Faworyt tego starcia był jeden, Real Madryt, który uporał się ze swoimi styczniowymi problemami i przystępował do tego spotkania w lepszej formie. Natomiast FC Barcelona przegrała dwa ostatnie mecze - w Lidze Europy z Manchesterem United oraz w LaLiga z Almerią. W dodatku na Santiago Bernabeu musiała zagrać bez Roberta Lewandowskiego, Pedriego oraz Ousmane'a Dembele. Było to trzecie spotkanie między tymi ekipami w tym sezonie. Dwa poprzednie zakończyły się wynikiem 3:1 - w lidze wygrał Real, a w Superpucharze Hiszpanii FC Barcelona.
Pierwsze minuty już potwierdziły, kto lepiej czuje się w ostatnich tygodniach i będzie kontrolował to spotkanie. Już w pierwszej minucie Luka Modrić uciekł linii obrony gości, ale zabrakło mu szybkości, aby oddać precyzyjny strzał z dogodnej pozycji. Barcelona miała ogromne problemy z utrzymaniem się przy piłce i dłuższym oraz płynnym wymienieniem kilku podań. Piłkę często tracił Kessie. Mogło to się zemścić już pod koniec pierwszego kwadransa gry, ale Karim Benzema, strzelec gola po podaniu Viniciusa, był na spalonym.
W 24. minucie miał miejsce incydent, który bardzo zaostrzył mecz. W środku pola Vinicius starł się z Frenkiem de Jongiem. Arbiter Munuera Montero to w Brazylijczyku widział winnego tej sytuacji. Przerwał grę i wlepił mu żółtą kartkę, na co zawodnik Realu zareagował bardzo impulsywnie.
Dwie minuty później mógł być jeszcze bardziej zirytowany, gdyż na prowadzenie wyszli goście. Podanie na wolne pole dostał Kessie, który wbiegł w pole karne. Jego strzał obroni Thibaut Courtois, ale Belg miał pecha, gdyż odbita przez niego piłka trafiła w nadbiegającego Militao. Stoper gospodarzy nie miał szansy zareagować i niestety dla niego, został autorem gola samobójczego. Sędzia liniowy pierwotnie zasygnalizował spalonego, ale popełnił błąd. Po analizie VAR bramka została uznana. Barcelona niespodziewanie objęła prowadzenie, choć nic na to nie wskazywało.
Po tym trafieniu mecz jeszcze bardziej się zaostrzył i całkowicie zatracił płynność. To była woda na młyn gości, gdyż "Królewscy" nie potrafili odzyskać już kontroli nad wydarzeniami boiskowymi. W dodatku przestali kreować sytuacje, a podopieczni Xaviego mieli swoje okazje do kontr. Do przerwy wynik się utrzymał, gospodarze w pierwszej połowie nie oddali nawet celnego strzału, mimo 60 proc. posiadania piłki.
Po zmianie stron do głosu coraz częściej zaczął dochodzić Real, który przegrywał, więc musiał wejść w drugą połowę z większą werwą i inicjatywą. Coraz głębiej spychał Barcę w jej pole karne, ale nie przynosiło to dogodnych sytuacji. Oglądaliśmy za to masę dośrodkowań, ale wiele z nich wybili obrońcy lub ter Stegen.
Długie minuty drugiej połowy mogły być surrealistyczne dla kibiców piłkarskich przyzwyczajonych do Barcelony posiadającej piłki. Natomiast podopieczni Xaviego miała coraz częstsze problemy, żeby wyjść z własnego pola karnego, ale ich głęboka defensywa nie rodziła sytuacji dla Realu, który wciąż czekał na swój pierwszy strzał. Gracze Carlo Ancelottiego byli ograniczani do dośrodkowań w pole karne. Vinicius był często zatrzymywany przez Araujo.
Real cały czas dominował, ale tylko pozornie, gdyż grał zbyt wolno i jednostajnie. Żadne z mnóstwa centr nie trafiło do celu. Zresztą to Barcelona miała najlepszą sytuację po zmianie stron, gdy Ferran Torres wystawił piłkę na jedenasty metr Kessiemu, ale na drodze jego strzału stanął Ansu Fati.
Niespodziewanie to osłabiona FC Barcelona okazała się lepsza. Barca zagrał wbrew swojemu DNA, przez większość meczu się broniła i tylko sporadycznie wyprowadzała ofensywne kontry. To był jednak popis gry defensywnej podopiecznych Xaviego. Być może brak atakujących gwiazd pomógł im w akceptacji takiego planu na mecz.