Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zinedine Zidane po raz pierwszy się rozpłakał. "To dar z niebios"

Chociaż Zidane sam był dotychczas trenerskim sprinterem, który trzy razy wygrał Ligę Mistrzów, to najbardziej cenił trenerów-maratończyków. Nie płakał po finałach Champions League, ani po żadnym innym wygranym tytule. Dopiero to mistrzostwo wycisnęło z niego łzy. Było jego obsesją.

Być może pewną przesadą byłoby stwierdzenie, że Zidane wrócił na trenerską ławkę, by zdobyć drugie w historii mistrzostwo Hiszpanii. Ale już to, że nieustannie o nim mówił, jest faktem. Zaczął zaraz po powrocie, gdy sezon był przegrany na wszystkich frontach. Obiecywał kibicom, że w kolejnym walka potrwa do samego końca. Latem o tym przypomniał i jasno ustalił priorytety: najpierw liga, później Champions League. Mówił to piłkarzom podczas przygotowań w USA, dziennikarzom na konferencjach prasowych i każdemu, kto go spytał. Mistrzostwo to dowód niezawodności. Regularności, czyli kluczowego słowa w jego słowniku. Tylko liga może pokazać, że byłeś najlepszy przez cały sezon. Na Ligę Mistrzów wystarczy zryw, trafienie z formą od połowy lutego do czerwca, czasami zdecyduje dyspozycja danego wieczoru, szczęście w losowaniu, pech w konkretnym meczu, jeden błąd.

Liga Mistrzów jest prestiżowa, trudna do wygrania, w Madrycie traktowana wyjątkowo, ale nie daje wszystkiego. Przecież zanim Zidane pożegnał się na chwilę z Realem, zdobył ją trzeci raz. Triumf nie cieszył jednak w pełni, skoro w ligowej tabeli do Barcelony było 17 punktów straty. A to liga świadczy o twojej cierpliwości, klasie udowadnianej tydzień po tygodniu. Ogranicza wpływ farta, docenia rzetelną pracę. Wtedy, po finale w Kijowie, cieszył się razem z piłkarzami, to jasne. Ale już pięć dni później na pożegnalnej konferencji tłumaczył, że drużyna doszła do ściany, że on już jej nie rozwinie i potrzeba nowego trenera.

Zobacz wideo Serie A. Sassuolo - Juventus 3:3. Wyśmienita interwencja Wojciecha Szczęsnego [ELEVEN SPORTS]

Dziesięć wygranych finałów Realu Madryt

Dopiero to mistrzostwo Hiszpanii - wywalczone w tak dziwnym, długim i trudnym sezonie - wycisnęło z niego łzy. Stał na kameralnym stadionie Alfredo di Stefano po zwycięstwie 2:1 z Villarrealem, którym przyklepał mistrzostwo i dziękował sobie z Davidem Bettonim, najbliższym asystentem. Wtedy się rozkleił. Opadły największe emocje, choć ulga wciąż mieszała się z nieprawdopodobnym szczęściem. Później do Zidane’a dopadli piłkarze i podrzucali go ku niebu. Florentino Perez, prezes Realu, stwierdził w tym czasie w wywiadzie, że Zinedine jest właśnie darem z niebios.  

W Hiszpanii mówią, że Królewscy zdobywają koronamistrzostwo, bo w sezonie przedzielonym pandemią, wrócili w spektakularnym stylu, wygrywając wszystkie dziesięć meczów. To ich nowa "La Decima". Gdy piłkarze byli zamykani w domach, Barcelona miała dwa punkty przewagi i w niezbyt porywającym sezonie wydawała się faworytem. Napędzana bardziej awaryjnością Realu niż własną siłą. Dwa tygodnie wcześniej to Real wygrał w arcyważnym Klasyku, ale następnie cały trud zaprzepaścił porażką ze słabym Betisem. Zidane wrócił do tego spotkania już po zdobyciu mistrzostwa. - To był najtrudniejszy moment sezonu. Nieprawdopodobny cios. Zwycięstwo z Barceloną poszło na marne, a w dodatku rozgrywki zostały wstrzymane. W takich nastrojach zamknęliśmy się w domach na parę tygodni. Wróciliśmy jednak już z inną energią. Z fantastycznym nastawieniem. Stąd te dziesięć wygranych meczów. Dopiero to pozwoliło mi wyrzucić z głowy tamten mecz z Betisem.  

Wtedy powiało tym Realem z poprzednich lat, który zaliczał najtrudniejsze egzaminy, ale wykładał się na kartkówkach. Tym razem nieco rzadziej, bo Barcelona wciąż była w zasięgu, a nie dużo przed nim, jak we wcześniejszych sezonach. Ale i tak wydawało się, że za taką awaryjność zapłaci kolejnym straconym mistrzostwem. Dotychczas to Barcelona była synonimem powtarzalności, mozolnego wygrywania. Real był zespołem wielkiej sceny. Musiały rozbłysnąć jupitery, wybrzmieć hymn Ligi Mistrzów, miliony kibiców usiąść przed telewizorami, a presja urosnąć do gigantycznych rozmiarów, by zagrał na miarę oczekiwań. Szara ligowa rzeczywistość czasami go usypiała. Dlatego doszło do tej anomalii: trzech Lig Mistrzów przy tylko jednym mistrzostwie kraju.

Wracający na ławkę Zidane przekonał wszystkich, że trzeba to odwrócić. Postawić na ligę. Francuz kocha treningi, klubową codzienność. Nie chce żyć od święta do święta, jak może część jego piłkarzy, która nazbyt pokochała Ligę Mistrzów. Francuz jej nie bagatelizował, ale przestrzegał przed skupianiem się tylko na niej. Swój powrót do Realu uzasadniał tym, że dostrzegł w drużynie potrzebę codziennego zwyciężania. Na konferencji prasowej opowiedział, jak głodni wrócili jego piłkarze po lockdownie. Że na treningach wyczyniali cuda, że zostawali po nich i jeszcze dodatkowo ćwiczyli, że w każdym momencie było czuć, że chcą ten sezon przypieczętować tytułem. Zazwyczaj oszczędny w słowach Zidane, tym razem rozpływał się nad energią, jaka pojawiła się w szatni. - Wy mówicie o meczach, ja widzę piłkarzy jeszcze na treningach. Ta codzienność jest najpiękniejsza. To jak pracowali, mówi o nich wszystko - stwierdził. 

Plan "11 finałów" - jak nazwał pozostające do końca sezonu mecze jeszcze przed wznowieniem rozgrywek - zadziałał. Może to była namiastka Ligi Mistrzów, może zespół dojrzał, może pociągnęli go liderzy, może dodatkowo napędzała słabość Barcelony. Na pewno wygrali dziesięć meczów z rzędu, w sześciu nie stracili bramki i odwrócili sytuację w tabeli - są siedem punktów przed Barceloną.

Triumf lojalności

Zidane wrócił i znów zaufał swoim ludziom - tym podstarzałym, nasyconym zwycięstwami. Luce Modriciowi, który wydawał się być coraz dalej od szczytu osiągniętego na mundialu w Rosji, a tymczasem w ostatnich meczach znów grał tak, że kibice uknuli teorię spiskową, jakoby od początku szykował formę na odwołane Euro. Zidane pogodził też Marcelo i Ferlanda Mendy’ego. Uwielbia przecież rotować - nie wystawia dwóch takich samych jedenastek, kpi z powiedzenia o niezmienianiu wyjściowego składu. Brazylijczyk nie wylądował na bocznym torze, nadal czuł się ważny, a i Mendy nie mógł czuć się zaniedbany. Spisał się najlepiej ze wszystkich kupionych latem piłkarzy. Tak Zidane budował atmosferę w tym zespole. Nawet jeśli wszyscy widzieli, że ani James Rodriguez, ani Gareth Bale nie są mu już potrzebni, on zaprzeczał. "Są częścią drużyny i koniec". A kto w to wątpi, szuka tylko sensacji i chce popsuć relacje w drużynie. I dla niepoznaki w kolejnym meczu taki James lub Bale dostawali szasnę. Sportowo się nie bronili, ale Zidane mało co, docenia tak jak spokój. Reakcja na drugiego gola przeciwko Villarrealowi też dużo powiedziała o tej drużynie: Thibaut Courtois przebiegł całe boisko, by cieszyć się z kolegami. Jedna grupka ściskała się na murawie, druga na trybunach. Rezerwowi z niepowołanymi. Trenerzy między sobą przy ławce. 

Zidane miał więc na pokładzie niemal tych samych ludzi, których zostawiał po finale w Kijowie, ale jeszcze raz do nich dotarł i znów obudził w nich chęć zwyciężania, choć faktycznie po jego odejściu grali jak syte koty. Wróciła drapieżność. Sergio Ramos po mistrzostwie powiedział, że to tytuł imienia Zidane’a. Courtois też wskazywał go jako szefa tego projektu. Kapitana, który jednoczy. Gdy dziennikarze przypominali trenerowi te 35 lat Modricia, 34 Ramosa i że on w ich wieku już żegnał się z futbolem, zaczął się śmiać. Wciąż chce mieć ich wszystkich przy sobie. Ramosa nazywa "uosobieniem Madridismo", Modricia fenomenem. Dlatego Achraf Hakimi po wypożyczeniu do Borussii Dortmund nie wrócił do Madrytu, tylko przeprowadził się do Mediolanu, że na jego pozycji gra już Dani Carvajal - oddany żołnierz Zidane'a. Dlatego wciąż w składzie jest miejsce dla Isco, Lucasa Vazqueza, Nacho Fernandesa. Real mógłby mieć lepszych dublerów. Ale nie byliby tak swoi. A to właśnie triumf lojalności. Jeśli bowiem Zidane nie jest do kogoś przekonany - skreśla go bez żalu: Garetha Bale’a jeszcze nie udało mu się wypchnąć z klubu, ale Daniego Ceballosa, Marcosa Llorente oddawał łatwo. Nigdy nie przekonał go Luka Jović. I chociaż Eden Hazard też na razie zawodzi, to ma tę przewagę, że jest człowiekiem Zidane’a.

A że lojalność Francuz ceni ponad wszystko, pokazuje sytuacja z Antonio Pintusem, specjalistą od przygotowania fizycznego, "żelaznym sierżantem" - jak mówili piłkarze. Włoch musiał przed tym sezonem odejść, bo wcześniej, gdy żegnał się Zidane, on został w drużynie i współpracował z kolejnymi trenerami, gdy jego nie było już w klubie. On go sprowadzał do Realu i najpewniej liczył, że razem też się pożegnają. Na jego miejsce podkradł reprezentacji Francji Gregory’ego Duponta, któremu do sierżanta daleko. To "Naukowiec", który wszystko ma przebadane, sprawdzone i pewne. Tytuł profesora rzeczywiście posiada i spędził lata w aulach uniwersytetu w Lille, ale ten "Naukowiec", to ksywka od piłkarzy. Wymyślili ją zawodnicy Lille, bo pierwszy raz spotkali trenera tak dokładnie tłumaczącego im wszystkie dyspozycje. Od innych słyszeli tylko: wejdźcie do basenu z lodem. Od Duponta dowiadywali się jeszcze po co, jak to na nich wpłynie, co się wydarzy w ich organizmie. Po latach znów mogli poczuć się jak na lekcji biologii, fizyki i chemii. Z kolei reprezentanci Francji zostali przed mundialem przebadani od stóp do głów po czym otrzymali 14-stronnicowe analizy swoich organizmów: parametry, osiągi, silne strony, aspekty do poprawy i mnóstwo spersonalizowanych wskazówek: tego nie jedz, tego nie pij, śpij tyle godzin, na takiej poduszce. Dosłownie - Dupont dobierał piłkarzom odpowiednie poduszki: inną dla Mbappe, inną dla Griezmanna. Dostosowywał też do warunków panujących na stadionie temperaturę wody, którą piłkarze pili w dniu meczów.

W Madrycie jest podobnie. Odpowiada za wszystko, co ma wpływ na przygotowanie fizyczne. W czasie pandemii koronawirusa, gdy piłkarze siedzieli odizolowani w domach, był najważniejszy w klubie. Zidane stanął wtedy w cieniu i tylko obserwował jego kolejne łączenia wideo z piłkarzami. "Tele Dupont" - określił to dziennik "ABC". Wszyscy narzekali i bali się wpływu wymuszonej przerwy na zdrowie i formę, a Dupont tak zbudował narrację, że izolacja wydawała się wręcz czymś pożądanym. Piłkarze wreszcie mogli popracować nad sprawami, na które zazwyczaj brakowało czasu. Ramos powtarzał później w wywiadach jego słowa, że izolacja to dobry czas na refleksje. Zadbali o zdrowie, wzmocnili wszystkie partie mięśni i wrócili na boiska blisko miesiąc przed pierwszym meczem. Dupont zaserwował im wtedy dodatkowy obóz przygotowawczy. Było ciężko. Jović, Isco, Nacho i Mariano nie wytrzymali tempa, zaczęły im doskwierać urazy, ale cała reszta piłkarzy wręcz unosiła się nad boiskiem. Ale liga została wznowiona, a oni w każdym meczu byli fizycznie lepsi od swoich przeciwników.

Jedenaście pucharów taktycznego analfabety 

Real oparł się na swoich liderach - niezwykłym Karimie Benzemie, Sergio Ramosie, Casemiro w środku pola i Coutoisowi, który 18 razy zachowywał czyste konto. Ale miał aż 22 strzelców goli. To tytuł, w którym każdy zobaczy swój udział. Zidane nie wystawił tej samej jedenastki w dwóch kolejnych meczach. I chociaż zmieniali się konkretni piłkarze, to zostawała solidność w obronie. W poprzednich sezonach z Francuzem na ławce, zespół tracił 41 i 44 gole. Teraz zaledwie 23 - najmniej w całej lidze. Po wznowieniu sezonu nie był efektowny, zbudował to mistrzostwo na sześciu zwycięstwach tylko jednym golem. Nauczył się pięknie cierpieć. Wydzierać zwycięstwa. W końcu to były finały. A w nich nie ma lepszego zespołu.

- Nic się nie zmieni. Nadal nie będę dobrym trenerem - uśmiecha się Zizou. Nie boli go to, że w powszechnej opinii wciąż uchodzi za taktycznego analfabetę, który po prostu nie przeszkadza znakomitym piłkarzom i potrafi się z nimi zaprzyjaźnić. Może czasami tylko trochę uwiera. Ale zawsze wtedy może przejrzeć się w jednym z jedenastu pucharów, które zdobył w zaledwie czterech sezonach.

Więcej o: