Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Bale jako jedyny nie cieszył się z mistrzostwa Realu. Jego zachowanie w czasie fety nie było normalne

"Walia. Golf. Świętowanie mistrzostwa. W takiej kolejności" - flagi z takim napisem nie miał Gareth Bale podczas czwartkowego meczu Realu Madryt z Villarreal (2:1). Ale mógłby mieć. Na stadionie "Królewskich" trudno było znaleźć bowiem kogoś, kto z odzyskania mistrzostwa przez klub z Madrytu cieszyłby się mniej. Walijczyk kolejny raz pokazał, że sukcesy klubu zbytnio go nie obchodzą.

W czwartek wieczorem Real Madryt został oficjalnie nowym mistrzem Hiszpanii. Po dwóch trafieniach Karima Benzemy "Królewscy" pokonali Villarreal (2:1), zapewniając tym sobie mistrzowski tytuł. Po zakończeniu spotkania wielkiego świętowania co prawda nie było ze względu na pandemię koronawirusa, ale mała ceremonia wręczenia pucharu się odbyła. Podczas niej Sergio Ramos odebrał mistrzowskie trofeum, a cała drużyna wspólnie cieszyła się z wygranej. Może prawie cała, bo jeden zawodnik nie tryskał radością.

Zobacz wideo Piłkarz Legii obserwowany przez Jerzego Brzęczka. Może trafić do reprezentacji [SEKCJA PIŁKARSKA #54]

Real Madryt zdobył mistrzostwo. Nie cieszył się tylko jeden piłkarz

Podczas gdy niemal wszyscy zawodnicy i trenerzy Realu skakali i śpiewali ze szczęścia, jeden piłkarz stał z boku, ciesząc się nieco na siłę. Tym piłkarzem był Gareth Bale, który od dawna nie interesuje się raczej wynikami swojego klubu. Mimo że wciąż jest jego najlepiej opłacanym zawodnikiem. Na filmiku opublikowanym przez anglojęzyczny profil Realu widzimy doskonale, że Walijczyk sprawia wrażenie kogoś, kto w mistrzowskiej fecie bierze udział za karę.

To kolejny manifest Bale'a, który od dłuższego czasu prowadzi otwarty konflikt z Zinedinem Zidanem. Do pewnego momentu wydawało się, że Walijczykowi chodzi o wymuszenie zgody na odejście. Tak było kiedyś. Teraz chodzi mu jednak o zupełnie coś innego - o zemstę.

Bale mści się na Realu. O co chodzi piłkarzowi?

Zachowanie Bale'a podczas ceremonii odebrania mistrzowskiego trofeum to jedynie wierzchołek góry lodowej. Szczyt, który poprzedza szereg innych zachowań. Te najgłośniejsze wydarzyły się w ciągu ostatniego tygodnia. Najpierw, podczas meczu z Deportivo Alaves, Bale udawał, że śpi na ławce rezerwowych. Kilka dni później, podczas starcia z Granadą, 31-latek postanowił zrobić... lornetkę z papieru toaletowego.

Jeszcze w ubiegłym roku podobne zachowania zostałyby odebrane jako próba wymuszenia zgody na odejście. Od dłuższego czasu wiadome było, że Bale swojej przyszłości nie widzi już w Realu Madryt. A prezes "Królewskich", który od zawsze był wielkim fanem Walijczyka, zdał sobie sprawę, że z byłego piłkarza Tottenhamu nie zrobi nowego Cristiano Ronaldo. Choć przy odrobinie szczęścia  i ciężkiej pracy mogłoby się to udać. Zaledwie rok temu wszystko wskazywało na to, że Bale nie będzie już graczem zespołu z Madrytu. Co więc poszło nie tak?

Cofnijmy się w czasie do letniego okna transferowego w 2019 roku. Wówczas Bale miał odejść z Realu i zostać nowym zawodnikiem chińskiego Jiangsu Suning, gdzie stałby się najlepiej zarabiającym graczem w historii futbolu. Problem w tym, że Chińczycy zaproponowali Bale'owi tak dużą pensję, że nie chcieli płacić już za jego transfer. Real na początku kręcił więc nosem, ale ostatecznie zgodził się oddać zawodnika za darmo, pamiętając, że i tak w pewnym sensie "zarobi" na tym, że nie będzie już musiał wypłacać mu pensji.

Wszystko zmierzało w dobrym kierunku - warunki porozumienia między klubami były dograne, warunki kontraktu zawodnika też. Brakowało już tylko podpisów. I zanim ktokolwiek zdążył je złożyć, do klubu wpłynęła oferta na Jamesa Rodrigueza, opiewająca na 40 mln euro (jak się później okazało, oferta fałszywa). Real uznał więc, że skoro może zarobić tyle na Kolumbijczyku, to za darmo Bale'a jednak nie puści, a Chińczycy muszą zapłacić. Chińczycy zapłacić jednak nie chcieli, a na zmianę decyzji Realu się wściekli. Tak bardzo, że przestali odbierać telefony którejkolwiek ze stron, a temat transferu upadł.

Bale został w Realu i nikt nie wiedział, co dalej. Wiadome było, że piłkarz nie pała sympatią do Zinedine'a Zidane'a. Choć to z pewnością zbyt mało powiedziane. Panowie się po prostu nie znoszą. I nie do końca wiadomo dlaczego. Od początku współpracy po prostu nadają na innych falach, przez co ich stosunki pogarszają się z miesiąca na miesiąc. Jasne więc było, że póki Zidane będzie w Madrycie, nie będzie w nim miejsca dla Bale'a. Bale postanowił jednak pokazać, że jest inaczej. Walijczyk pogodził się ze swoją rolą i postanowił się zemścić. Pomyślał: "Okej, skoro nie chcecie mnie puścić, ale nie dajecie mi grać, sprawię, że tego pożałujecie". Piłkarz przestał naciskać na transfer, stawiając jeden warunek - odejdzie tylko wtedy, gdy jakakolwiek drużyna zaproponuje zarobki większe, niż te w Realu. Problem w tym, że takiej pensji (20 mln euro za sezon) raczej nikt Bale'owi nie zaproponuje. Szczególnie teraz, po pandemii koronawirusa.

Obecnie dochodzimy więc do sytuacji bez wyjścia - Bale nie odejdzie z własnej woli, bo nie zrezygnuje z 40 mln euro (jego kontrakt wygasa dopiero wraz z końcem czerwca 2022 roku). Real nie zerwie wcześniej kontraktu, bo po pierwsze i tak musiałby w takiej sytuacji wypłacić piłkarzowi wspomniane 40 mln, a po drugie pokazałby światu, że każdy gracz może pogrywać z zarządem madrytczyków.

Piąty najlepszy strzelec Realu w XXI wieku (po Cristiano Ronaldo, Raulu, Karimie Benzemie i Gonazlo Higuainie) sam zrobił więc z siebie niewolnika w złotej klatce, przy okazji niewolnika robiąc też z Realu.