Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Odejście Messiego to szok. Choć nie jest nawet niespodzianką. Zaczęło się od serwetki

Miała być miłość na całe życie, a będzie walka prawników o warunki rozstania. Leo Messi po dwudziestu latach, czterech Pucharach Europy i sześciu Złotych Piłkach chce odejść z Barcelony. Pożegnania legend często są kiepskimi spektaklami, Johan Cruyff i Pep Guardiola też tego doświadczyli.

Zaczęło się od serwetki, na której 20 lat temu wysłannicy Barcelony spisali wstępne warunki sprowadzenia  13-letniego Lionela Messiego. A kończy się listem za poświadczeniem odbioru, w którym Lionel Messi informuje Barcelonę dnia 25 sierpnia 2020 roku, że chce odejść z klubu. – Mam miejsce w historii, sprowadziłem tu Messiego – mówił o sobie Charly Rexach, były asystent Johana Cruyffa, który te warunki zapisane na serwetce negocjował. Miejsce w historii będzie miał też prezes Josep Maria Bartomeu, jako ten, który Messiemu Barcelonę obrzydził do tego stopnia, że skończyło się pismem rozwodowym. To szok. Ale przecież to nawet nie jest niespodzianka.

Od kilku miesięcy wszystko zmierzało właśnie do tego punktu, jak w kronice zapowiedzianej katastrofy. Negocjacje w sprawie obniżenia pensji w drużynie na czas pandemii i wzajemne obwinianie się za ich przebieg pokazały, że między prezesem a piłkarzami nie ma już żadnej więzi poza chęcią robienia sobie na złość. Już na początku lipca Manu Carreno z El Larguero, jednej z najważniejszych piłkarskich audycji radiowych w Hiszpanii, zdradził, że Messi myśli o odejściu i wstrzymał wszelkie rozmowy o przedłużeniu kontraktu. Potem 16 sierpnia Marcelo Bechler, brazylijski dziennikarz, który w 2017 jako pierwszy informował o odejściu Neymara do PSG, podał wiadomość, że Messi chce odejść, i to już teraz. A Ronald Koeman, gdy spotkał się kilka dni temu z Messim, miał usłyszeć, że ten czuje się już bardziej poza klubem.  

Zobacz wideo "Lewandowski z piłkarza machającego łapami stał się Herculesem"

W Barcelonie wydarzeniem było ostatnio, że kapitan porozmawiał z trenerem. Gdyby to była sprawa o rozwód, to sąd uwinąłby się szybko 

Wystarczyło połączyć kropki. Tylko wszyscy byli przekonani, że nagle stanie się coś magicznego i katastrofy nie będzie. Że ludzie, którzy ze sobą od miesięcy nie rozmawiają, usiądą do rozmów. Niepoważny prezes Bartomeu spoważnieje. Syta drużyna obudzi w sobie znowu taki głód sukcesu, że wygra Ligę Mistrzów. Kapitan Leo Messi przestanie być jak szef rządu na uchodźstwie, który w komunikatach w swoich mediach społecznościowych odcina się od tego, co robią władze klubu, jak to było po katastrofalnych wizerunkowo negocjacjach w sprawie cięcia pensji.

Nic z tych oczekiwań się nie spełniło. 2:8 z Bayernem ośmieszyło wszelkie nadzieje. I jeśli nie będzie nagłego zwrotu akcji, to 2:8 może pozostać ostatnim wynikiem Messiego w Barcelonie. Po blisko 20 latach od przeprowadzki z Argentyny, zdobyciu 33 trofeów, po 633 golach i 254 asystach, sześciu Złotych Piłkach i sześciu Złotych Butach. Ale też po fatalnym sezonie, w którym Barcelona nie zdobyła żadnego trofeum, a Messi wprawdzie został królem strzelców ligi, ale trzeba by się cofnąć co najmniej o dekadę, żeby znaleźć sezon, w którym strzelił mniej goli w La Liga, w Lidze Mistrzów i w Pucharze Hiszpanii. Może to już był o jeden rok za daleko w tym związku, który wyniszcza obie strony. Prezes Josep Maria Bartomeu od porażki z Bayernem ani razu nie zadzwonił do Leo Messiego. Dzwonił do jego ojca Jorge, uspokajał nastroje, ale na rozmowę z kapitanem i najważniejszą częścią sportowego projektu, którym Bartomeu kieruje, prezes się nie zdecydował. Ze zwolnionym właśnie dyrektorem sportowym Erikiem Abidalem Messi też od pewnego momentu nie chciał już rozmawiać. A to, że jakiś czas temu długo porozmawiał z trenerem Quique Setienem i że odłożyli swoje spory, by nie szkodzić walce o Puchar Europy, było na czołówkach gazet. Rozmowa piłkarza z trenerem, na czołówkach.

Być może obecny spór trafi do sądu i będzie tam rozstrzygane, czy z racji przedłużonego przez pandemię sezonu Messi mógł skorzystać z klauzuli jednostronnego rozwiązania kontraktu również po 10 czerwca (taki był termin powiadomienia w normalnych okolicznościach). Ale gdyby to miał być sąd nad małżeństwem najlepszego piłkarza świata z klubem, który nazywa się więcej niż klubem, to sąd uwinąłby się z orzeczeniem rozwodu błyskawicznie. Messiego z szefami – szefowie nie są całym klubem, ale jednak są bardzo ważną jego częścią, zwłaszcza jeśli pochodzą z wyborów, a nie nominacji – łączą dziś już tylko przelewy pensji. Gigantycznej pensji, 100 mln euro rocznie. To jest być może najlepsze świadectwo rządów Bartomeu: uginał się pod każdym płacowym żądaniem piłkarzy, zbudował najlepiej opłacaną drużynę w futbolu, ale nie umiał z nią porozmawiać, nie mówiąc o tym, żeby coś od niej egzekwować. Mnóstwo pieniędzy, a żadnej więzi.  

Bartomeu - prezes, u którego niemożliwe staje się możliwe: najpierw odejście Neymara, teraz Messiego? 

Bartomeu do końca przekonywał, że Messi będzie w Barcelonie kończyć karierę. Ale w to, że znajdzie się ktoś, kto wyłoży 222 mln euro na klauzulę wykupu Neymara, też kiedyś nie wierzył.  A jednak taki ktoś się znalazł, Neymar odszedł z dnia na dzień. I cień Neymara nie opuszcza Barcelony do dzisiaj. W jakimś sensie ta obecna próba odejścia Messiego jest logicznym dalszym ciągiem tego, co się zaczęło latem 2017, gdy zniknął Neymar. Od kiedy Messi jest w klubie, wielkie gwiazdy tak z Barcelony nie odchodziły. Nie porzucały jej w poszukiwaniu lepszych miejsc. Lepsze miejsce od Barcelony, by wygrać Złotą Piłkę? Herezja. Piłkarze odchodzili, bo to Barcelona kazała im się pakować, albo sami rozumieli, że tu gwiazdami już nie będą. Ronaldinho, Zlatan Ibrahimović, itd.  

Neymarowi nikt nie kazał się pakować, był Barcelonie i Messiemu bardzo potrzebny, na nim miała być budowana przyszłość, a jednak odszedł. To był potężny cios w dumę klubu. Bartomeu próbował to leczyć najlepszym lekarstwem, jakie zna: milionami euro. Wydawał je w gorączce na Ousmane’a Dembele, na Philippe Coutinho. I znów: Barcelona miała wielkie pieniądze, żeby sprowadzić piłkarzy, ale nie miała serca, żeby ich mądrze poprowadzić po przyjściu do klubu. Zgubiła ją częsta u prezesów wiara, że razem z wywindowaniem sumy odstępnego magicznie rosną umiejętności piłkarza, zwłaszcza umiejętność błyskawicznego odnalezienia się w nowej drużynie.  

Neymar był może ostatnim wielkim piłkarzem w Barcelonie, któremu dano czas, by z dziecka stał się mężczyzną. Tak jak wcześniej Messiemu, choć oczywiście w innych okolicznościach. Następców kupowano już na sztuki, jak samochody, a nie piłkarzy. I ani Dembele, ani Coutinho, ani Antoine Griezmann tego na razie nie udźwignęli. 

Bez Neymara Barca już ani razu nie zagrała w finale Pucharu Europy, bez niego stała się drużyną pragmatyczną, a nie efektowną. Została nagle skazana na ciągły niedosyt: wygrywamy ligę, ale już nas nie podziwiają, a w Lidze Mistrzów co rok jest jakaś katastrofa. A i Messi wiele stracił, gdy zabrakło obok piłkarza, który tak bardzo odciąga uwagę rywala jak Neymar. Stąd powracające ciągle dyskusje: czy jest szansa, żeby Brazylijczyk wrócił, czy nie. W tym samym czasie, gdy szefowie Barcelony walczyli z Neymarem w sali sądowej o warunki rozstania, liderzy barcelońskiej szatni nadal byli z Brazylijczykiem w świetnej komitywie, starali się pomóc mu w powrocie. Messi zastanawiał się głośno w wywiadach, czy na pewno klub zrobił wszystko, by Neymara sprowadzić z powrotem. Gdy zamiast Neymara dołączył Griezmann, od początku sprawiał wrażenie, jakby zabiegał o wkupienie się w łaski tej szatni, bo czuł, że musi zabiegać. Również – a może przede wszystkim – zabiegać o łaski Messiego.  

Dziś jest FC Messi, kiedyś Barcelona była FC Cruyff. Skończyło się burzliwie i niedobrze 

To jest trudny lider. Żadne duże dziecko, któremu wystarczy dać piłkę i jest najszczęśliwsze na świecie – a tak był przez lata przedstawiany – tylko twardy gracz, który próbuje sobie ułożyć każdego trenera, który próby sił robił i Pepowi Guardioli i Luisowi Enrique, czyli trenerom, z którymi zdobywał potrójne korony. Nie wspominając o mniej utytułowanych trenerach. Kolegów z szatni, którzy chcieli za szybko przeskoczyć miejsca w hierarchii, też potrafił usadzić. On ma świadomość swojego geniuszu i wie, jak mocne ma karty w negocjacjach. Nie używał ich nigdy tak ostentacyjnie jak Cristiano Ronaldo, który gdy był jakiś problem, mówił w wywiadach, że nie jest już szczęśliwy w Realu Madryt i coś z tym trzeba zrobić. Ale aż tak bardzo się od siebie w oczekiwaniach nie różnią.

Jest też naturalne, że po tylu latach z geniuszem w szatni Barcelona zaczęła się zmieniać w Futbol Club Messi i Przyjaciele. I znając historię tego klubu, można było się spodziewać, że to się może skończyć we łzach. Ćwierć wieku temu Barcelona była tak samo przesiąknięta Johanem Cruyffem-trenerem jak dziś jest Messim. Cruyff wywalczył sobie władzę absolutną nad drużyną, ignorował prezesa Josepa Lluisa Nuneza kiedy tylko mógł. Miał ogromne sukcesy, ale też coraz więcej wrogów w biurach klubu. Nawet najcierpliwszy prezes na świecie nie lubi być sprowadzany do roli marionetki. Cruyff został ostatecznie zwolniony w 1996, w złym stylu, zostawiając wrażenie, że szli razem o sezon albo i może dwa za daleko.

A Pep Guardiola, największy uczeń Cruyffa? Jako piłkarz żegnał się z Barceloną ze łzami w oczach, wypychany, żeby można było dokończyć zmianę pokoleniową, i długo nie zapomniał plotek o jego życiu prywatnym, które wtedy suflowano zaprzyjaźnionym dziennikarzom. Jako trener miał dobry układ z prezesem Joanem Laportą, który go zatrudniał, ale już po zmianie na Sandro Rosella zaczęło wiać chłodem. I niedługo po odejściu z Barcelony, po tych wszystkich tytułach, Guardiola apelował do swoich przeciwników w klubie i w katalońskich mediach, żeby już przynajmniej teraz, gdy jest daleko, dali mu spokój.  

Do pewnego momentu niewyobrażalne było rozstanie Cristiano z Realem (pożegnania sław Realu to też byłby temat na osobną historię, choćby o Raulu i Ikerze Casillasie), a dokonało się dwa lata temu nagle i szybko. Czy tak będzie i teraz w Barcelonie? Pierwsze myśli o odejściu Messi miał już kilka lat temu, ale wtedy przekonał go do pozostania Tito Vilanova. Potem przyszłość Messiego w klubie stanęła pod znakiem zapytania z powodu śledztwa w sprawach podatkowych, ale też znalazła się wystarczająca przeciwwaga. Teraz jej nie widać. A może nawet bardziej brutalnie: w klubie nie wydają się zdeterminowani, by jej szukać gdziekolwiek poza kruczkami w kontrakcie Messiego.  

Przeczytaj także: