Liga hiszpańska. Liga trzech prędkości

?Wygrali bez wychodzenia z autokaru? - żartują Hiszpanie po zwycięstwie Barcelony nad Osasuną 3:0. Katalończycy jechali do Pampeluny cały dzień, spóźnili się, ale nie dali rywalom szans. Drugi jest Real Madryt, który pokonał Valencię 2:0

Wiosną Barcelona jechała autobusem dwa dni na półfinał Ligi Mistrzów z Interem. Podróż samolotem była wykluczona przez unoszący się nad Europą pył wulkaniczny. W Mediolanie Katalończycy zagrali słabo i przegrali 1:3. W rewanżu nie odrobili strat i odpadli.

W sobotę podróż samolotem odwołano przez strajkujących kontrolerów lotów. Klub już wcześniej spodziewał się problemów, działacze hiszpańskiej federacji obiecywali, że jeśli drużyna nie będzie mogła dotrzeć do Pampeluny samolotem, spotkanie zostanie przełożone. O godz. 13 piłkarzy odesłano więc do domów. Dwie godziny później związek ogłosił jednak, że jeśli Barca nie przyjedzie na mecz, przegra walkowerem.

Podróż autobusem była wykluczona, bo oba miasta dzieli 480 km, a mecz zaplanowano na 20. Według regulaminu Katalończycy mogli się spóźnić, ale najwyżej pół godziny. Nie było więc na co czekać. W ostatniej chwili piłkarze wpadali na peron, skąd o godz. 16 ruszał szybki pociąg do Saragossy (335 km). - Pośpiesz się, Pedro - krzyczał do 23-letniego skrzydłowego zdenerwowany trener Guardiola. Zziajany piłkarz wszedł do wagonu trzy minuty przed odjazdem.

W Saragossie czekał autobus. Pod eskortą policji Barca pędziła autostradą 110 km/godz. Na stadion Reyno de Navarra dotarła o 20.05. 40 minut później rozpoczął się mecz. - To był kolejny trudny test dla naszej drużyny - mówił dyrektor sportowy Andoni Zubizarreta.

Choć rywale nie sprawili Barcelonie problemów, Guardiola był wściekły. - Osasuna nie przegrała u siebie 12 meczów z rzędu, dlatego zależało nam, by przyjechać tu w dobrej formie. Każdą decyzję konsultowaliśmy ze związkiem. Zastanawialiśmy się nad przylotem w piątek. Zrezygnowaliśmy, bo zapewniano nas, że w sobotę o 11 będziemy mogli odlecieć. W innym wypadku związek miał przełożyć mecz - narzekał Guardiola.

Jeszcze bardziej wściekły był trener Valencii Unai Emery po przegranym 0:2 meczu z Realem. Do 66. minuty był bezbramkowy remis, ale wtedy sędzia uznał, że David Albelda zagrał ręką, dał mu drugą żółtą kartkę i wyrzucił z boiska. Powtórki pokazały, że obrońca zagrał barkiem. - To była zła decyzja, która skończyła mecz, bo Real zyskał przewagę. Pomyłki sędziów najwięcej kosztują słabsze drużyny - mówił Emery.

José Mourinho cieszył się, że jego zespół szybko podniósł się po poniedziałkowej klęsce z Barceloną 0:5. Tym razem nikt nie miał do niego pretensji za wpakowanie do pierwszej jedenastki trzech defensywnych pomocników i zostawienie na ławce jedynego napastnika. Karim Benzema wszedł na boisko dopiero po 50 minutach. - To nie był dzień na rozegranie wielkiego meczu i odniesienie efektownego zwycięstwa. Zależało nam tylko, by się podnieść po słabym meczu z Barcą - mówił Portugalczyk.

Przed przerwą zimową "Królewskich" czeka jeszcze jeden poważny test. Za dwa tygodnie spotkają się z mierzącą w Ligę Mistrzów Sevillą. Załamany Albelda radzi jednak, by nie oczekiwać wielkich emocji. - To rozgrywki trzech lig. W jednej gra Barca, w drugiej Real, w trzeciej cała reszta - mówił obrońca Valencii.

Real pokonał Valencię  ?

Więcej o: