Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Co się dzieje z Realem Madryt? "Florentino Perez wyszedł po trzech minutach"

Real Madryt w fatalnym stylu przegrał ostatnie dwa mecze, a przed nim spotkanie z Barceloną na Camp Nou. Problemów nie brakuje. - El Clasico to najlepsza okazja, by odwrócić naszą sytuację - zapewnia jednak Zinedine Zidane. Początek meczu w sobotę o 16.00. Relacja LIVE na Sport.pl.

Florentino Perez, prezes Realu Madryt, ma w zwyczaju schodzić po meczach do szatni, by chwilę porozmawiać z zawodnikami - zazwyczaj to okazja, by im pogratulować i wspólnie pożartować. Po porażce z Szachtarem Donieck rozmów jednak nie było. Perez zobaczył smutne twarze, wyczuł napięcie, przeraził się ciszą. Już po trzech minutach wyszedł, bo i tak nie miał pomysłu na choćby jedno zdanie. Zinedine’a Zidane’a tam nie było. Nie rozmawiał z piłkarzami, czekał na konferencję prasową, by wziąć całą winę na siebie.

Zobacz wideo "Barcelona wyhamowała. Real Madryt ma dwa główne problemy"

Nastawienie i fizyczne cierpienia

Do meczu z Barceloną pozostawały niecałe trzy doby i w tej ciszy musiał powstać pomysł na odrodzenie się. Dopiero następnego dnia przed treningiem padły pierwsze zdania: Zidane powtarzał kluczowe dla siebie słowa - "nastawienie" i "intensywność". Uważał, że obu elementów zabrakło w ostatnich dwóch meczach - z Cadizem w lidze (0:1) i z osłabionym Szachtarem Donieck w Lidze Mistrzów (2:3). Po nim przemówiła starszyzna: Sergio Ramos, Luka Modrić i Toni Kroos byli jednogłośni i apelowali do reszty kolegów, by w tym trudnym momencie pozostali zjednoczeni. Dziennikarze relacjonują, że z ich ust padły konkretne zarzuty względem całej drużyny: o nieudane początki obu spotkań, o słabą koncentrację i determinację. Na koniec wybrzmiały motywujące oklaski i wszyscy wzięli się do roboty.

Nie było krzyków, tyrady ze strony trenera. Zresztą, Zidane nigdy nie pracował w ten sposób. Nawet w przerwie meczu z Szachtarem, gdy jego piłkarze pojawiali się w szatni po beznadziejnej połowie z wynikiem 0:3, nie krzyczał nawet przez chwilę. Oddał im głos - identycznie jak podczas finału Ligi Mistrzów z Juventusem, co zarejestrowały kamery klubowej telewizji w dokumencie "W sercu Duodecimy" - a gdy na gorąco wyjaśnili wszystko między sobą, dał im klika taktycznych wskazówek na drugą połowę.

Jego piłkarze zagrali lepiej - wreszcie wykazali choć odrobinę chęci, by zaatakować rywala, szybciej odebrać mu piłkę czy pressingiem zmusić do błędu. Zaczęli biegać. Podstawa? W ostatnich meczach Realu Madryt wcale nieoczywista. Zaczęli walczyć, już po kwadransie złapali kontakt, problemy z nastawieniem i zaangażowaniem były za nimi, ale wtedy dały o sobie znać kolejne: z przygotowaniem fizycznym - arcyważnym składnikiem wszystkich dotychczasowych sukcesów obu kadencji Zidane’a. Za każdym razem, gdy jego Real wygrywał, zachwycał bieganiem. Był szybszy i wytrzymalszy od swoich przeciwników. Dbało o to dwóch wielkich mistrzów, których miał w swoim sztabie: Antonio Pintus i Gregory Dupont - trenerzy przygotowania fizycznego. Niejednokrotnie zamieniali ośrodek treningowy w poligon, a treningi w obozy przetrwania. Efekty nie przychodziły od razu, Real zawsze potrzebował czasu, żeby się rozpędzić: w październiku tracił więc szasnę na zdobycie mistrzostwa, a w okolicach marca i kwietnia wracał do gry. To schemat, który powtarzał się przez lata.

Ale ten rok jest specyficzny. Nie było czasu, żeby przeprowadzić okres przygotowawczy z prawdziwego zdarzenia, końcówka poprzedniego sezonu zlała się z początkiem obecnego. Gonitwa trwa: mecze ligowe, mecze Ligi Mistrzów i najintensywniejsze w historii zgrupowania reprezentacji - z trzema meczami w tydzień. I tak - przed spotkaniem z Cadizem piłkarze Realu Madryt obyli tylko jeden trening w pełnym składzie. Brazylijczycy dotarli na niego właściwie prosto z lotniska - zmęczeni, przeklinający tzw. "jet-lag", wynikający z nagłej zmiany strefy czasowej. A to był tylko wstęp do najbardziej zwariowanego czasu w sezonie: z siedmioma meczami w trzy tygodnie. Aż do następnego zgrupowania reprezentacji. 

"Królewscy" cierpią fizycznie - wydawało się w meczu z Szachtarem, że już dopadli swojego rywala, że mają go na wyciągnięcie ręki, bo tracą tylko jednego gola, a jednak po piętnastu minutach drugiej połowy znacząco osłabli i mistrzowie Ukrainy odzyskali kontrolę. Różnicę widać gołym okiem. Gdy po wznowieniu poprzedniego sezonu wrócili na boiska, mieli problemy ze strzelaniem goli i kreowaniem sytuacji podbramkowych, jednak wygrywali kolejne mecze, bo mogli swoich rywali zabiegać. Unosili się nad boiskiem. Mieli siłę, by grać wysokim pressingiem. To było mistrzostwo im. Gregory’ego Duponta, który w czasie lockdownu był najważniejszą osobą w klubie: zindywidualizował treningi i znakomicie przeprowadził piłkarzy przez ten trudny czas. Wrócili zdrowi, głodni gry i fizycznie przygotowani na intensywną końcówkę. Wtedy jednak miał czas, którego brakuje mu teraz. 

Lojalność ponad rozsądek 

A skoro zespół jest przygotowany znacznie słabiej, to Zidane szuka innych rozwiązań. Kocha rotować. Uważa, że ciągłe zmienianie składu jest niezbędne, żeby wytrzymać sezon z tak dużą liczbą meczów. To się akurat u niego nie zmienia, bo już do pierwszych trenerskich sukcesów dochodził naprzemiennie wystawiając Real A i Real B. Tyle że wtedy miał kadrę, w której rezerwowi piłkarze w niemal każdym innym zespole na świecie byliby wiodącymi postaciami. Dzisiaj ma kadrę pełną problemów. I albo tego nie widzi - w co trudno uwierzyć - albo widzieć nie chce.

Zgaduję, że w centralnym miejscu swojego salonu ma oprawione w ramkę zdjęcie z finału Ligi Mistrzów 2017. Jest na nim on, Marcelo, Isco, Luka Modrić, Lucas Vazquez, Nacho Fernandez. Uśmiechnięci, w szczycie formy, pozują z błyszczącym, uszatym pucharem. Gdy spogląda na to zdjęcie, ożywają w nim wspomnienia o wspólnym sukcesie i pewna wdzięczność za tak znakomity sezon. Zidane stał się zakładnikiem tego uczucia. Utrudnia mu ono trzeźwą ocenę sytuacji. Francuz kieruje się niesłabnącą wiarą w bohaterów tamtego sukcesu, ignorując przy tym ich aktualną formę. Nie bez powodu dziennikarz "El Pais" zapytał go na ostatniej konferencji prasowej, czy czuje dług wdzięczności wobec niektórych piłkarzy.

Marcelo pewnie był najlepszym lewym obrońcą ostatniej dekady, ale dziś ani dobrze nie broni, ani dobrze nie atakuje. Jest jedynym piłkarzem, który zagrał we wszystkich ośmiu przegranych meczach podczas drugiej kadencji Zidane’a. Isco z sezonu na sezon ma coraz mniej goli i asyst, staje się za to coraz bardziej statyczny i ociężały. Modrić ma 35 lat. W jego wieku sam Zidane był już na emeryturze, tymczasem Chorwata wciąż wystawia w środku pola, mimo że ten chwilę wcześniej zagrał w trzech spotkaniach reprezentacji i jest w fizycznym dołku. Z kolei Lucas i Nacho od jakichś dwóch sezonów nie są już wartościowymi zmiennikami. Ktoś nawet gorzko zażartował, po tym jak wyszli na mecz z Cadizem w pierwszym składzie, czy jest w La Liga zespół, który ma słabszy duet na prawej stronie. Zidane jest jednak uzależniony od rotacji. I jak każdy uzależniony człowiek czasami traci głowę. W ostatnich dwóch meczach wykorzystał wszystkich piłkarzy z pola, których ma w kadrze. W ligowym meczu wystawił skład złożony niemal wyłącznie z zawodników, którzy regularnie grali w 2016 roku (wyjątkiem Thibaut Courtois i Vinicius Junior). A cztery lata to w piłce szmat czasu. W dodatku czas ten obchodzi się z Marcelo, Nacho, Isco czy Lucasem wyjątkowo brutalnie. Wstawiani do składu pojedynczo pewnie byliby do zaakceptowania, ale gdy wychodzą wszyscy razem, przypominają zgraję emerytów. José Yelamo, dziennikarz "La Sexty" zajmujący się na co dzień klubem z Kadyksu, stwierdził nawet, że Zidane mógł wybrać taki skład tylko pod jednym warunkiem: że nie widział ani jednego meczu Cadizu. Nawet na konsoli.

Głosów, że Zidane rotuje dla samego rotowania, pojawia się zresztą coraz więcej. Przywiązał się do rozwiązania, które już nie działa. Do którego nie ma już odpowiedniej kadry - tym bardziej biorąc pod uwagę wszystkie kontuzje: Daniego Carvajala, Alvaro Odriozoli, Edena Hazarda i Martina Odegaarda, którzy w formie, byliby liderami ofensywy. Swoją drogą - trudno też wskazać piłkarzy, którzy obecnie byliby w imponującej dyspozycji. Zawodzą Luka Jović, Marco Asensio i Rodrygo. Ederowi Militao zdarzają się kuriozalne wręcz błędy w obronie, Raphael Varane bez Sergio Ramosa traci połowę swoich atutów, a i absolutnie podstawowi piłkarze, jak Karim Benzema, Toni Kroos, Fede Valverde czy Casemiro mają ostatnio gorszy moment. 

Zidane po porażce z Cadizem ponoć nie rozumiał skali krytyki, która go spotkała. Chciałby, żeby trofea, które wygrał działały jak tarcza. Zaraz po tamtym meczu zapewniał, że to zwykły wypadek przy pracy, kwestia gorszego dnia. W środku tygodnia miał idealną okazję, by to potwierdzić, bo do Madrytu przyjechał rywal bez dziesięciu podstawowych piłkarzy. Wszystkiemu jednak zaprzeczył. Namnożył wątpliwości, zamiast je rozwiać. Szachtar wygrał zasłużenie, wynik powinien być jeszcze wyższy. I na tej pomeczowej konferencji Zidane był już znacznie bardziej samokrytyczny. Dodał, że jest mu zwyczajnie szkoda piłkarzy, bo przez jego złe decyzje znaleźli się pod ostrym ostrzałem dziennikarzy. Raz jeszcze potwierdził, że jest wobec nich niezwykle lojalny. Niezdrowo lojalny.

El Clasico - mecz o spokój

Przed Realem mecz z FC Barceloną. Klasyk. Może stracił prestiż, na pewno przestał być spotkaniem dwóch najlepiej grających drużyn na świecie, atmosfera na pustym Camp Nou pewnie też dodatkowo wpłynie na jego odbiór, ale na koniec będzie to mecz o gigantyczną stawkę: o spokój. Oba kluby mają problemy: Real na boisku, Barcelona przede wszystkim w gabinetach. W Madrycie "teraźniejszość jest szara" - jak stwierdził Zidane - w Barcelonie na początku sezonu niby jakoś to idzie, ale wszystko wydaje się chwilowe: zarząd, pozostanie Lionela Messiego, stan kadry, może nawet trener, który dotychczas nigdzie nie pracował zbyt długo. Wygrana na chwilę zagwarantuje spokój, który przyda się jednym i drugim.

- El Clasico to najlepsza okazja, by pokazać, że chcemy odwrócić naszą sytuację. To właśnie zrobimy poprzez naszą grę i organizację - zapewnia Zidane.

Początek meczu w sobotę o 16.00. Relacja LIVE na Sport.pl

Czytaj też: