Liga włoska. Juventus mistrzem

Turyńczykom pomógł Inter, który w derbowym dreszczowcu pobił 4:2 oddający panowanie Milan

Tak się kibicuje! Trybuna Kibica otwarta dla wszystkich

Na szlagier pod szczególnie wysokim napięciem zanosiło się na San Siro od początku, obie strony bowiem miały nie tylko własne cele, ale i szansę na wyrządzenie wyjątkowej przykrości rywalom. Zwycięstwo gospodarzy mogło ostatecznie odebrać Milanowi szansę na obronę tytułu, a zwycięstwo gości - ostatecznie rozwiać marzenia Interu na awans do Ligi Mistrzów.

I rzeczywiście murawa płonęła od emocji. Także dzięki decyzjom sędziego - kontrowersyjnym lub też bezdyskusyjnie błędnym.

Prowadzenie Inter obejmował w sposób oczywisty. Przy golu Diego Milito asystował podający mu Walter Samuel, czyli synonim derbowej wiktorii. Ilekroć wychodził do walki z sąsiadami, a zdarzyło się to już ośmiokrotnie, jego drużyna wygrywała. Ilekroć pauzował (zdarzyło się pięciokrotnie), musiał wraz z kolegami znosić porażkę.

Wieczór przebiegał więc jak zwykle, w dodatku gospodarze bramką się nie nasycili, lecz jeszcze przyspieszyli. Chwilami nacierali z taką werwą i mocą, jakby chcieli wgnieść Milan w jego pole karne.

Jednak los coraz mniej im sprzyjał. Kiedy piłkę do siatki wepchnął Lucio, arbiter ogłosił spalonego - całkiem słusznie. Kiedy głową uderzył Cambiasso, decyzja arbitra wywołała już grube wątpliwości. Niewykluczone, że bramkarz gości interweniował wewnątrz własnej bramki, choć telewizyjne powtórki tego nie rozstrzygnęły. A kiedy Milan dostał rzut karny, arbiter pomylił się bezapelacyjnie.

W tych okolicznościach po 45 minutach przewagi Interu piłkarze schodzili do szatni przy wyniku remisowym.

Kiedy wrócili, atmosfera jeszcze bardziej zgęstniała. 1:2, 2:2, 3:2, kolejne rzuty karne podyktowane lub niepodyktowane, coraz wścieklej naskakujący na siebie rywale, trybuny rozsadzane nieustającym bojowym rykiem. Czuło się, że obie strony grają o wszystko. Remis nie urządzał nikogo, przeciwnie, odbierał ostatniej kolejce Serie A jakiekolwiek znaczenie.

Równocześnie bowiem mecz wygrywał Juventus. Też w okolicznościach nienormalnych. Z Cagliari, awanturującym się o swój stadion z lokalnymi władzami, mierzył się bowiem w Trieście. Prowadzenie objął po golu strzelonym przez Mirko Vucinicia ze spalonego. Na 2:0 podwyższył dzięki kuriozalnemu samobójowi.

Tak, skandal gonił niedzielnego wieczoru skandal, kardynalny błąd gonił błąd, badanie kibicowskich serc groziłoby wysadzeniem aparatury w powietrze. Można powiedzieć, że futbol podarował Włochom spektakl w gatunku przez nich uwielbianym - chyba tylko tam zdarza się, że fani pytani, jak chcieliby wygrać ważny mecz, odpowiadają w ankietach, że chętnie widzieliby triumf po bramce, której nie było, albo bramce zdobytej ręką.

Turyńczycy stylem w tym sezonie nie zachwycili. W powszechnej opinii sukces zawdzięczają znakomitej kondycji, motywacyjnym talentom trenera Antonio Conte (jedna z jego porywających peror została upubliczniona), odporności na poważniejsze wpadki (notorycznie remisowali, ale pozostają niepokonani jako jedyni w czołowych ligach europejskich), a przede wszystkim odporności na kontuzje - doznawali ich najrzadziej w całej lidze.

Jak oni utrzymywali końskie zdrowie, tak ich główni przeciwnicy ledwie żyli. W supertajnym Milan Labie coś się zacięło, zaraza kosiła szatnię tydzień w tydzień, tylko od święta zdarzało się, że nie przystępowali do meczu zdziesiątkowani. W niedzielę znów padali jeden po drugim. Jeszcze przed przerwą na murawę musieli wtruchtać nastoletni żółtodziób Mattia De Sciglio oraz rezerwowy bramkarz Marco Amelia.

I trener Massimiliano Allegri całkiem pewny swojej posady być nie może. Włosi plotkują o rozmaitych scenariuszach, a właściciel klubu Silvio Berlusconi dał się poznać jako narwaniec, który podejmuje decyzje pod wpływem emocji, niekoniecznie szukając dla nich racjonalnego uzasadnienia. Prowadzący Inter Andrea Stramaccioni ma znacznie większą szansę przetrwać, zwłaszcza jeśli za tydzień zdoła wypchnąć drużynę na podium gwarantujące udział kwalifikacjach LM. Absolutny spokój może zachować tylko Conte, któremu latem szefowie obiecują wybitnego napastnika. Wydadzą na niego nawet kilkadziesiąt milionów euro.

A Włosi jeszcze się długo poawanturują. Nie zgodzą się nawet co do liczby zdobytych przez Juve tytułów. Frakcja proturyńska powie, że piłkarze zebrali ich już 30, bo nie uznają kar z afery Calciopoli. Frakcja antyturyńska uznaje tylko 28. To też w Italii kwestia istotna, bo za każde dziesięć trofeów drużynie przysługuje umieszczana na koszulkach gwiazdka.

Fiorentina i Artur Boruc ? zostają w Serie A