Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Katastrofa Barcelony zaczęła się dokładnie rok temu. Drużyna, która zanudziłaby nawet owce

Jakub Kręcidło
O ostatnich 12 miesiącach kibice FC Barcelona chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Ich klub od dawna przypominał kolosa na glinianych nogach, który poważnie trząść zaczął się od 13 stycznia, gdy zwolniony został Ernesto Valverde. Dziś mija rok od tej decyzji i był to okres, w którym na Camp Nou praktycznie co chwilę wypadał z szafy nowy trup.

Nawet kibice Barcelony przyznają, że z perspektywy czasu ich narzekania wydają się absurdalne. Na początku 2020 roku ich drużyna była liderem LaLiga, pewnie wyszła z grupy w Lidze Mistrzów, a jedynym zarzutem wobec Ernesto Valverde był brak odwagi do wprowadzania młodzieży czy nieatrakcyjna gra zespołu. Josep Maria Bartomeu, ówczesny prezydent, stracił wiarę w szkoleniowca po pechowej porażce z Atletico (2:3) w półfinale Superpucharu Hiszpanii. Zwolnienie Hiszpana okazało się początkiem najgorszego roku w nowożytnej historii Barcelony, który poniżej podsumowujemy w siedmiu mgnieniach.

1. (Nie)potrzebne zwolnienie Ernesto Valverde

Łatwo oceniać z perspektywy czasu, jednak zmiana trenera nie wyszła Barcelonie na dobre. Ernesto Valverde poprowadził drużynę w 145 spotkaniach i ta wygrała aż 97 razy, zdobywając dwa mistrzostwa Hiszpanii czy Puchar Króla. Został jednak pożegnany w żałosnych okolicznościach, które w Hiszpanii głośno krytykowano. Jeśli Bartomeu, który – jak przyznawali jego współpracownicy – nie znał się na futbolu, miał zwalniać Baska, to powinien był to zrobić po klęskach z Liverpoolem (0:4) i Valencią (1:2) w Lidze Mistrzów i Pucharze Króla. Zdecydował się jednak zadziałać chaotycznie po pechowej porażce z Atletico w Superpucharze, w którym Barca zagrała jeden z najlepszych meczów w sezonie. Prezes Barcy nie miał alternatywy dla trenera. Odmówili mu Xavi Hernandez, Mauricio Pochettino i Ronald Koeman. "Tak" powiedział dopiero czwarty wybór, Quique Setien, który dzień przed objęciem Blaugrany chodził między krowami we własnej wiosce. – Zmieniliśmy trenera, bo potrzebowaliśmy impulsu, by zwiększyć szanse na mistrzostwo i triumf w Lidze Mistrzów – przekonywał Bartomeu. Rzeczywistość brutalnie go zweryfikowała, tym bardziej że po stronie Baska stali piłkarze, którzy dobrze się z nim dogadywali.

Zobacz wideo Co się dzieje z Barceloną? "Oczekiwałbym od Koemana trochę samokrytyki"

2. Tarcia na linii szatnia – zarząd

Praca Setiena zaczęła się zresztą od kryzysu na linii szatnia – zarząd. W rozmowie ze "Sportem" Eric Abidal, ówczesny dyrektor sportowy Barcy, winą za zwolnienie Valverde obarczył szatnię. To sprowokowało reakcję Leo Messiego, który na Instagramie poprosił Francuza o podanie nazwisk zawodników, którzy mieli być przeciwko trenerowi. – Dyrektorzy również powinni brać na siebie odpowiedzialność i przede wszystkim brać ją za decyzje, które podejmują – napisał Leo, który kilka tygodni później interweniował też w sprawie cięć pensji. Działacze Barcelony wypuszczali do mediów informacje, sugerując, że piłkarze są niechętni obniżkom wynagrodzeń. – Nie przestaje nas zaskakiwać, że w klubie są osoby próbujące wywrzeć na nas dodatkową presję dotyczącą zrobienia czegoś, co i tak byśmy zrobili – narzekał Argentyńczyk, który zapewniał, iż piłkarze zrezygnowali z więcej niż 70 proc. pensji, by pozostali pracownicy Barcy otrzymali całość wynagrodzeń.

3. BarçaGate. Nie mamy kasy na pensje, ale na obrażanie gwiazd – już tak

W lutym radio Cadena SER poinformowało, że klub zakontraktował firmę do monitorowania mediów społecznościowych i do publikowania krytycznych wpisów na temat byłych i obecnych gwiazd. Za pośrednictwem Twittera obrażani byli Joan Laporta (były prezydent), Pep Guardiola, Leo Messi, Gerard Pique czy Carles Puigdemont (były premier Katalonii). Wybuchł gigantyczny skandal, a śledztwo prokuratury trwa do dziś. Ludzi Bartomeu oskarża się nie tylko o niezrozumiałe etycznie zachowanie, ale i o marnowanie pieniędzy Barcy. Firmie I3 Ventures płacono pieniądze kilkukrotnie przewyższające rynkowe stawki. – Dziwi mnie, że klub prosił mnie o obniżkę wynagrodzeń, a jednocześnie płacił firmie, by atakowała mnie w mediach społecznościowych – narzekał Pique w "La Vanguardii", a w podobnym tonie wypowiadał się np. Messi.

Josep Maria Bartomeu, były już prezes BarcelonyJosep Maria Bartomeu, były już prezes Barcelony Fot. Emilio Morenatti / AP

4. Katastrofalny sezon i drużyna, której gra zanudziłaby nawet owce

Era Setiena okazała się klęską. Jeszcze przed pandemią drużyna była wygwizdywana. Krytykowano ekspresywne zachowania asystenta trenera Edera Sarabii, który podczas przegranego El Clasico ostro krytykował piłkarzy, a w czerwcowym starciu z Celtą (2:2) został zignorowany przez Messiego, który wcześniej krytykował poziom gry zespołu. – Jeśli coś ci się nie podoba, wiesz, gdzie są drzwi – rzucił wówczas Setien do geniusza z Rosario, który tylko się uśmiechnął. Leo niedługo później wysłał słynny burofaks (o tym zaraz), ale oczywistym było, że zwolnienie trenera to tylko kwestia czasu. Praca na Camp Nou przerosła największego "cruyffistę" w Hiszpanii (tak nazywano 62-latka). W Katalonii ironizowano, że jego drużyna grała tak źle, że zanudziłaby nawet owce. Skończyło się katastrofą. Nie dość, że mistrzostwo zdobył Real, to jeszcze w Lidze Mistrzów Barca poniosła jedną z najbardziej dotkliwych porażek w historii, kompromitując się z Bayernem (2:8). Był to ostatni mecz w barwach Blaugrany dla Setiena, Luisa Suareza, Arturo Vidala, Ivana Rakiticia i Nelsona Semedo. I niewiele brakowało, by był też ostatnim dla Messiego.

5. Moment, w którym wszyscy zastanawialiśmy się: "Czym jest buforaks?"

Długo spekulowano, że Leo może chcieć odejść, jednak zawsze kończyło się to na plotkach. Aż do 25 sierpnia, gdy okazało się, że Argentyńczyk wysłał do klubu burofaks, czyli oficjalne pismo, w którym informował o chęci rozwiązania kontraktu. 11 dni po koszmarze w Lizbonie w Barcelonie rozpętało się piekło. Leo miał dość kłamstw, klęsk i świecenia oczami za błędy dyrektorów. Chciał wykorzystać klauzulę pozwalającą mu jednostronnie wypowiedzieć umowę po zakończeniu sezonu, jednak ostatecznie nic z tego nie wyszło. Bartomeu nie chciał negocjować jego transferu, piłkarz nie chciał ciągnąć się po sądach i ostatecznie pozostał na Camp Nou wbrew własnej woli, z opóźnieniem dołączając do drużyny prowadzonej przez nowego trenera, Ronalda Koemana. Na początku września udzielił wywiadu Goal.com, w którym narzekał, że projekt sportowy nie istnieje, że prezydent go okłamywał czy że zasłużył na zdecydowanie lepsze traktowanie. Leo zrobił wszystko, by jego gniew został usłyszany, ale jego przyszłość dalej stanowi zagadkę. Jak zapowiedział na antenie telewizji La Sexta, decyzję ws. ewentualnego przedłużenia wygasającego w czerwcu kontraktu podejmie dopiero po zakończeniu sezonu.

Josep Maria Bartomeu i Leo Messi w 2017 r. podczas podpisywania nowego kontraktu, obowiązującego do 2021 r.Josep Maria Bartomeu i Leo Messi w 2017 r. podczas podpisywania nowego kontraktu, obowiązującego do 2021 r. AFP/EAST NEWS

6. Od "nie ma powodu do dymisji" do przedterminowych wyborów

Jak przyznawał Pique, w Katalonii działa to tak, że dopóki na murawie wszystko gra, dopóty nikt nie patrzy na ręce dyrektorom. W Hiszpanii śmiali się, że Bartomeu ma nieskończoną liczbę żyć. Utrzymywał się po każdym kryzysie. Tylko w 2020 roku przetrwał BarçaGate czy sportową klęskę, ale podniesienia ręki na Messiego mu nie wybaczono. Zorganizowano wotum nieufności. Nawet mimo pandemicznych ograniczeń zebrano największą w historii liczbę podpisów (20687) przeciwko prezydentowi. Klub za wszelką cenę starał się storpedować organizację wotum, kwestionując np. legalność zebranych podpisów czy podpierając się kwestiami zdrowotnymi. Sam Bartomeu mówił, że "nie ma powodów, by podawał się do dymisji", jednak szybko zmienił zdanie. Pod koniec października odszedł, ale bez żadnej samokrytyki, oskarżając katalońskie władze o brak rozsądku i zgodę na głosowanie w środku pandemii czy zrzucając bombę o chęci stworzenia Superligi. Był to żałosny sposób na to, by odciągnąć uwagę od swojej osoby. Klub przejęła komisja zarządzająca, na czele której stoi Carles Tusquets. Mówił on, że postara się jak najszybciej zorganizować wybory, ale zaplanował je na 24 stycznia, czyli praktycznie najpóźniej jak się dało. A nie wiadomo, czy i wtedy uda się je zorganizować, bo pandemiczna sytuacja w Katalonii pogarsza się z tygodnia na tydzień.

7. Ekonomiczna ruina. Nie dość, że kasa pusta, to zobowiązań mnóstwo

O finansowych problemach Barcelony wiadomo od dawna. W tym roku mówiło się o dramatycznej sytuacji ekonomicznej Katalończyków, ale skalę problemu poznamy dopiero po przyjściu nowego prezydenta. Na dziś wiemy tyle – Barca zakończyła sezon 2019/20 ze stratą 97 milionów euro, a obecny będzie pewnie jeszcze gorszy, bo już dziś wiadomo, że nie uda się zarobić zakładanych 790 milionów euro. Katalończycy mają ponad 800 milionów euro długu, z czego 420 milionów to zobowiązania krótkoterminowe wymagające renegocjacji przez nowy zarząd, bo ich spłata jest niemożliwa. A na horyzoncie jest jeszcze kolejny kredyt, tym razem na blisko miliard euro, od banku inwestycyjnego Goldman Sachs na przebudowę Camp Nou. Za rządów Bartomeu klub pod względem ekonomicznym zaciskał sobie pętlę na szyi, dokonując fatalnych transferów czy oferując zawodnikom kontrakty niewspółmierne do ich realnej wartości. Po zwolnieniu Setiena Barca zapowiadała "gruntowną przebudowę pierwszego zespołu", ale ta polegała na podarowaniu rywalom Suareza, Vidala, Rakiticia czy Rafinhii, byle tylko usunąć ich pensje z budżetu płacowego. Koeman naciskał na transfery Memphisa Depaya czy Erica Garcii, ale ci okazali się zbyt drodzy, choć kosztowali kilkanaście milionów euro. Z finansowej ruiny, w jakiej znalazła się Barcelona, ironizował nawet sam Messi, który w La Sexta mówił, że dziś klubu po prostu nie stać na najlepszych piłkarzy i że w najbliższych latach sytuacja prawdopodobnie nie ulegnie zmianie.

Peter LimMiał być zbawcą, a prowadzi zasłużony klub ku katastrofie. "Możemy robić, co chcemy"

"W Barcelonie igrano z ogniem, a w 2020 roku wreszcie się poparzono. I to bardzo dotkliwie"

I choć ostatnie dni dały fanom Barcelony kilka powodów do radości – Messi znów cieszy się grą, Pedri czy Ansu Fati grają na miarę talentu, a drużyna wygrywa – to nie da się ukryć, że ostatni rok był dla Katalończyków jednym z najgorszych, jak nie najgorszym, w historii, tym bardziej że kłopoty miały wszystkie sekcje w klubie.  – Jeśli 2020 rok był zły, poczekajcie na 2021 rok. Nowy prezydent wejdzie do klubu, który ma pustą kasę i mnóstwo zobowiązań. W Barcelonie igrano z ogniem, a w 2020 roku wreszcie się poparzono. I to bardzo dotkliwie – przekonywał jeden z pracowników Blaugrany w rozmowie z dziennikiem "ARA".