wysp Brytyjskich; miłością do Premier League zaraził nawet dziewczynę Wiolę, która w każdy weekend wraz z nim zasiadała przed telewizorem. I choć Tottenham Hotspur dwukrotnie zarzucał na niego sieci, to zamiast do mglistego Londynu, pomocnik Lecha trafił do słonecznej Italii. Ale nie do Florencji czy Crotone, chociaż Karolem interesowały się kluby i z tych miast, ale do Genui. Sampdoria zapłaciła za niego 3 mln euro (z bonusami kwota wzrosła do 3,5 mln). I tak, jak urodzony w portowym mieście Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, tak Linetty odkrył Sampdorię dla Polaków. Bo choć wcześniej byli tam przez chwilę Bartosz Salamon i Paweł Wszołek, to dopiero Linetty zrobił biało-czerwonym skuteczną reklamę.

Komar, co kocha schabowe

Media z Italii szybko ochrzciły go „Zanzarem”, komarem irytującym rywali. Swoją zaciętością i ambicją Linetty, nazywany przez kolegów nie „Komar”, ale „Line”, zrobił na sympatykach Sampdorii duże wrażenie. W pierwszym sezonie Polak rozegrał aż 38 meczów – nigdy wcześniej nie zażywając takiej dawki rywalizacji (jeśli chodzi o jakość, bo 41 meczów zaliczył w sezonie 2015/2016). W tym roku wciąż jest podstawowym piłkarzem Sampy – na dziewięć ligowych meczów wystąpił w ośmiu. I nie tylko w nich zgrał, ale także trafiał do siatki. Najpierw w starciu z Atalantą Bergamo, tydzień później z FC Crotone.

I choć Linetty ze śmiechem przyznaje, że wciąż nie polubił wszechobecnego w Italii parmezanu, a od makaronu woli schabowe z buraczkami babci Frani, to we Włoszech czuje się jak ryba w wodzie. I to dosłownie, bo na instagramowym koncie piłkarza co chwilę można zobaczyć, jak pływa w basenie z którego rozpościera się wspaniały widok na Morze Liguryjskie. Najczęściej towarzyszą mu Polacy, choć świetny kontakt Linetty ma także z Czechem Schickiem i Słowakiem Skriniarem.

O szacunku, jaki Linetty wywalczył sobie w Genui, świadczą wydarzenia z grudniowego wieczora po meczu z Torino. Po zwycięstwie 2:0 w sieci pojawił się film na którym kilkudziesięciu rozśpiewanych włoskich fanów skanduje nazwisko reprezentanta Polski. Nad kibicowskim kotłem unosi się rytmiczne "Li-ne-tty, lalalalalala, Li-ne-tty". Takiego miru wśród tifosich Sampdorii 22-latek z Damasławka dorobił się w zaledwie pół roku. – Razem x moim menadżerem i dziewczyną wyszliśmy przed stadion. I zamiast w prawo, skręciłem w lewo. Tam wpadłem na dwóch kibiców, zaraz przybiegli kolejni. Zaprosili mnie do pubu. I zaczęło się. Byłem w szoku! Zdążyłem tylko wyjąć telefon i nagrać to wszystko. Chcieli, abym został, ale podziękowałem i uciekłem – opowiadał Karol.

Genua zamiast Lizbony

Benfika Lizbona. Te dwa słowa zestawione ze sobą sprawiają, że z jednej strony Bartoszowi Bereszyńskiemu chce się śmiać, z drugiej – staje się nerwowy. Zaledwie sześć miesięcy po transferze do Legii stołecznemu klubowi ofertę złożyła ta legendarna portugalska drużyna. Benfika chciała Bereszyńskiego za którego oferowała 2 mln euro. Czyli dwadzieścia razy więcej, niż Legia zapłaciła za niego Lechowi. Piłkarz i jego agent szybko ustalili warunki kontraktu. I czekali. Czekali tak długo, aż się nie doczekali. Telefonu z Portugalii nie było, transferu – też nie. Okazało się, że fundusz inwestycyjny, który miał dołożyć się do kwoty zakupu, wycofał się z transakcji i Polak musiał zostać w Warszawie. Na upragniony wyjazd do zachodniej ligi Bereszyński musiał poczekać długo, bo kolejne trzy i pół roku. Aż do zimy 2017.

Te same 2 mln, które miała zapłacić Benfika, na konto mistrzów Polski przelała Sampdoria. I zainwestowała skutecznie, bo już w rundzie wiosennej Serie A Bartek wystąpił trzynastokrotnie. W trwającym sezonie, mimo trudnego początku rozgrywek, też wywalczył sobie miejsce w zespole, chociaż trener Marco Giampaolo lubi rotować składem. Bereszyński skutecznie podąża więc drogą Łukasza Piszczka, który przez atak i pomoc trafił na prawą obronę. Dobroczyńcą Piszczka był Lucien Favre, a Bereszyńskiego – Jan Urban. Dopiero jednak u Giampaolo Polak wszedł na wyższy poziom. Grając w Serie A - lidze wielbiącej taktykę - piłkarz nauczył się tak dużo, że niedawno zaufał mu nawet selekcjoner Adam Nawałka, który Bereszyńskiego wystawił na lewej obronie w arcyważnych meczach reprezentacji Polski z Armenią i Czarnogóra. „Bereś” oba testy zdał i to co najmniej na ocenę „dobrą”.

Dawid reaktywacja

Najnowszym nabytkiem Sampdorii jest Dawid Kownacki. Młody piłkarz dołączył do zespołu dopiero niecałe cztery miesiące temu. Kosztował 3,2 mln euro plus bonusy. – Dawid to zawodnik, który ma olbrzymi talent. Ten w połączeniu z ciężką pracą oraz zaangażowaniem spowodował, że trafia do włoskiej Serie A – mówił wiceprezes Lecha Piotr Rutkowski. Niewiele wcześniej Kownacki był zaszufladkowany jako talent, ale tonący w „sodówce”. Do Ekstraklasy wszedł razem z drzwiami, jako 16-latek; zachwycił nie tylko Polskę, ale i zachodnich skautów. Piekielnie uzdolnionego dzieciaka chciał Liverpool, ofertę złożył mu nawet Bayern Monachium. „Kownaś” został jednak w Poznaniu i… obniżył loty. Mówiono o braku dyscypliny, przejawiającym się tyciem, śmiano się z jego czapek z nazwiskiem, które przeniósł do piłki z torów żużlowych, gdzie ma wielu przyjaciół. Jednocześnie zapominano, że mowa była o nastolatku, który nie potrafił odciąć się od fali hejtu. Bo Kownacki to nie tylko inteligentny piłkarz, ale i inteligentny człowiek – inteligentny i wrażliwy. Na piersi wytatuował sobie nawet portret matki z którą jest bardzo związany. W niezwykle szczerzej rozmowie sprzed roku Dawid mówił mi: „Jestem bardzo wrażliwy. Mam to po mamie, która wszystko przeżywa. Wszyscy się śmieją, że mam wygląd taty, ale charakter mam zdecydowanie po mamie. Są momenty, że się smucę. Szczególnie kiedy się starasz, chcesz, nie wychodzi, a jeszcze dostajesz po głowie. To jest trudne. Mam dopiero 19 lat”.

W pięknej Italii Kownacki mógł zapomnieć o przeszłości i skupić się wyłącznie na futbolu. Choć początek również nie był łatwy, bo zdjęcie z testów medycznych w Genui, na którym widać zdecydowanie niesportowy brzuch piłkarza, stało się powodem drwin. A mimo to polski snajper krok po kroku odbudowywał pewność siebie, której efekty oglądamy dziś. Jak słyszę od jego znajomych, stał się wzorem profesjonalizmu. Zamiast zbędnych kilogramów może pochwalić się „kratą”, zwraca uwagę na zdrowe jedzenie, fizycznie wygląda znakomicie. I choć nie gra regularnie – w tym sezonie spędził na boisku mniej, niż 90 minut – to już trzykrotnie wpisał się na listę strzelców.

W piłkarskim światku coraz częściej mówi się, że Kownacki jest przypadkiem podobnym do Roberta Lewandowskiego. Tak jak snajperowi Bayernu Monachium animuszu dodała kapitańska opaska, którą otrzymał od Adama Nawałki, tak podobnie zareagował na zostanie kapitanem kadry U-21 Kownacki. – Widać, że chce nie tylko strzelać, ale też rozgrywać, walczyć, podpowiadać, wspierać. Bierze odpowiedzialność za drużynę. To stało się po tym, jak Czesław Michniewicz zrobił z niego kapitana – mówił w „Wywiadówce Staszewskiego” komentator Polsatu Mateusz Borek. Samo strzelanie też wychodzi Kownackiemu coraz lepiej. Do siatki trafił już w debiucie. W Pucharze Włoch przeciwko Fogii na murawie spędził 21 minut, ale wpisał się na listę strzelców. W Serie A punktował natomiast przeciwko Crotone (wygrana Sampdorii 5:0) i w przegranym 2:3 spotkaniu z Interem Mediolan. Mimo porażki Sampa wciąż liczy się w walce o europejskie puchary. Po dziesięciu meczach zajmuje szóste miejsce wyprzedzając m.in. Fiorentinę i Milan. A piłkarze z północy Włoch mają do rozegrania jeszcze jeden zaległy mecz – z sąsiadem z tabeli, Romą. I jeśli nie dadzą się silnym sztormom, to z Polakami na pokładzie wyruszą niebawem z portowego miasta w pucharowy rejs dookoła Europy.