Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kadencja Bartomeu to dwie świetne decyzje i dwieście złych. Odchodzi najgorszy prezes w historii FC Barcelony

Josep Maria Bartomeu na zawsze będzie tym prezesem, który obrzydził Barcelonę Lionelowi Messiemu. Z czasem pewnie wiele mu zapomną - że opłacił hejterów, by atakowali nieprzychylne jemu legendy klubu, że sprzedał Neymara, a w jego miejsce kupował niewłaściwych piłkarzy za blisko 400 milionów euro, że był oskarżony o korupcję - ale ten Messi zostanie z nim na zawsze.

Odchodzi, a dookoła strzelają korki od szampanów. Kibice mówią wręcz, że ucieka jak szczur, byle nie przejść do historii jako pierwszy prezes Barcelony odwołany poprzez wotum nieufności. Josep Maria Bartomeu chował się za koronawirusem, żonglował terminami, żeby nie dopuścić do przeprowadzenia referendum, aż doszedł do ściany: głosowanie albo dymisja. W poniedziałek mówił, że nawet nie rozważa poddania się, ale już we wtorek wieczorem powiedział: "Wraz z całym zarządem podjęliśmy decyzję o rezygnacji". I zaczął pozować na męża narodu, który woli podać się do dymisji niż narazić rodaków na niebezpieczeństwo zarażenia się koronawirusem podczas głosowania. Do dymisji podawało się wielu prezesów Barcelony, ale Bartomeu i tak trudno będzie wtopić się w tłum. Nie po tym jak przeszedł drogę od potrójnej korony w 2015 roku do roku 2020 bez żadnego trofeum. Nie po tych wszystkich aferach, nieudolnych decyzjach, nietrafionych zakupach, kłamstwach i roztrwonionych milionach. Kryzys instytucjonalny zbiegł się za jego kadencji z kryzysem finansowym i sportowym. Nawet on tego nie wytrzymał, choć Katalończycy gorzko żartowali, że po apokalipsie zostałyby na świecie tylko karaluchy i właśnie Bartomeu. 

Zobacz wideo Leśnodorski: Lech ma 300 mln zł przewagi nad Legią. Teraz albo nigdy

Persona non grata

Josep Lluis Nunez, którzy rządził Barceloną najdłużej w historii, przez dziesięć lat po odejściu był pomijany przy wysyłaniu zaproszeń na rozmaite klubowe imprezy. Był bowiem tym prezesem, który pokłócił się i wypuścił z Barcelony Johana Cruyffa. Lista jego zasług była długa - siedem mistrzostw Hiszpanii, Puchar Europy, przebudowa Camp Nou, postawienie stadionu dla rezerw, otwarcie klubowego muzeum, wylanie fundamentów pod La Masię, poprawienie finansów i popularności klubu wśród kibiców - ale cień na nią rzucało nieeleganckie rozstanie z Cruyffem. I chociaż sam sprowadzał Holendra na ławkę trenerską, to tego niedogadania się następcy nigdy mu nie wybaczyli. Zarówno Joan Gaspart jak i Joan Laporta byli cruyffistami, słuchali jego rad, więc Nunez dla nich nie istniał. Dopiero Sandro Rosell i Jose Maria Bartomeu, jako prezes i wiceprezes Barcelony, którzy z kolei odcinali się od Cruyffa, by za wszelką cenę pokazać, że nie trzeba ani grać tak jak proponował, ani prowadzić klubu tak jak chciał, zaczęli sadzać Nuneza w loży honorowej.

Josep Bartomeu pokazujący kontrakt NeymaraBomba od Bartomeu na konferencji! Barcelona zgodziła się grać w nowej lidze

Skoro jego banicja - przy tych wszystkich zasługach - trwała dziesięć lat, to Bartomeu za wszystkie swoje grzechy może zostać wygnany z Camp Nou na zawsze. Przez sześć lat rządzenia zraził do siebie wszystkich: odchodzili jego najbliżsi współpracownicy, bo czuli, że nie jest szczery, kibice krzyczeli podczas demonstracji, by natychmiast podał się do dymisji, a gdy tego nie robił, socios, czyli kibice współzarządzający klubem w środku pandemii uzbierali wymaganą liczbę podpisów, żeby postawić go przed wotum nieufności. Andres Iniesta nie chciał przez niego kończyć kariery na Camp Nou i uciekł aż do Japonii, Xavi nie chciał wrócić z Kataru dopóki będzie w klubie, Carles Puyol odszedł z Barcelony w ramach solidarności ze zwolnionym dyrektorem sportowym Andonim Zubizarretą. Lionel Messi już od stycznia będzie mógł negocjować umowę z nowym klubem, Gerard Pique w każdym wywiadzie traktuje Bartomeu jak worek treningowy. Dani Alves, Ivan Rakitić, Sergio Busquest i Messi publicznie mówili, że prezes ich okłamywał. W szatni Barcelony nazywają go "Nobita". To postać z mangi "Doraemon" - niespecjalnie rozgarnięta, leniwa, mało inteligentna, słaba w nauce i w sporcie. Nobita to klasowy osioł, który wiecznie spóźnia się na lekcje i zapomina o obowiązkach. Bartomeu naiwnie twierdził, że przypomina go tylko wyglądem.

Lista zarzutów jak książka telefoniczna. Zasługi? Marne

Bartomeu to rodowity barcelończyk, socio od 11. roku życia, w młodości koszykarz, ale niewystarczająco utalentowany, by zostać zawodowcem. Do klubowych biur wszedł pod rękę z Sandro Rosellem w 2003 roku przy zwycięstwie Laporty w wyborach na prezesa. Został dyrektorem odpowiedzialnym za prowadzenie sekcji piłki ręcznej i koszykówki. Ale że był to zarząd rozchwiany, niezgodny, to już dwa lata później - znów - pod rękę z Rosellem opuścił klub. Ich przyjaźń trwa od czasu studiów na prestiżowej ESADE Business School, która kształci polityczne i ekonomiczne elity. Razem też w 2010 roku do klubu wrócili - Rosell jako prezes, Bartomeu jako wiceprezes. Nigdy nie przypuszczali, że role mogłyby być inne. Bartomeu zawsze był bowiem traktowany jako ten drugi w duecie, pomocnik grający za plecami napastnika, pasażer. To Rosell decydował o kierunku jazdy. Warunki mieli wspaniałe: do Barcelony wzdychało wtedy pół świata, Leo Messi wchodził w najlepsze lata kariery, na ławce siedział Pep Guardiola, La Masia była najbardziej produktywną akademią piłkarską na świecie. "Mes que un club" (hasło Barcelony: coś więcej niż klub) jeszcze coś znaczyło.

Bartomeu usiadł za kierownicą w 2014 roku po dymisji Rosella pogrążonego korupcją. Był wtedy mało znaną postacią. Nie do końca było wiadomo, dlaczego zarząd to jego wskazał na tymczasowego następcę, który miał za zadanie awaryjnie poprowadzić klub i rozpisać wybory na nowego prezesa. Dziennikarze tylko snują domysły: że to względu na przyjaźń z Rosellem, że ideowo był mu najbliższy, że nie potrafił odrzucić prośby samego Rosella. Nawet Bartomeu nigdy nie przypuszczał, że będzie mógł kierować FC Barceloną. Początkowo był więc ostrożny i nie podejmował kontrowersyjnych decyzji. Zrobił na kibicach dobre pierwsze wrażenie, gdy pojawił się na konferencji prasowej, by spokojnie, ale bardzo pewnie tłumaczyć, że Barcelona nie oszukiwała przy transferze Neymara. Bronił klubu, Rosella i siebie. Między wierszami atakował Florentino Pereza z Realu Madryt. Dopiero teraz, gdy odchodzi, podsumowuje się jego kadencję jako sześć lat kłamstw, kłamstewek, niedopowiedzeń i półprawd, a tamtą konferencję wskazuje jako początek drogi.

Bartomeu podjął dwie znakomite decyzję - trafił z wyborem Lusia Enrique na trenera Barcelony i zaplanował termin wyborów na prezesa Barcelony na lato 2015 roku. Wygrał je dzięki sukcesom drużyny, która skończyła sezon z potrójną koroną. To była bardzo prosta kampania: nie musiał obiecywać, musiał tylko dać gwarancję, że niczego nie zepsuje. Drużyna z Messim, Neymarem i Suarezem wydawał się nie do zatrzymania. Zadanie było tym łatwiejsze, że jego kontrkandydat, Joan Laporta kompletnie nie przygotował się do wyborów. Luis Enrique poprowadził więc zespół do sukcesów, a jego do zwycięstwa w wyborach ze sporą przewagą - 54,63 proc. do 33 proc. Po tym sukcesie Bartomeu błyskawicznie stał się panem ważnym. Każdy prezes Barcelony ma bardzo dużą władzę i może rządzić bez specjalnego oglądania się na dyrektorów i socios, ale Bartomeu to nie wystarczało. Przejmował więc kompetencje odchodzących wiceprezesów, pozostałych nie wtajemniczał, by o wszystkim decydować samemu. Albo z Rosellem - jak twierdzą niektórzy - sugerując, że ten nawet, kiedy odsiadywał wyrok, miał wielki wpływ na to co działo się na Camp Nou.

Poznaliśmy wyniki testu Ronaldo. Jest decyzja ws. występu przeciwko BarceloniePoznaliśmy wyniki testu Ronaldo. Jest decyzja ws. występu przeciwko Barcelonie

Brakowało w tym wszystkim ładu i składu. Podczas sześcioletniej kadencji Laporty Barcelona miała jednego dyrektora sportowego - Txikiego Begiristaina. Rosell na jego miejsce sprowadził Andoniego Zubizarretę. Bartomeu natomiast szybko go zwolnił i w gabinecie dyrektora sportowego zamontował drzwi obrotowe: wpadali przez nie i wypadali Robert Fernandez, Pep Segura, Eric Abidal i Ramon Planes. To odpowiedź, dlaczego Barcelona wydawała pieniądze najgorzej na świecie i od kilku lat nie potrafiła zbudować porządnej kadry. Bartomeu działał emocjonalnie: stracił Neymara, więc jak najszybciej chciał go zastąpić. Rozczarował każdy z potencjalnych zbawców - Ousmane Dembele, Coutinho i Antoine Griezmann. Wyrzuty sumienia za blisko 400 milionów euro. Bartomeu nie trafiał też z trenerami: już Ernesto Valverde miał swoje wady, ale przynajmniej w dwóch pierwszych sezonach wstawił do gabloty dwa puchary za mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Króla, z kolei Quique Setien poniósł porażkę na każdym polu.

Wracając jeszcze na chwilę do pieniędzy. To Bartomeu wzięciem na siebie odpowiedzialności za aspekty, o których miał niewielkie pojęcie, doprowadził do tego, że Barcelona zaczęła wydawać na pensje zawodników około 500 milionów euro rocznie, czyli najwięcej ze wszystkich klubów - piłkarskich i niepiłkarskich - na świecie. Gdy któryś z zawodników chciał podwyżkę, szedł prosto do prezesa. W normalnych strukturach musiałby przedrzeć się przez sito dyrektorów, którzy na negocjacjach zjedli zęby i którzy nie dążą do bycia lubianymi. A Bartomeu bardzo zależało na sympatii piłkarzy. Szantażował go więc Sergio Busquets, szantażowali Jordi Alba i Gerard Pique. Opłaciło się - wszyscy mają brutalnie wysokie kontrakty na poziomie kilkunastu milionów euro rocznie. A skoro oni dostawali pieniądze, to reszta też zgłaszała się po podwyżki. Bartomeu sam tę lawinę wywołał. Rozpieścił piłkarzy i nie potrafił tego zatrzymać. Dlatego też Barcelonie trudniej niż jakiemukolwiek klubowi szło dogadywanie obniżek pensji w związku z pandemią koronawirusa. - Mamy iść na ustępstwa? A z jakiej racji? - pytali piłkarze.

Barca gate i Messi, czyli ostatnie gwoździe do trumny Bartomeu

- W mediach zawsze chciał pokazać przyjazną twarz. Zależało mu, żeby dziennikarze go lubili, więc nie potrafił im powiedzieć: "nie". Zgadzał się na rozmowy, a później chciał w nich zaskarbić sobie sympatię kibiców, więc mówił to, co akurat chcieli usłyszeć. Kłamał wielokrotnie. Zmieniał zdanie w różnych sprawach. Nigdy nie można mu było w pełni zaufać. Poza tym, nie był zbyt dobrym mówcą, nie komunikował dobrze swoich myśli i często wychodził na osobę mało pewną siebie - mówi portalowi "The Athletic" jeden z hiszpańskich dziennikarzy. - Nie bardzo lubił reflektory, ale nie można powiedzieć, że jest głupcem. Ma po prostu mało barwną osobowość. Jest przyjazny, spokojny i dobrze wychowany, ale na pewno nie jest szczery. Wiele rzeczy ukrywa, więc trudno się domyślić, jakie naprawdę ma intencje - dodaje inny.

Bomba wybuchła w lutym tego roku, gdy na jaw wyszło, że Barcelona zleciła firmie marketingowej "I3 Ventures", by wykorzystując media i portale społecznościowe podważała zaufanie do działaczy znajdujących się w opozycji do Bartomeu, a także do kilku obecnych piłkarzy (jak Pique i Messi) oraz byłych (m.in. Pepa Guardioli i Carlesa Puyola). Atakowany miał być każdy, komu nie po drodze z prezesem. Firma "I3 Ventures" odpowiadała też za stworzenie dziesiątek kont w mediach społecznościowych, które budowały dobry wizerunek Bartomeu i zarządu.

- Cała operacja została przeprowadzona w sposób budzący wielkie podejrzenia. Barcelona miała na tę kampanię wydać aż milion euro, sześciokrotnie zawyżając przyjęte na rynku stawki, a płatność miała została podzielona na kilka transz, żeby nie przekroczyć limitu wydatków podlegających wewnętrznej kontroli. W geście sprzeciwu wobec Barcagate podało się do dymisji sześciu członków zarządu Barcelony, w tym wiceprezes Emili Rousaud, który miał odpowiadać za kontrolę wydatków, ale podzielenie płatności dla "I3Ventures" na kilka transz to uniemożliwiło. Rousaud był też przymierzany na następcę Bartomeu. Jeden z odchodzących działaczy stwierdził, że "ktoś włożył rękę do skarbca Barcelony", co sugerowało korupcję, działanie na szkodę klubu i nielegalne wzbogacenie. Zarząd klubu przyznał, że korzystał z takich usług, ale chodziło o wzmocnienie w mediach społecznościowych pozytywnego przekazu, a nie szkodzenie komukolwiek - opisywaliśmy na Sport.pl.

We wrześniu sprawą zajęły się organy ścigania. Według katalońskiego dziennika „El Mundo” policja przejęła dokumenty z siedziby klubu, a po ich przeanalizowaniu śledczy mieli przekazać sędziemu prowadzącemu sprawę, że Bartomeu rzeczywiście mógł dopuścić się korupcji, działania na szkodę klubu i nielegalnie się wzbogacić. Trwa śledztwo w tej sprawie. 

Być może, gdyby nie "Barca gate" nie byłoby też słynnego burofaxu wysłanego przez Leo Messiego z jednostronnym wypowiedzeniem umowy. Argentyńczyk pod koniec sierpnia ogłosił, że zamierza odejść z Barcelony, by po kilkunastu dniach katalońskiej białej gorączki ogłosić, że jednak w klubie zostaje i wypełni kontrakt obowiązujący do czerwca 2021 roku. To nie tak, że złość mu przeszła. Poszło o prawnicze zawiłości i wysoką klauzulę odstępnego. - Prezes nie dotrzymał słowa, ciągle mówił tylko, że "porozmawiamy po zakończeniu sezonu". Nie powiedziałem, że chcę pozostać w klubie do 10 czerwca, a oni tego wymagali. Ale byliśmy wtedy w środku sezonu przez epidemię koronawirusa. To powód, dla którego muszę tu zostać. Prezes powiedział mi, że trzeba byłoby zapłacić klauzulę 700 milionów euro, a to niemożliwe - tłumaczył Messi w wywiadzie dla "Goal.com". Powiedział wówczas jeszcze jedną, bardzo ciekawą rzecz. - Nie było nic złego w tym, że chcieliśmy się rozstać. Chciał tego klub, ja i moja rodzina.

Otóż socios już od kilku miesięcy oskarżali Bartomeu, że celowo grał "na sprzedaż Messiego", by dzięki temu zasypać potężną dziurę w budżecie Barcelony. Bartomeu nie tak dawno chwalił się, że Barcelona będzie pierwszym klubem, który przekroczy miliard euro zysku w ciągu roku, ale na początku października musiał pokornie przyznać, że osiągnięcie celu uniemożliwiła pandemia koronawirusa, przez którą Barca straciła blisko sto milionów euro. Mało tego, z klubowego raportu wynika, że dług Barcelony wzrósł ponad dwukrotnie - z 217 milionów do 488 milionów euro. A przy tym wszystkim trzeba pamiętać, że Bartomeu był mistrzem kreatywnej księgowości. Wymieniał Arthura na Miralema Pjanicia, Jaspera Cillessena na Neto, część transferów rozliczał na poczet zeszłego roku budżetowego, część zostawiał na rok następny - byle jak najdokładniej zamaskować prawdziwe problemy klubu. Wielu dziennikarzy forsowało więc teorię, że Bartomeu, który na początku kadencji obiecał ustabilizowanie klubowych finansów, sprzeda Messiego, by ratować swoją skórę. Na ostatniej konferencji prasowej wszystkiemu zaprzeczył. Tylko czy on kiedyś mówił prawdę?

Przeczytaj także: